Słoiczek, którego dr Elena Wargacka nie chciała otworzyć przy nikim

newsempire24.com 5 godzin temu

Na oddziale neonatologii Szpitala Specjalistycznego w Siemianowicach Śląskich dr Elena Wargacka pracowała szesnasty rok, podpisując karty wypisowe zdrowych noworodków, a jednak nigdy nie nosiła w kieszeni fartucha nic tak niezręcznego jak tamtego marcowego ranka. Słoiczek wielkości opakowania musztardy z bufetu na parterze, z naklejką zapisaną manualnie: "Próbka matczyna — podanie doustne — pacjentka Kowalska."

W środku, rozpuszczona w mleku matki, znajdowała się łyżeczka kału samej matki dziecka.

To brzmiało jak szaleństwo. Elena wiedziała to doskonale. Dlatego zamknęła drzwi gabinetu, zanim zaczęła wyjaśniać wszystko Agnieszce Kowalskiej, dwudziestoośmioletniej pacjentce, wciąż w szpitalnej koszuli, z kroplówką w lewej ręce po cesarskim cięciu wykonanym w nagłym trybie dwanaście godzin wcześniej.

— Pani doktor, pani mi proponuje, żebym podała synowi… co adekwatnie?

Agnieszka miała przyklejone do czoła włosy, w pokoju czuć było żel antybakteryjny i goździki z taniego bukietu, który kupiła jej siostra w kiosku przy wejściu do szpitala, a w przezroczystym inkubatorze Antoś spał z zaciśniętymi piąstkami, jakby wciąż zastanawiał się, czy chce być na tym świecie.

Elena usiadła na krawędzi łóżka, nie na fotelu dla odwiedzających.

— Dzieci rodzone naturalnie przełykają, dosłownie, koktajl bakterii matki podczas przechodzenia przez kanał rodny. To uruchamia układ odpornościowy dziecka. Te urodzone przez cesarkę, jak Antek, pomijają ten etap. A to łączy się z większą częstością astmy, alergii, problemów trawiennych w dzieciństwie.

— To mówiła mi już pediatra w Chorzowie dwa lata temu, przy pierwszym dziecku. Nie wspominała o żadnych słoiczkach.

— Bo to nowe badanie. Przeprowadzono je w Finlandii, pod ścisłym nadzorem medycznym, z badaniami krwi matki wykluczającymi wzw, HIV, pasożyty, wszystko. Dzieciom podawano minimalną dawkę kału matki, przefiltrowanego i rozcieńczonego, zmieszanego z mlekiem. I w ciągu kilku tygodni mikrobiom jelitowy tych dzieci zaczynał przypominać mikrobiom dzieci urodzonych naturalnie.

Agnieszka zaśmiała się bez przekonania, tym słabym śmiechem kogoś, kto nie spał trzydzieści sześć godzin.

— I pani chce mi to zrobić synowi? Tutaj? W Siemianowicach?

— Nie. Tu się tego nie robi bez protokołu, bez podpisanej zgody, bez zatwierdzenia przez komisję bioetyczną w każdym indywidualnym przypadku. Przynoszę pani możliwość udziału w badaniu pilotażowym, które prowadzimy razem z Centrum Zdrowia Matki Polki. Decyzja należy do pani.

Monitor funkcji życiowych zapiszczał dwukrotnie, zanim ktoś znowu się odezwał.

Ojciec Antka, Marek, przerwał tę przerwę, wchodząc z dwoma kawami z automatu i zatrzymując się w drzwiach na dźwięk słowa "kał" powtórzonego trzy razy w jednym zdaniu.

— Przepraszam, co ja przegapiłem?

Agnieszka streściła mu wszystko w dziesięć sekund, z tą brutalną zwięzłością, którą mają kobiety po porodzie. Marek postawił kawy na wózku, skrzyżował ręce na piersi i wpatrzył się w słoiczek, który Elena trzymała dwoma palcami, z dala od ciała, jakby to był granat z odbezpieczoną zawleczką.

— A jeżeli coś pójdzie źle? jeżeli dziecku się coś stanie?

— Właśnie dlatego istnieje panel badań. jeżeli matka ma jakąkolwiek aktywną infekcję, jakikolwiek patogen, protokół zostaje natychmiast odwołany. To nie jest improwizacja. Sama nadzoruję każdy etap.

Marek nie powiedział nie. Nie powiedział też tak. Wpatrywał się w syna przez szybę inkubatora, i Elena zrozumiała, iż to spojrzenie — nie jego słowa — było prawdziwymi negocjacjami.

Minęły trzy dni. Agnieszka podpisała dokumenty w czwartek po południu, po tym jak jej matka, Teresa, przyjechała z Bytomia z medalikiem Matki Boskiej Piekarskiej na szyi i zdaniem, które ostatecznie przechyliło szalę:

— Córeńko, twoja babcia urodziła sześcioro dzieci na wsi, bez szpitala. Czasem to, co najnowsze, jest tym, co najstarsze.

W piątek rano, w odrębnym pomieszczeniu, w obecności dwóch pielęgniarek i kamery rejestrującej na wymóg komisji bioetycznej, Elena rozpuściła precyzyjną dawkę — cztery mililitry — w butelce z trzydziestoma mililitrami mleka Agnieszki, już odciągniętego i podgrzanego. Antoś wypił wszystko w cztery minuty, bez protestu, tak jak pięciodniowe dziecko przyjmuje wszystko: bo jest głodne i nie wie, iż powinno czuć odrazę.

Elena zapisała godzinę w karcie: 9:14. A pod tym, drobnym, równym pismem: "Zabieg bez powikłań. Monitorować stolec, temperaturę i karmienie co 8 godzin przez 72 godziny."

W sobotę Antek miał luźniejszy niż zwykle stolec. Pielęgniarka sprawdziła pieluszkę, zmierzyła temperaturę — 36,8, w normie — i zapisała: "Oczekiwana zmienność w ramach protokołu." Agnieszka zacisnęła palce na dłoni Marka i oboje odetchnęli, myśląc, iż najgorsze już za nimi.

Mylili się.

W niedzielę, dwadzieścia osiem godzin po podaniu, termometr pod pachą Antka pokazał 38,3. Marek potrząsnął Agnieszkę za ramię, choć ona i tak już nie spała — od godziny nasłuchiwała oddechu syna w koszu obok łóżka. Zjechali do dyżurki pediatrycznej w piżamach, Antoś owinięty w kocyk z wyszytym imieniem, Marek prowadząc, bo ręce Agnieszki trzęsły się tak, iż nie mogłaby utrzymać kierownicy.

W szpitalu temperatura doszła do 38,7. Dyżurny lekarz zlecił posiew krwi i kału, włączył kroplówkę z płynami, poprosił o telefon do Eleny — "bo to pacjentka z protokołu badawczego, musimy wiedzieć, co dokładnie podano." Elena przyjechała o trzeciej w nocy, w swetrze włożonym na piżamę, i przez dwie godziny siedziała z rodzicami w poczekalni obok sali obserwacyjnej, tłumacząc po raz dziesiąty, iż gorączka mogła być zwykłym odczynem poporodowym, infekcją wirusową przypadkową, albo — i tego nikt nie powiedział na głos — powikłaniem po zabiegu.

Agnieszka próbowała odciągnąć pokarm w łazience na końcu korytarza, bo pielęgniarka powiedziała, iż karmienie trzeba wstrzymać do wyników, i nie mogła. Ręce nie chciały jej słuchać, laktator wydawał dźwięk, który nagle wydał się jej obscenicznie głośny w pustym pomieszczeniu, a mleko nie chciało puścić. Wróciła do poczekalni z pustym pojemnikiem i usiadła przy Marku, który liczył głośno minuty do kolejnego pomiaru temperatury, jakby liczenie mogło je przyspieszyć albo spowolnić, jakby to wciąż było w jego władzy.

O piątej trzydzieści nad ranem wyniki pierwszego posiewu wróciły negatywne na patogeny bakteryjne. O szóstej czterdzieści temperatura spadła do 37,9. O ósmej, kiedy słońce już wchodziło przez żaluzje w kolorze brudnego miodu, pediatra dyżurny ogłosił: zwykła infekcja wirusowa, prawdopodobnie od starszego kuzyna, który odwiedzał dzień wcześniej z katarem. Nic związanego z zabiegiem. Elena stała w drzwiach z kartą wyników w ręku i po raz pierwszy od piątku pozwoliła sobie usiąść na chwilę na krześle dla personelu, zamiast stać.

Agnieszka nie powiedziała nic. Wzięła od pielęgniarki butelkę z mlekiem, które w końcu zdołała odciągnąć kwadrans wcześniej, i podała ją synowi, który ściskał jej palec tak mocno, iż pozostał czerwony odcisk.

Minęły dwa tygodnie. Na wizycie kontrolnej Elena podała Agnieszce wydruk z wynikami badania kału Antka, porównanymi z wynikami dziecka urodzonego naturalnie w tym samym szpitalu w tym samym tygodniu. Kolorowe słupki na wykresie — te od Bacteroides, te od Bifidobacterium — prawie się na siebie nakładały.

— To nie znaczy, iż Antek nigdy nie zachoruje — zaznaczyła Elena, wskazując palcem na papier. — Znaczy, iż jego układ odpornościowy startuje z adekwatnymi narzędziami.

Agnieszka złożyła wydruk, włożyła go do żółtej teczki, gdzie trzymała akt urodzenia i numer PESEL syna, i podała ją Markowi bez słowa. Ten przeczytał wszystko dwukrotnie, z teczką opartą na stole w kuchni ich mieszkania na osiedlu Michałkowice, przy otwartym oknie i odgłosem śmieciarki przejeżdżającej pod blokiem.

Agnieszka usiadła na krześle przy oknie, rozpięła bluzkę i przyłożyła zasypiającego Antka do piersi. Marek wciąż trzymał żółtą teczkę otwartą na kolanach, palcem wskazując kolumnę z liczbami, ale nic już nie mówił. Śmieciarka zjechała dalej, w stronę ulicy Oświęcimskiej, a Antoś, z ustami przy sutku matki, zasnął na dobre, z jedną piąstką zaciśniętą na rękawie jej bluzki.

Idź do oryginalnego materiału