Straciłam całą chęć pomagania teściowej, gdy dowiedziałam się, co zrobiła. Ale nie potrafię jej też zupełnie zostawić na lodzie.
Mam dwójkę dzieci i, jak to w polskich serialach bywa, każde z innym tatą. Moja starsza, Jagoda, ma już 16 lat. Jej ojciec, Rafał, nie tylko regularnie płaci alimenty, ale i co niedzielę dzwoni do Jagody, żeby ponarzekać na korki w Warszawie albo pogadać o nowej dziewczynie w klasie. Choć Rafał dawno ma nową żonę i dwójkę świeżych dzieciaków na osiedlu, o Jagodzie nigdy nie zapomina. Czasem aż mnie to śmieszy, jak bardzo stara się być Super Tatą.
Syn poszczęścił się już mniej. Dwa lata temu mój drugi mąż, Tomek, zachorował. Trzy dni później nie było go już z nami zgasł jak światło w korytarzu wzorem przepalonej żarówki. przez cały czas czasami łapię się na myśli, iż zaraz usłyszę jak przekręca klucz w drzwiach i wchodzi, pytając, czy jeszcze zostało w lodówce domowe ogórki kiszone. Po nim zostają mi łzy i za duży sweter.
Przez ten cały okres najbardziej mnie wspierała Jadwiga mama Tomka, moja była teściowa. Ona też przeżywała tę tragedię, w końcu to był jej jedyny chłopak. Trzymałyśmy się razem, raz jedna, raz druga robiła kawę, ale zawsze znalazł się temat do rozmowy: o Tomku, o dzieciach, o tym, kto pierwszy zauważył, iż w Lidlu rzucili śliwki. Stałyśmy się sobie bliższe niż niejedna koleżanka z podstawówki.
Pamiętam jak kiedyś, jeszcze zanim urodziłam syna, Jadwiga rzuciła ni z tego, ni z owego: „A może, tak na wszelki wypadek, zrobilibyśmy test na ojcostwo?” Bo gdzieś w telewizji pokazali faceta, co przez lata wychowywał nie swoje dziecko. Spuściłam na to zasłonę milczenia. Jak facet już zaczyna kombinować z testami, to się nadaje co najwyżej do oglądania meczu w niedzielę, a nie do bycia ojcem! tak wtedy powiedziałam, uciekając w ironię. Jadwiga zapewniła mi, iż ufa, iż to jej wnuk i potem już temat ucichł. Sądziłam, iż podpisałyśmy niemal pakt rodzinny.
Tej wiosny Jadwiga bardzo podupadła na zdrowiu. Dostała jakiejś rzadkiej choroby, sama wyglądała gorzej niż mój trawnik po zeszłym lecie. Uznałyśmy, iż powinna się przeprowadzić bliżej w końcu kto jej zaniesie rosół w niedzielę? Wynajęłyśmy pośrednika, zaczęłyśmy szukać mieszkania, zbierać papiery. W tym rozgardiaszu Jadwiga trafiła do szpitala, a ja miałam odnaleźć jej akt zgonu męża, niezbędny do jakichś biurokratycznych cudów.
Przekopałam jej szafki, teczki, szuflady a tam, w głębi, zamiast aktu, wykopałam papier, przy którym akt urodzenia dziecka to pestka test na ojcostwo! Wynikało z niego, iż gdy mój synek miał dwa miesiące, Jadwiga potajemnie zorganizowała test i to na jej basenowy koszt, żeby mieć „pewność”.
Mój święty spokój wyleciał przez okno jak mucha w sierpniu. Przez te wszystkie lata, kiedy wspierała mnie, roniła łzę i gotowała żurek, przez cały czas nie wierzyła mi na słowo! Oczywiście, nie wytrzymałam i powiedziałam jej wprost, co o tym myślę. Jadwiga płacze, przeprasza po tysiąckroć, obiecuje poprawę. Ale ja? Ja już nie potrafię jej zaufać jak dawniej. Czuję się jak kolczyk, który zgubił się w podszewce kurtki. Zdradzona.
Mam ochotę obrazić się na nią jak dziecko, które dostało za mało lodów. Ale z drugiej strony wiem, iż nie mogę tak po prostu machnąć ręką bo oprócz mnie i mojego syna, Jadwiga nie ma nikogo. Nie chcę zabierać mojemu dziecku babci. przez cały czas jej pomogę, podrzucę słoik dżemu czy rachunki na pocztę, będę zaglądać w szpitalu. Ale tego ciepła, tej wikliny zaufania między nami już chyba nie będzie.
I tak to właśnie w Polsce bywa, iż choćby jak człowiek nie ma z czego, to się dzieli. A potem narzeka, ale pomaga dalej. Co zrobić rodzina to rodzina, choćby jeżeli trochę pokręcona.








![Gwarancja śniegu, buty Relaksy i przemoczone rękawiczki. Tak się zimą bawiły dzieci w PRL [GALERIA]](https://bi.im-g.pl/im/72/08/1f/z32541298IHR,Zima-w-miescie-w-czasach-PRL-.jpg)





.jpg)

