Światło leżała na kanapie, wpatrzona w sufit. Natrętne, pełne niepokoju myśli nie pozwalały jej zmrużyć oka. No bo jak tu spać, kiedy twoje ukochane dziecko choruje? Po co ja ją zaprowadziłam do tego przedszkola… Gdyby została w domu jeszcze dzień lub dwa, może nie złapałaby tej infekcji…

twojacena.pl 3 godzin temu

Światłana leży na kanapie, wpatrując się w sufit. Niepokojące myśli nie pozwalają jej zasnąć. Jak tu zasnąć, gdy jej ukochana córeczka jest chora. Dlaczego w ogóle zaprowadziłam ją do przedszkola? Przecież mogła posiedzieć jeszcze dzień lub dwa w domu i może niczego by nie złapała… Serce jej ściska, brakuje tchu. Młoda kobieta wstaje i podchodzi do okna. Nad osiedlem rozciąga się szare niebo, oblepione ciężkimi chmurami. Trzeci dzień z rzędu, niemal bez przerwy, siąpi ten uparty, jesienny deszczyk. Światłana wzdycha głęboko. W łóżku zaczyna się wiercić Krysia, jęczy przez sen, a potem zaczyna kaszleć. Mama natychmiast podbiega, sprawdza płonące czoło. choćby bez termometru wie, iż gorączka znów skoczyła. Cicho włącza lampkę nocną, jednak sięga po termometr i wsadza go pod pachę dziewczynki.

Czterdzieści! O Boże, co robić…

Krysia otwiera oczy:

Mamo, jest mi tak gorąco…

Już, kochanie. Zaraz, zaraz…

Budzi się też Daniel, siada obok. Światłana w popłochu przygotowuje kolejną porcję leków przeciwgorączkowych, jednak temperatura nie spada. Nad ranem pod dom podjeżdża karetka pogotowia, rozświetlając podwórko niebieskim światłem. Zabrali matkę i córeczkę do szpitala.

Pielęgniarka z troską patrzy na bladą, przestraszoną mamę, cicho głaszcze ją po ręce i pewnym ruchem wprowadza Krysi kroplówkę do żyły.

Proszę się nie martwić, pomożemy. Wszystko będzie dobrze.

Światłana tylko wzdycha.

Wkrótce Krysia naprawdę czuje się lepiej. Otwiera oczy i prosi o wodę. Matka odwraca się i widzi, jak z sąsiedniego łóżka patrzą na nią ogromne, niebieskie oczy drobnej, jakby przezroczystej dziewczynki, może sześcioletniej. Nieumyte, jasne włosy leżą w nieładzie na szczupłych ramionkach. Ubrana jest w rajstopy z dziurką na palcu i spraną koszulkę. Zamiast kapci, pod łóżkiem stoją sportowe buty w niebieskich ochraniaczach.

Cześć.

Dzień dobry. A wy przyjechałyście w nocy?

Tak, w nocy.

A jak pani ma na imię?

Jestem Światłana, a to Krysia. A ty?

Ja mam na imię Wioletta.

Długo tu jesteś?

Długo. Niedługo mnie wypiszą. W piątek.

Och, to jeszcze trochę. Dziś dopiero poniedziałek.

A mama z tobą?

Nie… Moja mama zmarła dawno, kiedy byłam mała… Tata zaczął pić i też odszedł. Zabrali mnie do domu dziecka.

Stara się uśmiechnąć, ale wzruszenie ściska jej gardło.

Tam mieszkam… Ale tu mi lepiej. Dobrze karmią, starsi koledzy nie dokuczają…

Wstaje z łóżka i zaczyna zakładać sportowe buty.

Zaraz będzie śniadanie. Przynieść wam?

Nie trzeba, dziękuję, sama pójdę…

Światłana patrzy za wychodzącą dziewczynką, a jej serce przeszywa ból. Inna sąsiadka odprowadza Wiolettę wzrokiem, wzdycha i cicho mówi: Dobra, grzeczna dziewczynka. Nie miała szczęścia…

Światłana nie zdąża odpowiedzieć. Dzwoni telefon.

Halo.

Cześć córeczko, jak Krysia?

Mamo, jesteśmy w szpitalu.

Matko Boska, co się stało?!

Nie martw się. Krysia miała gorączkę, teraz już jej lepiej. Podejrzewają zapalenie oskrzeli. Teraz śpi.

Kobieta chlipie: Biedne moje słoneczko. W którym szpitalu jesteście? Zaraz przyjadę. Co wam przynieść?

Mamo, zapomniałam kapci i różowej piżamki dla Krysi. I… Mamo, tutaj jest dziewczynka z domu dziecka. Czy możesz przywieźć szampon, mydło? I czy zostały jeszcze ubranka po Zosi?

Jaka dziewczynka, córciu?

Opowiem ci później. Przynieś jej proszę podkoszulki, szlafroczek, legginsy. I najważniejsze kapcie, na sześć lat, dobrze?

Przywiozę wszystko.

Następnego ranka Krysia jest już weselsza i bawi się z nową przyjaciółką. Światłana wychodzi na korytarz i zatrzymuje przechodzącą pielęgniarkę.

Proszę pani, a do Wioletty ktoś przychodzi?

Nie. Odbiorą ją dopiero przy wypisie.

Może się wykąpać?

Pielęgniarka smutno się uśmiecha: Może, a choćby powinna. Ale ręce nie sięgają…

Wieczorem, radosnej, wykąpanej po raz pierwszy od dawna dziewczynki w nowej piżamie i różowych kapciach z haftowanymi pieskami nie sposób poznać. Świeci od szczęścia.

Wszystkie prezenty od Światłany starannie chowa pod poduszką. Kapcie kładzie pod materacem.

Wiolettko, czemu chowasz rzeczy? pyta zdziwiona Światłana.

Żeby nie ukradli…

Kobieta tylko ciężko wzdycha.

Gdy gasną światła, Wioletta zamyka oczy i marzy, iż idzie słoneczną, zieloną ulicą, trzymając za ręce Krysię i Światłanę. Bardzo pragnie mieć mamę i tatę. By ją ktoś głaskał po głowie, całował na dobranoc, kąpał, zakładał cieplutką piżamę, by tata podrzucał ją wysoko do sufitu, a ona śmiałaby się do utraty tchu. Żeby wszyscy byli szczęśliwi. Starałaby się, pomagałaby zmywać naczynia albo myć podłogi, opiekowałaby się Krysią, uczyłaby liter i cyferek. Byleby ją tylko pokochała. Byleby miała mamę…

Wzdycha ciężko. W domu dziecka jej, co prawda, nie bili. Ale wychowawczyni, pani Elżbieta, zawsze krzyczała, a inne dzieci wyzywały ją i kradły rzeczy oraz jedzenie. Ostatnio upuściła na kuchni talerz z kaszą. Za to zamknęli ją w ciemnym brudnym schowku na szczotki. Witek, najgorszy z chłopaków, wyszeptał złośliwie: No i co głupia, teraz posiedzisz z myszami. Wioletta bardzo bała się myszy. Wydawało jej się, iż zaraz jakaś ogromna wybiegnie wprost na nią. Płakała długo, opierając się o drzwi. Było jej zimno i strasznie. Dopiero wieczorem opadła bez sił na zimną podłogę. Właśnie wtedy się przeziębiła, zachorowała, trafiła do szpitala…

Na wspomnienie tych chwil dziecko ma łzy w oczach, które powoli spływają po małych policzkach… Dziewczynka pociąga nosem… Nagle poczuła, jak ktoś głaszcze ją po głowie. Otwiera oczy.

Ciociu Światłano…

No już, maleńka… Nie płacz… Wszystko będzie dobrze… Zobaczysz…

Kobieta w odruchu współczucia przytula ją do siebie.

Nie płacz, kochana…

Wioletta cichnie. Jest jej cudownie, jakby to mama ją obejmowała, głaskała po głowie…

Ciociu Światłano…

Słucham?

Fajnie by było, gdybyś była moją mamą…

Światłanie popłynęły łzy. Decyzja pojawiła się w sercu natychmiast. Musi jeszcze porozmawiać z bliskimi…

Mama zrozumiała ją i wsparła z radością. Teściowa również, bo sama dorastała jako sierota. Mąż jednak nie był zachwycony.

Oszalałaś? Ty wiesz, iż to na zawsze?

Wiem! I wiem, iż jeżeli tego nie zrobię, będzie mnie to dręczyć przez całe życie, rozumiesz?

Odwrócił wzrok.

Chcę ją zobaczyć.

Dobrze.

Wieczorem wyszli razem na korytarz. Daniel przytulił Krysię, pocałował czule.

Moja radość, tak za tobą tęskniłem…

Zwrócił się do żony. Ta patrząc mu prosto w oczy szepnęła: Poznaj, Wioletta. To wujek Daniel.

Wioletta skinęła głową, podniosła swoje bezdenne oczy na mężczyznę.

Dzień dobry!

No cześć! Miło cię poznać.

Mnie też…

Coś zakuło Sergiusza w sercu. Spojrzał na żonę, w oczach pojawiły się łzy. Skinął głową…

Po paru miesiącach pod dom dziecka, gdzie mieszkała Wioletta, podjechał samochód. Wysiedli z niego Światłana i Daniel. W oknie pojawiły się twarze dzieci.

Wioletta, Wioletta, chodź, twoi przyjechali!

Szczęśliwa Wioletta pobiegła do swoich nowych rodziców.

Witaj, Wioletto! Przyjechaliśmy po ciebie! Jedziesz z nami do domu?

Małe serduszko biło jej w piersi wypełnione szczęściem: Tak, mamo!

Idź do oryginalnego materiału