Syn niegotowy być ojcem
Ladacznica! Niewdzięczna świnia! krzyczała matka na córkę, Zofię, ile tylko sił miała w gardle. Okrągły brzuch córki zamiast powstrzymać złość matki, tylko ją potęgował. Wynoś się z domu i nie waż się wracać! Żebym cię więcej na oczy nie widziała!
To nie był pierwszy raz, kiedy matka wyrzucała Zofię z mieszkania za jakieś przewinienia, ale tym razem zrobiła to raz na zawsze za to, iż Zofia nabrała się w ciążę, powiedziała, żeby przyszła, ale dopiero, gdy wszystko się skończy.
Zalana łzami, z małą podręczną walizeczką, Zofia powlokła się przez kręte ulice Krakowa do ukochanego zagubionego chłopaka, Bartosza. Okazało się, iż Bartosz postawił sprawę jasno tylko sam przed sobą, a rodzicom nic nie powiedział. Matka Bartosza spytała tylko: Czy nie za późno na rozwiązanie? Było już za późno Zofia była w zaawansowanej ciąży. Znaleźć w sobie odwagę, by o coś prosić, graniczyło z cudem. Jeszcze miesiąc temu kłóciła się z mamą, teraz drżała ze strachu i poczucia beznadziejności.
Mój syn nie jest gotowy, by być ojcem powiedziała stanowczo matka Bartosza. Jest młody, zepsujesz mu życie. Pomogę ci, na ile mogę. Mam znajomą, może załatwi ci miejsce w ośrodku dla takich, jak ty. Dla porzuconych ciężarnych, którym nikt nie chce pomóc.
Ośrodek okazał się dziwnie cichy, z korytarzami jak z zamglonej bajki. Pokój Zofii był jakby nie do końca prawdziwy miękkie światło, dziwne kolory ścian, senna atmosfera. Tam po raz pierwszy mogła się położyć, uspokoić, słuchać własnych myśli. Przychodziła psycholożka, która szeptała słowa niezrozumiałe, jakby śniły się jej na jawie. Aż pewnego ranka Zofia usłyszała płacz i ktoś położył jej na ramionach mały, ciepły tobołek. Panika, potem uczenie się nowego świata. Patrzyła na małą Marysię, jakby próbując zrozumieć, co to za cud własna córka, świeża jak śnieg na podkrakowskich wzgórzach.
Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia ale zamiast opłatka i kolęd usłyszała, iż powoli musi szukać nowego kąta. Na miejsce Zofii już czekały inne kobiety. Z małą Marysią na ręku, która dopiero skończyła miesiąc, Zofia siedziała wystraszona w swoim pokoiku i nie wiedziała, gdzie pójść, skąd wziąć pieniądze, do kogo się zwrócić, kto ich wpuści na nocleg. Serca matki Zofii nic nie zmiękczyło. Nie chciała ani spojrzeć na wnuczkę. Po prostu wykreśliła je ze swojego świata.
Widzisz, Marysiu, nasza Wigilia taka smutna wyszeptała Zofia do dziecka. Przecież zawsze tak bardzo kochała ten czas! Od najmłodszych lat chodziła z sąsiadami po dzielnicy, śpiewała kolędy i zawsze coś zarobiła. Miała wtedy poczucie świątecznej magii. Zachciało jej się znów tego samego: wyjść w noc, śpiewać, poczuć zapach kutii z dzieciństwa i dźwięk rozkołysanych dzwoneczków na domach.
Dlaczego nie? pomyślała nagle. Marysia spokojna, otulę ją szczelnie, przypnę do siebie i pójdę kolędować. Duszę wyśpiewam, a kto nie otworzy niech się śni Bogu ten dom.
Następnego dnia zabrała się, ruszyła na cichą, podkrakowską ulicę, wśród willi, parujących jakby z czułej nostalgia. Trudno było być nietypową kolędnicą nie wszędzie otwierali, spodziewali się zawsze grup chłopców przebranych za pastuszków. Czasem jednak wpuszczali ją do środka wtedy tak pięknie, prawdziwie śpiewała, iż ludzie wręczali jej nie tylko złote monety, czekolady, pierniki, ale też czułe słowa. Najbardziej wzruszali się, widząc śpiącą w nosidle Marysię. Zrozumieli, iż kobieta z małym dzieckiem nie szłaby przez miasto z radości, tylko z potrzeby.
Dzień był chłodny, Zofia czuła zmęczenie w każdej kości. Zaraz, zobaczę jeszcze tamtą willę stwierdziła. Może żyją tam bogaci ludzie, może dostanę coś wyjątkowego. Spora sumka już grzechotała w kieszeni, budziła ukojenie.
Czy mogę zakolędować? spytała, gdy otworzył jej drzwi wysoki, blady mężczyzna o zagubionym spojrzeniu. Patrzył długo najpierw na Zofię, potem na dziecko. Posmutniał, przysiadł na fotelu, jakby wiatr zdmuchnął mu całe życie.
Danuta? powiedział wreszcie cicho.
Słucham? Nie, ja jestem Zofia odparła, speszona. Chyba mnie pan z kimś pomylił.
Zofia Tak bardzo przypominasz moją żonę ledwo wydobył z siebie. I dziecko też miałem córeczkę. Ale zginęły w wypadku samochodowym. Niedawno śniło mi się, iż wracają A tu stoisz ty czy to możliwe?
Sama nie wiem, co mam odpowiedzieć
Proszę, wejdźcie, nie wstydź się! Opowiedz mi o sobie
Na początku Zofia bała się jego dziwnych słów i sennych spojrzeń, ale pomyślała: i tak nie mam gdzie pójść. Przekroczyła próg przestronnego, trochę nierealnego domu samotnego mężczyzny. Zauważyła zdjęcie na ścianie rzeczywiście, martwa żona była do niej niezwykle podobna.
A potem Zofia zaczęła mówić. Opowiadała i nie mogła przestać, snując swoją historię jak mgłę pośród gór. Mężczyzna słuchał, cicho, bez przerwy, chłonąc każde słowo. Od czasu do czasu spoglądał na Marysię, która oddychała cicho i uśmiechała się przez sen, jakby czuła, iż wróciła do domu który już niedługo mógł stać się jej nowym światem.






