SZCZĘŚLIWY PRZYPADEK…
Dorastałem w niepełnej rodzinie bez ojca. Wychowywały mnie mama i babcia, zaraz obok starego bloku przy ulicy Grójeckiej w Warszawie.
Potrzebę ojca zacząłem odczuwać już w przedszkolu wszyscy chłopcy z dumą maszerowali za rękę z wysokimi, poważnymi ojcami, śmiali się, jeździli razem na rowerach, na maluchach albo syrenkach, a ja patrzyłem z oddali. Szczególnie przykro było, gdy któraś z dziewczynek wskakiwała ojcu na ręce, a tata podrzucał ją do sufitu, całował, robił miny a dziecko śmiało się, śmiało
Patrzyłem na to wszystko i myślałem: Boże, co za szczęście!.
Ojca znałem tylko z fotografii. Jedna jedyna uśmiechnięty, jak inni ojcowie, ale nie do mnie
Mama opowiadała mi, iż mój ojciec jest polarnikiem, żyje gdzieś w dalekiej Norwegii, aż tak daleko, iż choćby nie może przyjechać. Przywozi tamtąd prezenty zawsze na urodziny i Gwiazdkę.
W trzeciej klasie odkryłem gorzką prawdę. Podsłuchałem rozmowę, kiedy mama mówiła babci, iż nie ma już siły, żeby ciągle kłamać. Że prezenty od ojca, który po prostu ich zostawił, są tylko przebieranką. Nie zadzwonił ani razu, choćby w urodziny czy w Nowy Rok. A przecież tak bardzo lubiłem święta kiedy czułem choć cień wsparcia, choćby mglistego, wyśnionego ojca.
Od tamtej pory powiedziałem mamie i babci, żeby nie dawali mi żadnych prezentów od ojca wystarczy mi mój ulubiony tort ptasie mleczko. Tak poprosiłem. Nic więcej.
Żyliśmy raczej skromnie, tylko z pensji mamy i babci.
Studiując, dorabiałem jako tragarz na dworcu Wschodnim i w osiedlowych sklepach.
Któregoś grudnia sąsiad Sławek zaproponował mi pracę jako Święty Mikołaj w przedszkolach i u rodzin prywatnych. Przedszkola od razu odrzuciłem tam trzeba było odgrywać całe przedstawienia, śpiewy z Śnieżynką, konkursy. Ale pojedyncze wizyty w mieszkaniach już mi odpowiadały.
Sławek zostawił mi zeszyt z wierszykami i zagadkami oraz listę adresów.
Program był łatwy, zapamiętałem gwałtownie to nie egzamin z mechaniki. Bałem się jednak trochę, iż się wygłupię.
Ale pierwsze zlecenie wyszło zadziwiająco dobrze.
Zmęczony i szczęśliwy, przeliczyłem zarobek i prawie zatańczyłem z radości. Tyle złotych nie zdobyłem przez pół roku wywożenia skrzyń i worków.
Od tamtej pory co roku stawałem się zimowym Mikołajem, w wakacje dorabiałem w brygadach budowlanych i gdzie popadnie.
Moje sprawy sercowe w ten czas nie układały się najlepiej studia, praca, życie w biegu. Dziewczyny były, ale z żadną nie dotarło do ślubu.
Jak skończę uczelnię, znajdę prestiżową posadę, będę miał porządną pensję, własny kąt… Wtedy pomyślę o rodzinie tak sobie marzyłem.
Po skończeniu politechniki, pracując jako inżynier, ale na razie na niższej pozycji, zapragnąłem kupić używanego volkswagena.
W domu żyło się już całkiem nieźle, ale na auto brakowało. Zdecydowałem więc ponownie zostać Mikołajem.
Mama zdjęła z pawlacza stary kostium, dodała sporo brokatu, a puszysta biała broda wyglądała wyjątkowo cała zasłaniała twarz.
Przykleiłem krzaczaste brwi i w lustrze ujrzałem Mikołaja w pełnej krasie.
Mama, patrząc na mnie, westchnęła cicho:
Krzysiek, pora byś pomyślał o własnych dzieciach, a Ty wciąż rozbawiasz cudze…
Spokojnie, przyjdzie pora uśmiechnąłem się. Trzymaj kciuki! ucałowałem ją w policzek i ruszyłem w noc zarabiać.
Tydzień przed Nowym Rokiem dałem ogłoszenie do Gazety Stołecznej, posypało się piętnaście zamówień.
Po sześciu wykonanych wizytach przeczytałem kolejny adres: ul. Sadowa 6, m. 19.
Wysiadłem z tramwaju i ruszyłem w stronę domu. Ulica Sadowa na Grochowie była mroczna, ledwo rozświetlona słabą latarnią.
Numer 6 znalazłem dość szybko. Wspiąłem się na drugie piętro i zadzwoniłem.
Otworzył mi chłopiec może pięciolatek.
Mieszkam w leśnej chatce, przy skraju polany zacząłem znanym tekstem.
Chłopiec przerwał:
My nie zamawialiśmy Mikołaja!
Do grzecznych dzieci przychodzę sam, nie trzeba mnie zamawiać odpowiedziałem szybko, ale trochę się zmieszałem. Mama albo tata są w domu?
Nie. Mama poszła do sąsiadki, do babci Tosi, robić zastrzyk. Niedługo wróci.
A ty jak się nazywasz?
Krzysiek.
A to niespodzianka, mój imiennik pomyślałem z szokiem.
Ale przecież nie mogłem mu powiedzieć, iż też jestem Krzysiek. Ja byłem teraz Mikołajem!
Krzysiek, gdzie wasza choinka?
W moim pokoju.
Wziął mnie za rękę i zaprowadził do niewielkiego pokoiku. Na stoliku, zamiast choinki, stała samotna gałązka sosny w trzylitrowym słoiku, ozdobiona maleńkimi bombkami i kolorową lampką.
Obok stały dwie identyczne ramki mężczyzny i kobiety.
Zbliżyłem się, i zamarłem. Ze zdjęcia patrzyłem na siebie.
To niemożliwe myślałem.
Spojrzałem uważnie naprawdę! W lewej ramce byłem ja, jeszcze ze studiów, w kurtce. W prawej kobieta, którą rozpoznałem natychmiast Małgorzata Wysocka.
Małgosię poznałem kiedyś latem na praktykach budowlanych.
Jej zdjęcie już nie było studenckie. Patrzyła z szarpiącym serce uśmiechem, smutnymi oczami poważniejsza, ale tak samo pogodna.
Kto to? spytałem z bijącym sercem, głos z trudem przeszedł przez gardło.
Mama.
Twoja?
Moja.
A nazywa się Małgosia? wymknęło mi się.
Ojej! Skąd pan wie!? To pan jest prawdziwym Mikołajem! Ja myślałem, iż nie istnieją.
A ten pan? wskazałem palcem na swoje zdjęcie, już przeczuwałem prawdę.
To mój tata! Mama mówiła, iż jest polarnikiem! Mieszka i pracuje gdzieś na wielkiej kra, tak daleko, iż nie mógł wrócić. Nigdy go nie widziałem, choćby nie pamiętam. Ale zawsze przysyła mi prezent na imieniny i Nowy Rok. Pod poduszką rano znajdę jego podarek. Mikołaj mi go podkłada.
Stałem, jakby świat stanął na głowie. Znów polarnik. Czy każda polska mama wysyła nieobecnego ojca na daleką północ?
A ja w gronie tych polarników.
Ból ścisnął mnie za serce. Przypomniałem sobie krótki, żywiołowy romans z Małgosią…
Wymieniliśmy się numerami, ale zaraz po powrocie do Warszawy nie zadzwoniłem. Po paru dniach skradziono mi telefon.
Często myślałem o Małgosi. Ale studia, praca, spotkania z kolegami, dziewczyny… Wszystko jakoś ją wypchnęło z mojego życia.
A ona mieszkała przez cały czas w tym samym mieście. Pamiętała mnie. Wychowywała sama naszego syna Krzysztofa i postawiła moje zdjęcie obok własnego.
Chciałem już wyznać Krzysiowi, iż jestem jego ojcem, kiedy nagle drzwi się otworzyły i weszła Małgosia.
Krzysiu, przepraszam, iż tak późno! Babci Tosi pogorszyło się, trzeba było wezwać karetkę i jechać z nią do szpitala.
Spojrzała na mnie zdumiona.
Panie Mikołaju, ale nikt pana nie zamawiał!
Łzy szczęścia popłynęły mi z oczu, zerwałem czapkę z brodą, oderwałem futerkowe brwi…
Krzysiek?! Małgosia wybuchnęła.
Osunęła się na puf w przedpokoju i rozpłakała tak głośno, iż Krzysio aż się przestraszył.
Lecz Małgosia spojrzała na syna i od razu się uspokoiła.
Powiedziałem, iż przyjechałem z dalekiej Norwegii, zostałem Mikołajem, aby sprawić niespodziankę im obojgu.
Krzyś był wniebowzięty! Śmiał się, recytował wierszyki, śpiewał kolędy, trzymał nas za ręce, jakby bał się, iż znów wrócę do zimnego kraju.
Nie zapytał o prezent przecież wiedział, iż Mikołaj na pewno schowa prezent taty pod poduszką.
Krzyś zasnął, a my z Małgosią siedzieliśmy razem do rana, jakby nie było tych długich lat rozstania.
Rano wypadłem jeszcze po jeden upominek, wtedy odkryłem, iż pomyliłem adres miałem iść do domu z numerem 6, wszedłem do 6A. W nocy nie zauważyłem tej A.
Ale przecież trafiłem DO NAJWAŻNIEJSZEGO DOMU na świecie.
Co za szczęśliwy, przełomowy przypadek, myślałem, uśmiechając się.
Teraz jesteśmy razem! Bardzo szczęśliwi!
A mama i babcia nie mogą się nacieszyć wnukiem i prawnukiem Krzysztofem Krzysztofowiczem!…

![Nowa wystawa w Muzeum Armii Krajowej. Ponad sto osób na otwarciu [ZDJĘCIA]](https://krknews.pl/wp-content/uploads/2026/04/20260421_140859.jpg)










