Szwagierka siedzi na urlopie w Ustce, podczas gdy my przerabiamy dom w pocie czoła, a teraz pani lalka chce żyć jak królowa.
Namawialiśmy razem z mężem, żebyśmy wspólnie dorzucili się do remontu, ale Basia oczywiście rozłożyła ręce jej to niepotrzebne, ona ma inne priorytety. A teraz ma żal, iż przyszło jej mieszkać na swojej połowie bez łazienki, i marudzi, żeby się wprowadzić do nas. No cóż, któż by się spodziewał?
Dom był po babci mojego męża typowy poniemiecki klocek na wsi pod Olsztynem. Po śmierci babci mąż i jego siostra podzielili się spadkiem. Dom był już lekko nadgryziony przez ząb czasu, ale przecież na polskie realia skarb! Dwa osobne wejścia, więc każda rodzina ma swój kawałek życia, podwórko i zaplecze wspólne, pokoi tyle samo w obu połówkach.
Podział majątku przeszedł spokojnie, choć już wtedy czuć było, kto z nich jest bardziej ogarnięty w życiu. Teściowa choćby nie chciała słyszeć o ziemi na wsi jej się tylko beton marzył, tramwaj z trzema przystankami pod domem. Powiedziała: „róbta co chceta” i się wycofała.
Mąż z szwagrem zebrali się w sobie, zarobili trochę złotych i wzięli się za dach oraz fundamenty, bo jak wiatr dmuchał, to aż wiało po kościach. Szykowaliśmy się na poważny remont i nowe życie, ale Basia jak to Basia urządziła aferę. „Nie zamierzam dokładać do tej ruiny, lepiej zainwestuję w torebkę!” powiedziała i zostawiła szwagra samego. Ten tylko westchnął, bo z Basią nikt nie wygra, choćby czołg.
My marzyliśmy o wyprowadzce pod miasto. Samochód był, dojazd do Olsztyna zajmował dokładnie tyle czasu, ile trzeba, żeby przesłuchać całe „Trójkowe Przeboje”. W ciasnej kawalerce już się na głowę przewracaliśmy, a postawić własny dom to równie dobrze mógłby spaść śnieg w lipcu.
Basia traktowała dom jak letni domek: grill w sierpniu, opalanie, zdjęcia na „fejsa” z kotem. Z góry oznajmiła, żeby na nią nie liczyć, bo ona nie ma czasu w takie przyziemne sprawy.
W cztery lata ogarnęliśmy swoją połowę: łazienka jak z katalogu, centralne ogrzewanie, nowa elektryka, okna takie, iż ani mróz, ani komary nie wlezą, a loggię przeszkliliśmy po polsku samymi własnymi rękami. Kredyt, wiadomo, człowiek Polak musi mieć dług, żeby czuć życie. Pracowaliśmy jak mrówki 24/7, ale się opłaciło.
W tym czasie Basia latała po wyspach greckich, wracała tylko, żeby pochwalić się nową walizką. Kompletne zero zainteresowania, co się dzieje z jej stroną domu. Tylko własna wygoda istniała w jej świecie. Ale potem Basia zaszła w ciążę, urodziła Kazika i sytuacja się zmieniła, bo zamiast na Majorce urlop macierzyński w czterech ścianach.
Tam się skończyły luksusy, a budżet zaczął piszczeć z głodu. Wtedy przypomniała sobie o domu i wymyśliła, iż z Kazikiem wyjedzie na wieś dziecko się wybiega, cisza, spokój. Tyle iż w jej połowie domu można było kręcić horror klasy B, a nie mieszkać z dzieckiem: nie ma ogrzewania, prądu ledwie zipie, łazienka w polu.
My już się dawno wprowadziliśmy i zaczęliśmy wynajmować nasze miejskie gniazdko. U Basinych dramat. Przez całe te lata jej połowa domostwa dosłownie się rozpadła ze starości. W końcu Basia zapowiedziała się na tydzień z walizkami, więc musiałam ją puścić pod dach.
Kazik to istny wulkan energii. Basia, jak zawsze, rządzi się jakby każde miejsce było jej własnością: głośno, dzieciak biega po ścianach, zero szacunku do cudzej pracy. Ja pracuję zdalnie od jego wrzasku i jazzowych zabaw uciekłam do koleżanki Grażyny. Dla niej to choćby dobrze, bo właśnie wyjeżdżała na działkę. Idealna okazja dla wszystkich!
Okoliczności chciały, żebym nie wracała do siebie przez prawie miesiąc matka się rozchorowała, więc Grażyna miała jeszcze darmową nianię domu, a ja fest zamieszanie. Kompletnie zapomniałam o Basinie. Byłam przekonana, iż już dawno się wyniosła.
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy wracam, a tu Basia siedzi w najlepsze w naszych kapciach, robi sobie kawusie i zachowuje się, jakby dopłaciła do czynszu. Pytam grzecznie, kiedy planuje opuścić lokal.
A gdzie mam iść? Z dzieckiem na mrozie? Tu mi najlepiej, odpowiada zadowolona Basia.
Jutro odwozimy cię do Olsztyna, mówię krótko.
Ja nie zamierzam wracać do miasta!
Skoro choćby nie posprzątałaś przez ten czas swojego, to przykro mi tu nie Hilton, wracaj do siebie.
Na jakiej podstawie mnie wyrzucasz? To przecież mój dom!
Twój dom jest za ścianą idź, tam króluj!
Obraziła się cała na buraka i próbowała ustawić mojego męża przeciwko mnie, ale on już swoje przeżył i uprzejmie poprosił, żeby zakończyła gościnę. Spakowała się i wyjechała, ale następnego dnia mamusia już dzwoniła:
Jak miałaś prawo ją wyrzucić? Przecież to jej własność!
Może mieszkać w swojej połowie, tam jest panią domu, rzuca mój mąż.
Ale jak ma tam siedzieć z dzieckiem? Bez ogrzewania, z wychodkiem w krzakach?
Gdyby chciała, wszystko byłoby zrobione dawno temu i jeszcze taniej dla wszystkich. Teraz mamy cyrk.
Usiedliśmy całą rodziną i zaproponowaliśmy, żeby Basia sprzedała nam swoją część. Nie byłaby sobą, gdyby nie zaśpiewała ceny jak z żurnala marek luksusowych za tyle, to byśmy kupili willę z kominkiem i jacuzzi! Odpuściliśmy.
Od tamtej pory wojna domowa trwa. Teściowa chodzi naburmuszona, Basia pojawia się rzadko, ale jak już jest robi hałas większy niż festyn. Psuła rzeczy, robiła bojkot grilla, przesadzała kwiatki bez pytania. W końcu nie wytrzymaliśmy pora na płot między nami jak u sąsiadów w Gdańsku. Koniec kompromisów, bo Basia i tak wszystko wie najlepiej.







