Zdarzenie to miało miejsce w polskiej szkole podstawowej w 1986 roku. Świadkami byli ośmioletni uczniowie, którzy nikomu o tym nie opowiedzieli, dlatego sprawa pozostała nieznana szerszemu gronu. choćby rodzice, choć prawdopodobnie dowiedzieli się, co się wydarzyło, nie zgłosili żadnych skarg wobec nauczycielki. Nikt.
Dowiedziałam się o tym dopiero od samej nauczycielki, gdy już była na emeryturze. Całe życie tęskniły ją wyrzuty sumienia i poczucie winy wobec ucznia, z którym postąpiła bardzo surowo. Sytuacja była rzeczywiście trudna do dziś nie wiem, jak powinnam się do niej odnieść. interesująca jestem, co Wy o tym myślicie…
Do małego miasteczka na Mazurach skierowano młodą nauczycielkę edukacji wczesnoszkolnej nazwijmy ją Katarzyną Nowacką. Mimo zaledwie 22 lat, bez doświadczenia, była pełna energii i zapału marzyła o własnej klasie i chciała udowodnić wszystkim, na co ją stać, zarówno jako nauczycielka, jak i człowiek.
Trzeba przyznać, iż radziła sobie naprawdę dobrze. Jej uczniowie zostali wyselekcjonowani po dokładnym naborze w równoległej klasie istniała klasa integracyjna więc wyniki edukacyjne dzieci zaskakiwały choćby dyrekcję. Z dyscypliną też nie miała większych problemów.
W trzydziestopięcioosobowej klasie zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie testował nauczyciela. Katarzyna Nowacka też miała takich uczniów, ale potrafiła gwałtownie zdobyć ich zaufanie, zainteresować, choćby zaangażować w życie klasy. Udało jej się to ze wszystkimi… oprócz jednego chłopca.
Romek Wojciechowski pochodził z niepełnej rodziny. Matka poświęcała mu kilka uwagi byle był najedzony i ubrany, to wystarczało. Dorastał więc jak dzikie ziele na łące sam sobie, nie potrafił i nie chciał nawiązywać kontaktu ani z dziećmi, ani z dorosłymi.
Katarzyna próbowała różnymi metodami zbliżyć się do Romka, ale to na nic się zdawało. Robił wszystko na złość cały dzień potrafił przesiedzieć pod ławką, przeszkadzając innym. Używał najgorszych przekleństw na cały głos, żeby wszyscy słyszeli, wyzywał innych uczniów, szczególnie dziewczynki, doprowadzając je do łez. Zdarzało mu się choćby demonstracyjnie palić papierosa na boisku szkolnym na co nie odważyliby się choćby starsi uczniowie.
Kiedy ktokolwiek go upominał, odgryzał się:
I co mi zrobisz?
Jednak najgorsze plucie. Nie było w klasie dziecka, któremu Romek choć raz nie napluł w twarz. Robił to z widoczną satysfakcją, nabierał dużo śliny i z rozmachem posyłał ją do ofiary.
Ile razy Katarzyna rozmawiała z Romkiem, tłumaczyła, wyjaśniała wszystko na nic. Im więcej próbowała, tym on bardziej się nakręcał.
W końcu zdecydowała się porozmawiać z jego matką. Zwykle nie wzywała rodziców do takich sytuacji, ale miała już dość.
Proszę, niech Pani z nim porozmawia. On mnie nie słucha. Już wszystkich opluł, zaraz przyjdzie kolej na mnie.
Mama obiecała coś z tym zrobić i wróciła do domu z Romkiem. Następnego dnia chłopak przyszedł do szkoły cały poobijany, z nienawiścią w oczach.
Tego samego dnia poszerzył pole swoich ataków zaczął pluć na korytarzu w czasie przerwy. Najpierw ukradkiem, później coraz śmielej, coraz bardziej ostentacyjnie. Śmiał się, widząc łzy i obrzydzenie innych dzieci. Pluł choćby na starszych uczniów, jakby zupełnie nie bał się konsekwencji.
Kilka razy starsi koledzy złapali go, porządnie potrząsnęli, nakrzyczeli, ale wypuścili. Romek uciekał na bezpieczną odległość i obrzucał ich jeszcze wyzwiskami.
Cały dwie klasy miał już całkowicie dość. Szczytem wszystkiego był moment, gdy Romaś napluł nauczycielce geografii pani Halinie, uwielbianej przez wszystkich. Wdrapał się na schody i pluł z góry na tych, którzy przechodzili pod spodem; pani Halinę najpewniej pomylił z licealistką.
Starszaki z klasy dziesiątej widziały ten incydent. Powiedziały potem pani Halinie, a Romkowi się nieźle oberwało aż musiał pójść do szkolnej higienistki.
Pani Katarzyno, to się źle skończy powiedziała starsza pielęgniarka po tym, jak rozrabiaka zniknął z gabinetu. Musi Pani coś z nim zrobić.
Już próbowałam wszystkiego on nie reaguje. Tylko coraz gorszy się robi.
Takich trzeba na ich własny sposób rzuciła zamyślona pielęgniarka.
To co, mam na niego napluć, żeby zrozumiał? mruknęła nauczycielka rozgoryczona bardziej na siebie niż na kogoś innego.
Poczuła się z tym źle, ale to zdanie utkwiło jej w pamięci.
Po jakimś czasie, po kolejnych razach, gdy Romek przeszedł przemeblowanie ze strony starszych kolegów, znów zaczął wszystko od nowa.
Pewnego dnia jedna z dziewczynek, Ania, miała urodziny. Przyniosła czekoladki Wedla i poczęstowała wszystkich. Romek napluł jej w twarz. Dziewczynka wybiegła z klasy rozpłakana, a on patrzył wyzywająco na nauczycielkę:
No i co mi Pani zrobi?
Wtedy Katarzyna nie wytrzymała.
Poprosiła Romka do tablicy. Zamknęła drzwi od środka. Spojrzała na klasę długo i poważnie.
Proszę, by wstały wszystkie osoby, które kiedykolwiek zostały przez Romka oplute.
Powstała niemal cała klasa.
Wiele razy mówiliśmy, iż to obrzydliwe i bardzo krzywdzące, ale on nie słucha. Myślę, iż on po prostu nas nie rozumie. Teraz wszyscy wytłumaczymy mu, co czujemy.
Dzieci czekały w napięciu.
Zezwalam każdemu z was na bardzo brzydki czyn. Tak nie postępują dobrze wychowane osoby, ale nie mamy już wyjścia. Każdy podchodzi i pluje jeden raz w Romka. Może wtedy zrozumie, jak bardzo to boli.
Dzieci bez słowa podeszły do kolegi. Romek rzucił się do drzwi, ale były zamknięte. Został przyciśnięty w kącie przy umywalce i kolejno opluwany jedni robili to z zawziętością, inni nieśmiało, ledwie dotykając. Ale wzięli udział prawie wszyscy.
W klasie panowała cisza, słychać było tylko szloch Romka.
Gdy wszyscy wrócili na miejsce, nie dało się na niego patrzeć Siedział skulony na podłodze, twarz zalana łzami i śliną.
Katarzyna spojrzała na klasę.
Nie wiem jak wy, ale ja się wstydzę. Za siebie, za niego, za nas wszystkich.
Wszyscy spuścili oczy.
Zapamiętajcie ten dzień. Nigdy nie wolno upokarzać innych ani słowem, ani czynem. Widzicie, do czego to prowadzi.
Otworzyła szeroko drzwi. Romek, ledwie trzymając się na nogach, wybiegł z klasy.
Nie będę wam mówić, żeby to pozostało między nami. Myślę, iż sami dobrze o tym wiecie powiedziała cicho Katarzyna.
Romek nie pojawił się już tego dnia w szkole. Nie przyszedł też następnego.
Katarzyna zdecydowała się pójść do niego do domu. Spodziewała się pretensji ze strony matki, ale ta nie wiedziała nic o zdarzeniu.
Od wczoraj jakoś do siebie nie może dojść, tylko płacze i do szkoły nie chce iść wyjaśniała niepewnie matka.
Proszę, pozwoli Pani, żebym z nim porozmawiała?
Matka przytaknęła.
Romek schował się pod kołdrą na jej widok.
Rozumiem, bolało. I pewnie się boisz, iż wszyscy będą się z ciebie śmiać. Ale przecież nie jesteś tchórzem? Może i się pośmieją, ale nikt cię nie zabije.
Zapanowała cisza.
Chcesz przejść do innej klasy? Może tam dzieciom spodoba się, jak będziesz w nich pluł? rzuciła ironicznie Katarzyna.
Romek wyskoczył spod kołdry z płaczem:
Już NIGDY nie będę pluł! Proszę, nie przenoście mnie
W porządku. Zresztą dzieci martwią się, iż cię nie ma, pytają, co się z tobą dzieje.
Romek spuścił głowę, nic nie powiedział.
Pogłaskała go po włosach i wyszła.
Kolejnego dnia, gdy Romek wrócił do klasy, wszyscy zachowywali się, jakby nic się nie wydarzyło.
Już nigdy nikt w tej klasie nie pluł.
W starszych klasach nauczyciele kilkukrotnie chwalili niezwykłą solidarność tej grupy.
Tak zgranej klasy dawno nie było powtarzano.
Jakby coś ich bardzo silnie połączyło żartowali inni.
Katarzyna, kiedy jej uczniowie poszli dalej, przeniosła się do innego miasta i nie wróciła już do tej szkoły.
Przez wiele lat nie mogła zapomnieć tamtego dnia przeżywała, zastanawiała się, czy nie zaszkodziła dzieciom psychicznie.
Gdy opowiedziała mi tę historię, namówiłam ją, by dowiedziała się, co dalej z Romkiem.
Okazało się, iż kiedy Romek był w szóstej klasie, jego mama poślubiła oficera rezerwy, który zadbał, by chłopak trafił do liceum wojskowego. Dziś Romek ma około 45 lat i sam jest oficerem. Utrzymuje kontakty z dawnymi kolegami, odwiedza miasteczko.
Co ciekawe, na spotkaniach klasowych nikt nigdy nie wspomina historii z dzieciństwa choćby w żartach. Chyba rzeczywiście nikt już tego nie pamiętaMinęły lata i w końcu doszło do jubileuszowego spotkania absolwentów. Katarzyna długo się wahała, czy przyjąć zaproszenie, ale ciekawość okazała się silniejsza. Już na korytarzu szkoły poczuła znajome poruszenie gwar rozmów, śmiechy dorosłych, w których dostrzegała ślady dawnych dziecięcych twarzy.
Podszedł do niej wysoki mężczyzna w mundurze. Podziękował za to, iż kiedyś nie dała mu odejść w samotność, choć historia ich szkolnych lat pozostała niewypowiedziana między nimi. W jego oczach dostrzegła wdzięczność, a może i niewypowiedziane zrozumienie.
Rozmawiali chwilę o życiu, o przemijaniu, o tym, co tak naprawdę pamięta się po latach. Kiedy Katarzyna zbierała się do wyjścia, Romek położył jej dłoń na ramieniu. Pani wtedy uratowała nie tylko mnie powiedział cicho. Uratowała nam wszystkim coś ważnego. Może tego nie widać, ale to było dla mnie jak nowy początek.
Na odchodnym Katarzyna spojrzała jeszcze na dawną klasę. Wierszyk wyryty na ławce, ślady butów na podłodze, kleks dawno zaschniętego atramentu wszystko to nagle wydało się świadectwem nie tylko dzieciństwa, ale rodzenia się empatii, odwagi i trudnych wyborów.
Wyszła ze szkoły lżejsza niż kiedykolwiek. Może nie zawsze można być pewnym swoich decyzji, ale czasem prawda o nich objawia się dopiero po latach w uśmiechu kogoś, kto dorósł, choćby jeżeli kiedyś wszyscy odwracali od niego wzrok.










