Tajemnicza korespondencja męża Poranek u Oli i Siergieja zaczął się od pośpiechu. Zaspali, nie słys…

newsempire24.com 1 miesiąc temu

Poranek Marty i Piotra zaczął się od pośpiechu. Zaspali, ignorując dźwięk budzika, i w nerwowej krzątaninie biegali po mieszkaniu: szykowali się do pracy, a jednocześnie zbierali rzeczy Franka do przedszkola.

Piotrek! Odbierzesz dzisiaj Franka? zawołała Marta z sypialni, próbując wcisnąć się w spodnie i jednocześnie pakując ubrania do jego plecaka.

Jasne! odpowiedział Piotr z kuchni. Gdzie są moje klucze?

Nie widziałam! rzuciła poirytowana Marta, szukając w popłochu telefonu. Kiedy go wreszcie znalazła, pospiesznie zaczęła ubierać Franka, który bawił się resorakami, całkowicie ignorując zamieszanie.

Do przedszkola dojechali w pięć minut, niemal lecąc samochodem przez Warszawę. Marta próbowała rozpiąć kurtkę syna, ale zamek się zaciął. Wtem zobaczyła, iż na twarzy Franka zaczynają błyszczeć łzy.

Mamo, nie chcę do przedszkola… powiedział Franek i zaczął szlochać, marszcząc czoło i zaciskając małe piąstki.

Synku, nie płacz, przecież się spieszymy… Marta próbowała zachować spokój, ale głos jej się łamał. Kucnęła przy Franku, gładząc go po włosach i usiłując go przekonać. W przedszkolu będzie super, spotkasz się z kolegami, pobawicie się…

Nic nie pomagało. Franek stał jak wryty, coraz bardziej kaprysząc. Z zaplecza wyszła pani Kasia, przedszkolanka: uśmiechnęła się ciepło do Marty i wzięła chłopca za rękę.

Proszę się nie martwić, pani Marto. My sobie poradzimy. Franku, chodź, koledzy już na ciebie czekają.

Marta z ulgą patrzyła, jak przedszkolanka zabiera Franka, ale od razu poczuła nową falę stresu.

Jezus Maria, znowu się spóźnię… mruknęła pod nosem, spoglądając na zegarek. Wybiegła, wyjęła z torebki telefon, ale zaraz się zorientowała, iż to nie jej telefon. W zamieszaniu wzięła należący do Piotra przecież mieli identyczne etui, identyczne kody.

No świetnie… burknęła zirytowana, próbując sobie poradzić z sytuacją. Musiała zadzwonić do klientki z pracy ale jak, skoro nie miała numeru?

Nagle telefon zadrżał w jej dłoni i wyświetliło się powiadomienie: Wiadomość od Dymek.

Dymek: I co, załatwiłeś sprawę z tą dziewczyną z siłowni? Dała ci numer?

Marta zamarła. Przeczytała to raz, drugi, trzeci. A potem otworzyła rozmowę w szoku.

Dymek: No jak, wkręciłeś się w zaufanie?

Piotr: Tak, dała numer. Umówiliśmy się na weekend. U mnie.

Przeczytała to słowo w słowo. Weekend? Przecież w tym czasie miała odwiedzić swoją mamę, zabrać Franka i spać u rodziców…

Boże… wyszeptała Marta, czując przeszywający ból. Lepiej bym nie wiedziała. Przeklęte wspólne etui…

Resztkami sił udawała, iż nic nie wie. Codziennie, każda rozmowa, spojrzenie na Piotra były dla niej próbą. Do soboty zostały trzy dni, ale Marta już teraz tonęła w myślach, rozważając, co zrobić. Próbowała przekonać samą siebie, iż może źle zrozumiała, iż to nieporozumienie. Ale wtedy w głowie pojawiały się słowa Piotra: W weekend. U mnie.

Piotr zachowywał się zupełnie normalnie: czuły, gotowy do pomocy, wieczorami przytulał Martę, czasem robił kolację, kładł Franka spać. Marta patrzyła mu w oczy, szukając jakiegokolwiek śladu winy, cienia wyrzutów sumienia. Nic. To ją przerażało najbardziej.

W środę wieczorem oglądali razem film. Piotr objął ją jak dawniej. Marta zagryzła wargi, by nie wybuchnąć płaczem. Jego ramiona były jej więzieniem, a ona czuła, jak jej świat zaraz się rozsypie. Każdy gest wydawał się teraz udawany, jakby Piotr coś przed nią ukrywał.

W piątek po południu, gdy Frank już spał, Marta stała w kuchni i wpatrywała się w strugę wody, przelewającą się przez jej dłoń. Piotr podszedł, przytulił ją od tyłu i szepnął:

Dziwnie dziś wyglądasz. Wszystko w porządku?

Marta zesztywniała, czując jak przeszywa ją zimny dreszcz.

Tak, wszystko dobrze, tylko zmęczona powiedziała, próbując się uśmiechnąć.

Rozumiem odpowiedział delikatnie, całując ją w czubek głowy.

W nocy, gdy Piotr już spał, Marta po cichu wyszła do łazienki. Zamknęła się na klucz, włączyła wodę i usiadła na brzegu wanny. Cała fala emocji w niej eksplodowała.

Dlaczego…? pytała sama siebie, zanosiła się szlochem. Dlaczego?!

Nie znajdowała odpowiedzi. Wszystkie myśli się mieszały.

Jak on mógł? Co teraz zrobić? Powiedzieć mu, odejść?

Serce bolało coraz mocniej, rozum bił się z emocjami, od strachu, żalu i pragnienia, by to wszystko było tylko złym snem.

Jedno wiedziała: rano znowu musi założyć maskę. Jutro prawda wyjdzie na jaw.

W sobotę rano Marta zaprowadziła Franka do swojej mamy na Grochowie. Każdy gest był wysiłkiem, głowa pękała z bólu. Mama od razu wyczuła, iż coś się dzieje.

Martuś, na pewno wszystko w porządku? spytała, przytulając córkę.

Marta wysiliła się na wymuszony uśmiech.

Tak, mamo. Wszystko fajnie, tylko się śpieszę. Chcę Piotrkowi zrobić niespodziankę.

Szybko pocałowała Franka w czoło, wychodząc natychmiast, by nie musieć się tłumaczyć.

W drodze do domu niemal trzęsła się z nerwów. Myśli galopowały: A może naprawdę spotka się z kumplem? Może ona nie przyjdzie? A jeżeli źle zrozumiałam?

Z jednej strony pragnęła złapać Piotra na zdradzie, zobaczyć jego reakcję, z drugiej marzyła, by to się nie wydarzyło, by mogła zamknąć oczy i wrócić do ich zwykłego życia.

Przyjechała pod dom, wyłączyła silnik, ale nie mogła wysiąść. Przypominała sobie wszystkie szczęśliwe chwile: Piotr śmiejący się z nią w kuchni, ich spacery z Frankiem po Saskiej Kępie, seriale po kolacji. Rodzina wydawała się taka szczęśliwa, a teraz każdy moment tu w samochodzie, przed wejściem wydłużał jej dawne szczęście. To była ostatnia chwila ciszy przed końcem wszystkiego.

Zebrała się w sobie, weszła na klatkę schodową, gdzie echo własnych kroków drażniło jak bicie serca. Przyłożyła drżącą dłoń do klucza, przekręciła go powoli, jakby bała się wejść w nową, niepożądaną rzeczywistość.

W mieszkaniu panował półmrok, tylko kuchnia rozświetlona była blaskiem kinkietu. Od razu usłyszała szepty, cichy śmiech.

To się dzieje, pomyślała. Wszystko stało się naprawdę.

Zrobiło jej się słabo. Szła korytarzem jak we śnie, nie do końca rejestrując swoje kroki. Każdy milimetr dalej był walką z samą sobą. Jeszcze kilka kroków i zobaczy wszystko. Serce waliło jej jak szalone.

Piotr… wyszeptała, własny głos wydał się jej obcy, zdławiony.

Powtórzyła głośniej:

Piotrek?!

Nic. Marta weszła do kuchni. Stanęła jak wryta. Przy stole siedzieli mężczyzna i kobieta. Mężczyzną nie był Piotr. To był Darek najlepszy przyjaciel Piotra. Darek odwrócił się gwałtownie i wyraźnie się speszył.

Marta! To nie tak jak myślisz… Po prostu… Sam rozumiesz, nie mogłem iść do matki… Nie będę wszystkiego tłumaczył… zaczął się tłumaczyć nerwowo.

Marta nie słuchała. Stała jak zamrożona, nie rozumiała, co się dzieje. W uszach dzwonił huk myśli i emocji. Czuła, jak łzy spływają po policzkach, a jednocześnie co dziwne na jej twarzy pojawił się uśmiech.

Już rozumiem, Darku… powiedziała cicho, z trudem powstrzymując się przed wybuchem emocji. Ja już idę.

Odwróciła się i wyszła, nie oglądając się za siebie. Na dworze zimne powietrze przyprawiło ją o dreszcze. Wyjęła telefon, ledwo utrzymując go w dłoniach, i zadzwoniła do Piotra.

Halo… odezwał się głos męża, ale ona nie dawała rady złożyć słów, coś wyrywało się jej z ust.

Kocham cię… Bardzo cię kocham…

Łzy, drżący śmiech i słowa bez ładu wszelkie napięcie tryskało na zewnątrz. Myśli porozbiegały się w chaosie.

Byłam w domu… Tam jest Darek… wyszeptała w końcu.

Jasne… Przepraszam cię, nie gniewaj się. Jestem w pracy, w biurze. Przyjeźdź do mnie! Słyszysz, Marto? Przyjedziesz?

Jadę…

Wsiadła do samochodu, pragnąc natychmiast znaleźć się u Piotra.

Piotr czekał na nią w pustym open spaceie w biurowcu z widokiem na panoramę Warszawy. Na podłodze stała butelka dobrego wina, dwa kieliszki. Marta usiadła obok męża, oparła głowę na jego ramieniu.

Wybacz mi, nie chciałam czytać twojej korespondencji wyszeptała. Nigdy tego nie robiłam…

Przepraszam, iż wciągnąłem cię w tę historię. Powinienem powiedzieć ci wszystko od razu.

Dlaczego on cię poprosił?

Bo jestem jego kumplem. Dzień wcześniej totalnie się skompromitował przed tą dziewczyną z siłowni.

Jak to?

Wpadł na nią z kubkiem energetyka. Zalał jej cały biały garnitur, wyglądała jak papuga. Potem, jak nastolatek, zaczął panikować: Nie mogę! Boję się! Piotrek, ratuj!. Musiałem pomóc wziąłem od niej numer, trochę podkolorowałem, trochę żartów… No i wyszło.

A dlaczego do naszego mieszkania? Mógł iść do hotelu…

Przypomnij sobie, czemu Darek ciągle mieszka z mamą?

Bo nie chce wydawać na wynajem. I mama robi mu obiady… I pierze skarpetki.

No właśnie Piotr spojrzał na nią z powagą.

Sknera! Marta nie wytrzymała i wybuchła śmiechem.

Jesteśmy kumplami od pierwszej klasy. Chyba tylko przede mną nie wstydzi się tej swojej śmiesznej strony…

Serio, jesteś cudownym przyjacielem, Piotrek!

Marta pokręciła głową.

Ale zaraz, Darek pewnie jeszcze tam jest Nie będziemy przecież spać w biurze! Do domu nie chcę wracać, niech on sobie tam sprząta.

Piotr pocałował żonę w czoło.

Ja nie jestem taki dusigrosz. Zasłużyliśmy na romantyczny wieczór.

Naprawdę?! Jedziemy do hotelu?

Piotr skinął głową. Po chwili chwycił ją na ręce i uniósł, jakby była lekka jak piórko. Marta śmiała się w głos, próbując się uwolnić, ale Piotr trzymał ją mocno.

Dowiozę cię całą i zdrową!

Marta śmiała się, nie dowierzając, iż jeszcze kilka godzin wcześniej bała się, iż straci swoje małżeństwo.

Idź do oryginalnego materiału