Dziewięć lat oni z Martą chodzili z jednej kolejki do drugiej — najpierw do szpitala wojewódzkiego w Kielcach, potem do Warszawy, do prywatnej kliniki na Mokotowie, gdzie wizyta kosztowała tyle, iż po niej tydzień jedli kaszę bez mięsa. Dziewięć lat badań, zastrzyków, stymulacji, modlitw w kościele na Karczówce, gdzie Marta jeździła zapalić świecę do świętego Antoniego. Lekarze rozkładali ręce jednakowo we wszystkich gabinetach: fizjologia w normie, bywa, trzeba czekać.
Tarek Kwiatkowski miał trzydzieści cztery lata, prowadził niewielki warsztat samochodowy przy trasie na Chęciny — trzy podnośniki, kompresor, zapach smaru, który wżarł się w skórę tak, iż choćby w niedzielę, w czystej koszuli, wciąż czuć było garaż. Zarabiał nieźle, dom w Piekoszowie postawił sam, z ekipą — pięć pokoi, poddasze użytkowe, piec na drewno w zapasie. Tylko nie było kim tych pokoi wypełnić.
Teściowa, pani Halina, przy stole milczała tak, iż lepiej by się kłóciła. Matka Marty co chwilę wzdychała: córeczko, może pojedziesz do tej znachorki spod Buska, ona ziołami leczy. A sąsiadka z drugiego piętra, pani Krysia, kiedyś wprost powiedziała, wieszając pranie na balkonie: dziewięć lat już sami, może dość się męczyć.
Marta wtedy nic nie odpowiedziała. Ale wieczorem, zmywając naczynia, powiedziała:
— Może i lepiej tak. Będziemy żyć we dwoje. Kowalscy w ogóle bezdzietni i nic.
Tarek nie odpowiedział — nie odrywał oczu od telewizora. Ale zauważała: kiedy obok ich podwórka przejeżdżali na rowerach sąsiedzcy chłopcy, odkładał pilota i wychodził na ganek zapalić, choć rzucił dwa lata temu.
Pomysł podsunęła pielęgniarka z przychodni, pani Ewa, kobieta koło pięćdziesiątki, o zimnych dłoniach i ciepłym głosie.
— A o dziecku z rodziny zastępczej nie myśleliście? — spytała, mierząc Marcie ciśnienie. — W domu dziecka w Kielcach dzieci latami czekają. A u was pięć pokoi pustych.
Marta milczała cały wieczór. Tarek jadł kolację, oglądał wiadomości o cenach paliwa, niczego nie zauważał. Potem usiadła obok i powiedziała wprost:
— Tarek. Weźmy dziecko z domu dziecka.
Odłożył widelec.
— A damy radę? To przecież nie nasza krew.
— Nie obca — przerwała. — Jak pokochamy, stanie się rodzona.
Myślał dwa tygodnie. Potem pojechali do powiatowego centrum pomocy rodzinie w Kielcach. Zaświadczenia, komisja kwalifikacyjna, szkolenie dla kandydatów na rodziców zastępczych — wszystko razem pół roku. Marta chodziła po urzędach jak do drugiej pracy. Kłócili się, płakali, ale za każdym razem dochodzili do końca.
Chłopiec miał na imię Kuba. Pięć lat. W domu dziecka przy ulicy Kwiatowej zaprowadzono ich do sali zabaw, gdzie pachniało kaszą i chlorem, a na parapecie stały pelargonie w plastikowych doniczkach. Dzieci bawiły się na dywanie — jedno budowało wieżę z klocków, inne woziło po podłodze straż pożarną bez kółka. Jeden chłopiec siedział z boku, przy kaloryferze, i skubał paznokciem odpryskującą farbę na parapecie.
— To Kuba — powiedziała kierowniczka placówki. — Spokojny chłopiec. Tylko…
— Co?
— Był już dwa razy oddany z powrotem. Jedna rodzina po dwóch miesiącach, druga po siedmiu. Mówili, iż trudny. A on nie jest trudny. Po prostu już nikomu nie wierzy.
Marta podeszła i przykucnęła obok niego. Chłopiec nie oderwał oczu od parapetu, dalej skubał farbę, jakby jej tam wcale nie było. Tarek stał z tyłu, przyglądał się jego dłoniom — małym, z obgryzionymi paznokciami — i to właśnie te dłonie, nie twarz, przesądziły w nim ostatecznie.
Pierwszy tydzień w domu Kuba nie odezwał się ani słowem. Jadł w milczeniu, spał plecami przyciśnięty do ściany, w swoim nowym pokoju drzwi nie zamykał — trzymał uchylone, żeby widzieć korytarz. Marta wstawała w nocy sprawdzać, czy oddycha, chociaż miał już pięć lat, nie pięć miesięcy.
W trzecim tygodniu rozbił talerz — celowo, patrząc prosto na Martę, czekając, co teraz będzie. Ona pozmiatała skorupy i powiedziała: jutro zjemy z innego talerza, nic się nie stało. On patrzył na nią długo, jakby sprawdzał, czy zaraz pójdzie do kogoś dzwonić, żeby go odebrali.
Po dwóch miesiącach zgłosiła się dalsza krewna Tarka z Chmielnika — ciotka, która nagle oświadczyła, iż Kuba "po krwi" powinien wychowywać się u niej, i zaczęła grozić sądem, iż Tarek z Martą to "nie rodzina, tymczasowi opiekunowie". Pani Halina, teściowa, która dotąd milczała przy stole, pierwszy raz od lat sama, bez zaproszenia, przyszła na próg — przyniosła szarlotkę i powiedziała ciotce przez telefon, w obecności Tarka: "Nawet nie waż się o tym zająknąć, chłopiec jest już nasz".
Ciotka pojawiła się jesienią, w październiku, przyjechała taksówką prosto do warsztatu, gdzie Tarek akurat wymieniał klocki hamulcowe w starym fiacie. Stanęła w drzwiach hali w płaszczu nie na tę pogodę i mówiła o "więzach krwi" i o tym, iż jest gotowa zabrać chłopca "tam, gdzie jego miejsce". Tarek wytarł ręce szmatą i powiedział spokojnie, bez podnoszenia głosu:
— Kuba nigdzie nie jedzie. Proszę wyjść, czeka na mnie klient.
Zagroziła sądem. Prawnik, do którego zwrócili się tego samego tygodnia w Kielcach, za konsultację wartą sto pięćdziesiąt złotych wyjaśnił: ciotka nie ma żadnych podstaw, przysposobienie przeprowadzono zgodnie z prawem, nikt nic nie zabierze. Ale przez dwa tygodnie Marta nie sypiała — siadała w nocy w kuchni z herbatą, która stygła w kubku, i słuchała, jak Kuba skrzypi łóżkiem w swoim pokoju, znów co noc sprawdzając, czy drzwi naprawdę są uchylone.
A potem wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Marta zaszła w ciążę. Lekarka w przychodni w Piekoszowie, zobaczywszy wynik testu na wizycie, tylko pokręciła głową: bywa i tak, organizm się rozluźnił. Dziewięć lat walki — i proszę, gdy już przestali czekać.
Tarek, dowiedziawszy się, usiadł na ganku i milczał z dziesięć minut. Marta się przestraszyła — pomyślała, iż żałuje Kuby, boi się, iż teraz stanie się zbędny. Ale Tarek wstał, wszedł do domu, wziął Kubę na ręce — chłopiec pozwalał się już nosić, choć wciąż się przy tym spinał — i powiedział:
— Będziemy mieli jeszcze jedno dziecko. Będziesz starszym bratem. Tym najważniejszym.
Urodziła się dziewczynka, Zosia. Kuba pierwszy trzymał ją na rękach, gdy Marta przywiozła córkę ze szpitala w Chęcinach. Trzymał tak, jakby bał się upuścić coś, co dano mu tylko na chwilę i mogą mu jutro odebrać.
Minęły trzy lata. Ciotka z Chmielnika więcej się nie pojawiła — Tarek dowiedział się od dalekiej rodziny, iż sama nigdy nie miała dzieci i po prostu zazdrościła cudzego szczęścia. Kuba ma teraz osiem lat, chodzi do drugiej klasy szkoły podstawowej w Piekoszowie, gra w piłkę w drużynie osiedlowej i nosi nazwisko Kwiatkowski — oficjalnie, w akcie urodzenia, bez żadnych zastrzeżeń.
W sierpniu tego roku Tarek sporządził u notariusza w Kielcach umowę darowizny domu i działki — połowę na Kubę, połowę na Zosię, po równo, bez różnicy, kto "rodzony", a kto "z rodziny zastępczej". Notariuszka, podpisując dokument, zapytała rutynowo: proszę pana, jest pan pewien co do udziałów, zwykle bywają różne życzenia co do starszego i młodszego. Tarek odpowiedział krótko:
— Nie mam dzieci przybranych. Mam dwoje własnych.
Teczka z dokumentami leży teraz w szafie w sypialni, obok aktów urodzenia obojga dzieci. Kuba wie, gdzie ona leży. Czasem, gdy się martwi, wyjmuje ją i czyta linijkę ze swoim imieniem — nie dlatego, iż nie wierzy, tylko żeby jeszcze raz zobaczyć czarno na białym: tu napisano, iż jest na zawsze.














