Tato, pamiętasz jeszcze Nadzieję Aleksandrownę Martynenko? Dziś już za późno, ale jutro przyjedź do mnie. Przedstawiam ci mojego młodszego brata i twojego syna. To wszystko. Do zobaczenia. Chłopiec spał tuż przy jej drzwiach. Irena zdziwiła się, dlaczego dziecko śpi o tak wczesnej porze w obcym bloku? Była nauczycielką z dziesięcioletnim stażem i nie mogła po prostu przejść obojętnie. Kobieta pochyliła się nad nim i zaczęła delikatnie potrząsać jego chudym ramieniem: – Hej, młody człowieku, obudź się! – Co? – chłopiec niezgrabnie wstał. – Kim jesteś? Dlaczego tu śpisz? – Nie śpię. Po prostu… macie miękki wycieraczkę. Usiadłem i niechcący zasnąłem – odpowiedział. Irena mieszkała w tym bloku dopiero od pół roku. Kupiła mieszkanie po rozwodzie z mężem. Sąsiadów prawie nie znała, ale było jasne, iż chłopiec nie pochodzi z tego budynku. Chłopiec miał może 10, może 11 lat, ubrany był wprawdzie w stary, ale czysty strój. Przestępował z nogi na nogę i dreptał w miejscu. Irena zrozumiała, iż musi do toalety: – Biegnij. Tylko szybko. Spieszę się do pracy – przepuściła go do mieszkania. Spojrzał na nią nieufnie swoimi niezwykłymi, jasnoniebieskimi oczami. „Bardzo rzadki kolor oczu”, pomyślała nagle. Gdy gość po powrocie z toalety mył ręce w łazience, Irena przygotowała mu kanapki z kiełbasą. – Weź, przekąś coś. – Dziękuję! – gość już stał w drzwiach. – Uratowała mnie pani. Teraz spokojnie poczekam. – Na kogo czekasz? – zapytała Irena. – Na babcię Antoninę Pietrowną. Mieszka gdzieś tutaj obok. Może pani zna? – Antoninę Pietrowną trochę kojarzę, ale przedwczoraj zabrano ją karetką do szpitala. Wracałam z pracy, gdy wynosili ją na noszach z klatki. – Do jakiego szpitala? – chłopiec zadrżał z niepokoju. – Wczoraj dyżurowała dwudziestka. Pewnie tam ją zabrali. – Rozumiem. A jak pani ma na imię? – chłopiec postanowił w końcu poznać swoją wybawicielkę. – Irena Fedorowna – odpowiedziała kobieta już w pośpiechu. W pracy Irena wpadła w wir szkolnych problemów, ale myśli o chłopcu jej nie opuszczały. „To chyba niespełniony instynkt macierzyński się odezwał”, pomyślała ze smutkiem. Nigdy nie miała dzieci, dlatego z mężem się rozeszli. Dość spokojnie puściła go do kobiety, która urodziła mu córkę. Podczas długiej przerwy Irena zadzwoniła do szpitala i dowiedziała się, iż u sąsiadki-babci był udar, rokowania niezbyt dobre — w końcu 78 lat. Po pracy znów zobaczyła chłopca w swoim bloku. Siedział na parapecie. – Czekałem na panią – ucieszył się na jej widok. – Babcia jeszcze długo nie wróci, nie wpuścili mnie do niej. Irena spytała, jak ma na imię. Okazało się, iż to Fedor. Powiedział wyraźnie, iż jest Fedor, nie Fiedia. Umytemu i najedzonemu gościowi Irena od razu zadała kilka pytań: – Z domu uciekłeś? Rodzice pewno zmysły tracą? – Nie mam rodziców. Mieszkam u ciotki. – To ciotka szaleje ze strachu – zmartwiła się Irena. – Nie. Powiedziałem jej, iż jadę do babci. Nie wie, iż babcia jest w szpitalu. Do niej nie chcę, choć jest dobra i prawie nie pije. Ale wujek codziennie zagląda do kieliszka i robi się zły. Mają czworo dzieci, zaraz będzie piąte, a tu jeszcze ja. Powiedzieli, iż oddadzą mnie do domu dziecka, a ja tam nie chcę. Nie przeszkadzam pani za bardzo? Mama mówiła, iż jestem hiperaktywny, cały po tacie i tak samo niebieskooki. Mama nie żyje od dwóch lat. – A jak miała na imię twoja mama? – Nadzieja Aleksandrowna Martynenko. Była dobra i piękna. Pracowała jako sekretarka dyrektora jakiejś chemicznej fabryki, nazwy nie pamiętam. – A tata? – zaniepokoiła się Irena. – Nie miałem taty. Nigdy nie miałem – odpowiedział smutno Fedor. Irena nagle zrozumiała, dlaczego tak poruszyło ją spotkanie z tym niebieskookim chłopcem. Oczy! Takie oczy widziała tylko u jednej osoby — u swojego ojca. I ta osoba była dyrektorem fabryki! Irenie zabrakło tchu ze wzruszenia: „Romans dyrektora z sekretarką, co może być bardziej banalnego? Czy wiedział, iż sekretarka urodziła mu syna? Czy zauważył jej zniknięcie ze swojego gabinetu? A ona? Nazwała syna jego imieniem, więc kochała go – bardzo kochała…” Irena była jedynaczką, choć w dzieciństwie marzyła o bracie lub siostrze. – Skocz, proszę, do sklepu po chleb. Sklep jest naprzeciwko – powiedziała i wyprawiła Fedora. Od razu zadzwoniła do ojca: – Tato, pamiętasz jeszcze Nadzieję Aleksandrownę Martynenko? Dzisiaj już późno, ale jutro przyjedź do mnie. Przedstawię ci mojego młodszego brata i twojego syna. To wszystko. Do zobaczenia! Resztę jutro! – powiedziała i odłożyła słuchawkę. – Pościeliłam ci na kanapie w salonie. Weź prysznic i kładź się spać – powiedziała wracającemu chłopcu. Nie wiedziała, jak to wszystko się potoczy, ale wiedziała jedno: nie odda swojego brata rodzinie patologicznych krewnych ani tym bardziej do domu dziecka – to była pewna! Ojciec przyjechał wcześnie rano. Zwykle w weekendy Irena odsypiała, ale dziś wstała wcześnie. Noc prawie całą nie spała. Irena kochała ojca. Zawsze był obecny w jej życiu, znał wszystkie jej problemy, w przeciwieństwie do matki. Od najwcześniejszych lat był jej ratownikiem i wspierał ją we wszystkim. To on poparł jej decyzję o studiach pedagogicznych, gdy matka wpadała w histerię. Ojciec zawsze był elegancki: wyprasowane spodnie, lśniące buty, dyskretny, drogi zapach. Solidna, sukcesu osoba. – No i co tam wymyśliłaś? Znalazłaś jakiegoś brata. Źle spałem, martwiłem się – zaczął od progu. – Ciszej, tato, mój gość jeszcze śpi – Irena zaprosiła go do kuchni. – Chodź, zjemy śniadanie, na pewno jesteś głodny? Przy śniadaniu poinformowała ojca o wszystkim. – To wszystko dziwne! – odpowiedział ojciec. – Tak, miałem sekretarkę Nadzieję Martynenko, rozumna, młoda, ładna, patrzyła na mnie zakochanymi oczami. Choć już nie młody, byłem jednak facetem. Takie fluidy szły od niej! Przyznaję, nie oparłem się. Wiesz, stuprocentowo wiernych mężów to wielka rzadkość. Schlebiało mi jej uczucie. Jestem winny – nie święty. Ale zostawić twoją matkę nigdy nie zamierzałem. Kiedyś Nadzieja zapytała, czy nie chciałbym synka? Odpowiedziałem, iż mam córkę, a na syna już za późno. Mniej więcej wtedy zachorowała jej matka. Poprosiła o urlop na opiekę i wyjechała do swojej wsi. Na jej miejsce wzięli starszą panią. Po roku wróciła Nadzieja — dokładnie nie pamiętam. Wyglądała pięknie, świeżutko, jak jabłko. Żartowałem, czy nie wyszła za mąż? Odpowiedziała, iż tak, i iż urodziła synka. Mąż w porządku. Mieszkają w wynajętym mieszkaniu. Nazwiska nie zmieniła, przez cały czas Martynenko. Ale teraz wszyscy żyją na kocią łapę. Potem mieliśmy tylko zawodowe relacje, bez żadnych dwuznaczności. Ona miała swoje życie, ja swoje. Z trzy lata temu Nadzieja zachorowała, długo była na zwolnieniu, aż nagle odeszła. Dowiedziałem się o tym, podpisując pomoc finansową. Szkoda jej, była bardzo młoda. Ale nie przypisuj mi tego syna, córeczko. Przecież miała męża – zakończył opowieść ojciec. W tym momencie obudził się gość. Grzeczny i dobrze wychowany zajrzał do kuchni, przywitał się. Wtedy ojciec zbladł. Teraz, gdy stanęli obok, podobieństwo było aż nadto widoczne. – No to się poznajmy! – zaproponował ojciec, pierwszy wyciągając nieco drżącą rękę. – Fedor Mikołajewicz. – Fedor Fedorowicz Martynenko – odparł chłopiec i ufnie włożył rękę w mocną dłoń mężczyzny. Jednocześnie, równie zdziwieni, podnieśli brwi. – Dziś mam samych Fedorów w gościach – z lekkim wzruszeniem uśmiechnęła się Irena. Młodszy Fedor poszedł się umyć, a starszy patrzył na córkę zadziwiony. – Nic nie rozumiem. To moja kopia z dzieciństwa. Przecież ona wyszła za mąż i urodziła syna, niby nie mojego? – Tato, ona nie wyszła za mąż. Pojechała do domu, żeby w tajemnicy urodzić dziecko. Sprawdź w księgowości, jakie miała zwolnienie? Ślub wymyśliła, żebyś nie miał wyrzutów sumienia. Widać, jak bardzo cię kochała. Fedor mówi, iż nigdy nie miał taty. Rozumiesz, nigdy! – Czekaj, jeszcze jedno: Nadzieja nie miała rodzeństwa. Była jedynaczką. Jej matka dawno nie żyje. Skąd się wzięła ta ciotka i babcia? – zastanowił się ojciec. Odpowiedział Fedor, już był w drzwiach i słyszał rozmowę: – O mamie mowa? Ciotka Walentyna nie jest moją prawdziwą ciocią – to daleka rodzina. Przyjechali do miasta, kiedy mama już nie wstawała. Babcia Tonia – to matka ciotki Wali. Po śmierci mamy zabrali mnie do siebie. Konieczne było opuszczenie wynajmowanego mieszkania. Rodzina mnie przygarnęła. choćby dostają za to jakieś pieniądze. Wujek ciągle narzeka, iż mało. A ja zapamiętałem pana, panie Fedorze! Pana zdjęcie zawsze stało u mamy w ramce na toaletce. Później trafiło do albumu. Myślałem, iż to jakiś jej ulubiony aktor. Pytałem, kto to. Obiecała powiedzieć, jak dorosnę. Irena nakarmiła Fedora śniadaniem i odesłała na poranny seans do kina niedaleko domu. – I co, tato, masz jeszcze wątpliwości? – zapytała Irena. – Chyba nie. Ale jednak trzeba zrobić test DNA. Pokrewieństwo i tak trzeba udowodnić w sądzie – odpowiedział ojciec. Potem była histeria, rzekomy atak nadciśnienia i udawany stan przedzawałowy u Ludmiły Iwanowny – żony Fedora Mikołajewicza. gwałtownie jednak pojechała odpocząć nad morze. Dopiero później zdecydowała się spojrzeć na chłopca. Fedor jej się spodobał, ale do wychowania go nie chciała. W gości – owszem! Do domu – nie! Zdrowie nie pozwala, nerwy rozbite. – Mam pomoc domową, ale to nie wychowawczyni! – podsumowała. Nikt nie nalegał. Fedor Mikołajewicz spędzał z synem dużo czasu, co sprawiało mu radość. Z każdym dniem widział coraz więcej podobieństwa: obaj nie lubili kaszy manny, za to uwielbiali koty. Ale żona starszego Fedora ma alergię na koty, a młodszy Fedor nigdy nie miał własnego mieszkania, do którego mógłby przygarnąć kociaka. Obaj lekko seplenili, identycznie. A o niezwykłym podobieństwie choćby nie wspominając… W końcu zakończyły się wszystkie formalności dotyczące potwierdzenia ojcostwa, cała procedura trwała dwa miesiące. Fedor Mikołajewicz przyszedł do Ireny, zawołał Fedora i powiedział: – Od dziś jesteś moim synem także według prawa. To twój nowy dokument. Wiesz, zawsze byłeś moim synem, tylko nie wiedziałem wcześniej, iż istniejesz. Przebacz mi, jeżeli potrafisz! Nie mogę cię zmusić, byś mówił do mnie „tato”, mów, jak chcesz. Pamiętaj tylko, iż nie jesteś już sam na świecie. Masz wsparcie – jestem twoim ojcem. Masz Irenę – to twoja siostra. – Ja od razu wiedziałem, iż jesteś moim tatą – uśmiechnął się Fedor. – Jak cię pierwszy raz zobaczyłem. – Boże, jakie te dzieci dziś przebiegłe – uśmiechnął się ojciec i przytulił syna. Irena zauważyła łzy w oczach ojca, ale gwałtownie się opanował. Fedor zamieszkał z Ireną, a do Ludmiły Iwanowny chadza rzadko, ojciec zaś codziennie wpada na odwiedziny. Razem z Ireną wzięli kota… Jakiś dziadek rozdawał przy supermarkecie kotki za darmo — Fedor wybrał najsłabszego. Nazwali go Mruczek. W tej chwili Fedor poczuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie! PS: Fedor Mikołajewicz postawił na grobie Nadziei biały marmurowy pomnik. Razem z Fedorem często ją odwiedzają, przywożą kwiaty. Pewnego razu, gdy przywieźli świeże kwiaty, Fedor powiedział: – Wiesz, tato, mama dzień przed śmiercią… Powiedziała, żebym nie płakał. Że nie zniknie całkiem. Przejdzie po prostu do innego świata i stamtąd będzie nade mną czuwać. Mówiła też, iż postara się także stamtąd mi pomagać. I dopiero teraz rozumiem, iż to ona sprawiła, iż odnalazła mnie Irena, a potem i ty! Jestem tego pewien! Wierzysz mi, tato? – Oczywiście, iż wierzę – odpowiedział ojciec.

newskey24.com 7 godzin temu

Tato, pamiętasz może Nadzieję Aleksandrową Martyniak? Już dziś za późno, ale jutro przyjedź do mnie. Przedstawię ci mojego młodszego brata, twojego syna. Do zobaczenia.

Chłopiec spał zaraz przy drzwiach jej mieszkania. Jadwiga była zdezorientowana dlaczego dziecko o tej porze rano śpi w obcym bloku? Była nauczycielką z dziesięcioletnim stażem i nie mogła po prostu przejść obojętnie. Schyliła się i lekko potrząsnęła go za chude ramię:

Hej, młody człowieku, wstawaj!

Co? chłopiec niezdarnie się podniósł.

Kim jesteś? Dlaczego tu śpisz?

Ja nie śpię tylko macie bardzo miękki wycieraczkę. Usiadłem i przysnąłem przez przypadek odparł.

Jadwiga mieszkała w tym bloku dopiero od pół roku. Kupiła mieszkanie po rozwodzie. Sąsiadów prawie nie znała, ale od razu zorientowała się, iż to dziecko nie jest stąd.

Chłopiec miał może dziesięć albo jedenaście lat, ubrany był w stare, ale czyste ubrania. Przestępował z nogi na nogę, podrygując lekko w miejscu.

Jadwiga zrozumiała, iż musi do toalety:
Leć szybciutko, tylko się pośpiesz. Ja się spieszę do pracy wpuściła go do mieszkania.

Spojrzał na nią z nieufnością przez swoje niezwykłe, jasnobłękitne oczy.

Rzadki kolor, pomyślała z nagłą trwogą. Kiedy po wyjściu z łazienki, mył ręce w umywalce, Jadwiga zrobiła mu kilka kanapek z szynką.

Weź, zjedz coś.

Dziękuję! powiedział chłopiec, już stojąc w drzwiach. Uratowała mnie pani. Teraz spokojnie poczekam.

Na kogo czekasz? spytała Jadwiga.

Na babcię Antoninę Pietrówę. Ona mieszka obok pani. Może pani zna?

Trochę ją znam, ale przedwczoraj zabrali ją do szpitala, na sygnale. Wracałam z pracy, gdy wynosili ją na noszach.

Do którego szpitala? chłopiec aż drgnął z niepokoju.

Wczoraj dyżurował Miejski Szpital nr 20. Pewnie tam ją zabrali.

A, rozumiem. A jak pani ma na imię? zapytał w końcu chłopiec.

Jadwiga Franciszkowa odpowiedziała już w pośpiechu.

W szkole Jadwiga wpadła w wir bezkresnych, szkolnych kłopotów, ale w myślach wciąż wracała do chłopca.

Chyba odzywa się we mnie niespełniony instynkt macierzyński, pomyślała z żalem. Nie miała dzieci, dlatego rozstali się z mężem. On założył nową rodzinę, została sama.

Na dużej przerwie zadzwoniła do szpitala i dowiedziała się, iż babcia sąsiadka miała wylew, rokowania słabe w końcu miała już 78 lat.

Po pracy Jadwiga spotkała chłopca znów w swoim bloku siedział na parapecie.

Ja na panią czekałem rozpromienił się. Babci długo nie wypuszczą, nie chcieli mnie do niej wpuścić.

Jadwiga zapytała, jak się nazywa.

Okazał się Franek. I od razu zastrzegł: Franek, a nie Franio.

Umyty i nakarmiony został przez Jadwigę od razu przepytany:

Zwiałeś z domu? Rodzice pewnie się zamartwiają?

Rodziców nie mam. Mieszkam u ciotki.

To pewnie ciotka załamana zaniepokoiła się Jadwiga.

Nie. Powiedziałem jej, iż jadę do babci. A ona nie wie, iż babcia w szpitalu. Nie lubię tam wracać, choć ciotka dobra i prawie w ogóle nie pije. Ale jej mąż pije codziennie i wtedy jest zły. Mają już czwórkę swoich dzieci, zaraz będzie piąte, a ja jeszcze do tego.

Powiedzieli, iż oddadzą mnie do domu dziecka, a ja nie chcę tam iść. Nie przeszkadzam mocno? Mama mówiła, iż mam ADHD, cały po ojcu, tak samo jasne oczy. Mamy już nie ma dwa lata.

Jak się nazywała twoja mama?

Nadzieja Aleksandrowa Martyniak. Była dobra i ładna. Pracowała jako sekretarka dyrektora jakiejś fabryki chemicznej, nie pamiętam nazwy.

A tata? podpytywała Jadwiga.

Nie było taty. Nigdy nie było powiedział ponuro Franek.

Wtedy dotarła do Jadwigi przyczyna jej niepokoju po spotkaniu z tym niebieskookim chłopcem. Oczy! Takie same widziała tylko u jednej osoby swojego ojca.

A był on przecież dyrektorem zakładów chemicznych

Jadwiga z wrażenia niemal przestała oddychać: Romans dyrektora z sekretarką banał. Czy wiedział, iż urodziła mu syna? Czy zauważył jej zniknięcie z sekretariatu?

A ona? Skoro nazwała syna jego imieniem, to musiała go kochać bardzo kochać

Jadwiga była jedynaczką. W dzieciństwie marzyła o rodzeństwie.

Skocz po chleb do sklepu naprzeciwko, proszę pożegnała Franka.

Natychmiast zadzwoniła do ojca.

Tato, pamiętasz Nadzieję Aleksandrową Martyniak? Dziś już późno, ale jutro przyjedź do mnie. Przedstawię ci swojego młodszego brata i twojego syna. To wszystko. Pa, do jutra! rzuciła i odłożyła słuchawkę.

Pościeliłam ci na kanapie w salonie. Wykąp się, połóż spać zwróciła się potem do Franka, który wrócił.

Nie wiedziała jeszcze, jak to wszystko się potoczy, ale była pewna jednego: nie odda brata rodzinie ciotki ani tym bardziej do domu dziecka.

Ojciec przyjechał wczesnym rankiem. Jadwiga zwykle w weekendy odsypiała, ale dziś i tak nie spała całą noc.

Kochała ojca. Był jej opoką, zawsze obecny, w odróżnieniu od matki.

To on wspierał ją w decyzji o studiowaniu pedagogiki, gdy matka rozpaczała i krzyczała, iż to kierunek dla nieudaczników. Ojciec natomiast uważał, iż każdy ma swoją drogę.

To on pobłogosławił jej małżeństwo, a potem pomógł jej stanąć na nogi po rozwodzie.

Ojciec, jak zawsze wyprostowany, niewzruszony, w idealnie uprasowanych spodniach i lśniących butach, dyskretny zapach droższych perfum.

Coś ty wymyśliła? Znów brat Całą noc nie spałem, denerwowałem się zaczął, stojąc jeszcze w progu.

Ciszej, tato, mój gość jeszcze śpi Jadwiga poprowadziła go do kuchni. Chodź, zjemy śniadanie.

Podczas śniadania Jadwiga wyłożyła całą sytuację.

Dziwne to wszystko przyznał ojciec. Tak, była taka sekretarka Nadzieja Martyniak, młoda i mądra. Patrzyła na mnie zakochanymi oczami. Co poradzić, taki ze mnie mężczyzna, czasem trudno się oprzeć!

Głupio się toczyło Ale matki twojej nie chciałem porzucać. Któregoś dnia Nadzieja zapytała, czy nie chciałbym syna. Odparłem, iż mam już ciebie, córkę, a na syna za późno.

Niedługo potem jej matka zachorowała. Nadzieja wzięła urlop i wyjechała na wieś.

Przez rok była nieobecna, jej obowiązki przejęła starsza pani. Nadzieja wróciła po roku, jeszcze ładniejsza, świeża jak jabłko. Zażartowałem, czy nie wyszła za mąż? Odparła, iż tak, urodziła syna, mąż dobry. Po nazwisku została Martyniak. Ale teraz przecież wszyscy żyją na kocią łapę.

Potem już mieliśmy wyłącznie służbowe relacje. Swoje życie miała, ja swoje.

Około trzech lat temu Nadzieja poważnie zachorowała i odeszła. Dowiedziałem się, podpisując wniosek o pomoc socjalną.

Szkoda, była bardzo młoda. Ale nie wciskaj mi córko syna, miała przecież męża

W tym momencie pojawił się Franek grzecznie zajrzał do kuchni i przywitał się. Ojciec zbladł. Gdy stanęli obok siebie, podobieństwo było rażące.

Poznajmy się ojciec pierwszy podał rękę, wyraźnie przejęty Franciszek Mikołaj.

Franciszek Franciszkowicz Martyniak odpowiedział chłopiec i uścisnął jego dłoń.

Obaj jednakowo zdziwieni unieśli brwi.

Dziś odwiedzają mnie same Franki! uśmiechnęła się Jadwiga.

Młodszy Franek poszedł się umyć, starszy patrzył na córkę.

Nie rozumiem On wygląda dokładnie jak ja, gdy byłem w jego wieku. Przecież ona twierdziła, iż wyszła za mąż i urodziła chłopca, niby nie ze mną?

Tak, nie wyszła za mąż. Pojechała na wieś, żeby w tajemnicy urodzić twojego syna wyjaśniła Jadwiga. Poproś w księgowości o dane: gdy była na urlopie macierzyńskim. Wymyśliła męża, byś się nie czuł winny. Bardzo cię kochała. Franek twierdzi, iż nigdy nie miał ojca. Rozumiesz?

Zaraz Jeszcze jedna rzecz się nie zgadza. Nadzieja nie miała rodzeństwa. Była jedynaczką. Jej matka też już nie żyje. Skąd więc ciotka i babcia? zadumał się ojciec.

Odpowiedział na to Franek, który usłyszał całą rozmowę:

Mówicie o mojej mamie? Ciotka Wanda wcale nie jest moją ciotką, tylko daleką krewną. Przyjechali do miasta, gdy mama już nie mogła chodzić. Babcia Tonka jest matką ciotki Wandy. Gdy mamy zabrakło, Wanda zabrała mnie do siebie.

Nie miałem gdzie iść. Z wynajmowanego mieszkania musiałem się wynieść. Wzięli mnie, dostają jakieś pieniądze za opiekę. Wujek ciągle narzeka, iż to za mało.

Pamiętam pana, panie Franciszku Mikołaju! Mama miała pana zdjęcie w ramce na toaletce. Teraz leży w albumie. Myślałem, iż to ulubiony aktor mamy. Pytałem, a ona mówiła, iż kiedyś mi zdradzi, kto to.

Jadwiga nakarmiła Franka śniadaniem i wysłała na ranek do kina, które było niedaleko.

No i co, tato? Masz jeszcze wątpliwości? spytała.

Chyba nie, ale musimy zrobić test DNA. Rodzicielstwo potwierdzi tylko sąd rzekł ojciec.

Potem była scena z matką niby atak ciśnienia, przedzawał Ale w końcu pojechała nad morze odpocząć. Chociaż później odważyła się spojrzeć na Franka.

Polubiła go, ale nie chciała wychowywać. W odwiedziny proszę bardzo! Ale na stałe? Zdrowie nie pozwala, nerwy w strzępach.

Mam pomoc domową, ale to nie wychowawczyni powiedziała.

Nikt jej nie namawiał. Franciszek Mikołaj chętnie spędzał czas z synem. Wciąż odnajdywał w nim podobieństwo obaj nie znosili kaszy manny, obu fascynowały koty.

Ale żona Franciszka Mikołaja miała alergię na koty, a młodszy Franek nigdy nie miał własnego mieszkania, by przygarnąć kota.

Obaj zresztą lekko seplenili To już nie mówiąc o zadziwiającym podobieństwie fizycznym.

Po wielu trudach i formalnościach sądowych ojcostwo zostało ustalone. Franciszek Mikołaj przyszedł do Jadwigi, poprosił Franka i powiedział:

Od dziś jesteś moim synem z mocy prawa. Masz nowy dowód. Rozumiesz, zawsze byłeś moim synem, tylko o tym nie wiedziałem. Przepraszam, jeżeli zdołasz mi wybaczyć!

Nie musisz mówić do mnie tato, jak wolisz. Po prostu wiedz, iż nigdy nie będziesz sam masz wsparcie, masz mnie, twojego ojca, masz Jadwigę twoją siostrę.

Od razu wiedziałem, iż pan jest moim tatą uśmiechnął się Franek. Gdy tylko zobaczyłem pana pierwszy raz.

Boże, jakie te dzieci mądre uśmiechnął się ojciec i przytulił syna.

Jadwiga zauważyła łzy w jego oczach, ale gwałtownie się opanował. Franek został z Jadwigą, tylko czasem odwiedzał Lucynę Iwanową, a ojciec przyjeżdżał codziennie. W końcu razem z Jadwigą adoptowali kota

Jakiś dziadek rozdawał darmowe kocięta przy Biedronce Franek wybrał najsłabszego. Nazwali go Mruczuś. Wtedy Franek poczuł się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.

PS
Franciszek Mikołaj postawił Nadziei biały marmurowy pomnik.

Często odwiedzają jej grób, przywożą kwiaty.

Pewnego razu, gdy przywieźli świeże kwiaty, Franek powiedział:

Wiesz, tato, mama, tuż przed końcem Powiedziała mi, żebym nie płakał. Że nie zniknie, tylko przejdzie do innego świata i będzie mnie tam pilnować.

Obiecała pomagać mi choćby stamtąd. I myślę, iż to ona sprawiła, iż najpierw znalazła mnie Jadwiga, a potem i ty! Jestem tego pewien. Wierzysz mi, tato?

Oczywiście, iż wierzę odpowiedział ojciec.

Idź do oryginalnego materiału