Rodziców pamiętałam tylko z wyblakłych zdjęć w domowym albumie. Moja mama odeszła zaraz po moich narodzinach, a ojciec, zdruzgotany jej śmiercią, oddalił się ode mnie na zawsze i zrzekł się praw do opieki. Wtedy to dziadek po mnie przyszedł zabrał mnie ze szpitala, a potem stał się całym moim światem.
Dziadek nie był w stanie zrezygnować z pracy, dlatego już od najmłodszych lat otaczała mnie opieką niania, którą zatrudnił, żeby nigdy nie czuć się samotną, zanim wróci z fabryki na Mokotowie. Później, gdy poszłam do przedszkola, było mu lżej, ale każdego popołudnia czekał z herbatą i białym serem, pytał, jak minął dzień. Mijające lata nie zatarły naszej bliskości z dziadkiem łączyło mnie porozumienie bez słów, nie pamiętam ani jednej awantury. Gdy byłam już rozbrykaną nastolatką, i tak zawsze szukaliśmy kompromisu. Odczuwałam wdzięczność, której nigdy nie brakowało przestrzeni w moim sercu, a na samą myśl, co by było, gdyby go przy mnie zabrakło, ogarniał mnie lęk.
Wdzięczność okazywałam na co dzień pomagałam w domu, pilnowałam nauki, nie chciałam sprawiać kłopotów. Dziadek był dumny, gdy opiekunki z dumą mówiły, iż jego wnuczka, Zosia Nowak, wygrywała olimpiady przedmiotowe i zdobywała medale na zawodach sportowych.
To dziadek pomógł mi podjąć decyzję, kim chcę być. Biologia od zawsze mnie pociągała, ale nie wiedziałam, gdzie pokierować swoje kroki. Przedstawił mnie swojemu przyjacielowi z czasów studenckich, profesorowi Chruścielowi, znanemu profesorowi z Warszawy. Po długiej rozmowie zrozumiałam, iż chce podążać za głosem serca zostać lekarzem.
Z życia studenckiego na Uniwersytecie Warszawskim pamiętam tylko akademik, książki, szpitalne staże. Najwięcej czasu spędzałam w Klinice na Banacha; nie było dnia bez nauki. Czasem miałam chwile zwątpienia, ale wytrwałość popłaciła zrobiłam specjalizację z neurochirurgii, o czym marzyłam od pierwszego roku.
Tuż po obronie, nieoczekiwanie zadzwonił do mnie dyrektor prestiżowego prywatnego szpitala na Wilanowie i zaproponował pracę. choćby nie brałam pod uwagę odmowy. Rozpoczęły się ciężkie dni pełne dyżurów, operacji i drżenia rąk, ale żadna z nich nie zakończyła się niepowodzeniem. Po roku prowadziłam własne wykłady dla starszych kolegów, a raporty z moich operacji zaczęto publikować również za granicą. Gdy po trzech kolejnych latach przysłano mi ofertę pracy z renomowanego szpitala w Stanach, dziadek tylko się uśmiechnął i powiedział: Spróbuj swoich sił, Zośka, świat stoi przed tobą otworem.
Wyjechaliśmy. Przeprowadzka do Chicago była ogromną zmianą inny świat, inny język, tęsknota za zapachem chleba z pobliskiej piekarni i dźwiękiem kościołów podczas niedzielnej mszy. Po pewnym czasie dziadek nie potrafił już dłużej zostać z dala od ojczyzny i wrócił do swojego mieszkania na Ochocie. Ja pozostałam, bo tutaj, wśród białych szpitalnych ścian, spotkałam miłość swojego życia. Mikołaj, chirurg z innego szpitala, na początku był moim kolegą z konferencji, później zaczęliśmy chodzić na spacery po Lincoln Park. niedługo zamieszkaliśmy razem i wiedziałam, iż ślub musi odbyć się w Polsce bo chciałam, by to dziadek poprowadził mnie do ołtarza. Prosiłam go: Dziadku, wróć na trochę do Stanów, proszę. On jednak odparł ze spokojem: Zosiu, moje lata są już policzone, chcę, by serce spoczęło w polskiej ziemi.
Pewnego dnia, kiedy z Mikołajem i dziadkiem graliśmy w scrabble do późnej nocy, rozległ się telefon. Na wyświetlaczu numer mojego ojca. Zaczął rozmowę sztucznymi gratulacjami z okazji ślubu, ale ja nie zamierzałam słuchać tych słów. Zapytałam sucho, czego chce. Wtedy powiedział:
Chcę pieniędzy, córeczko! Rozumiem, iż ułożyłaś sobie życie, jesteś lekarką, masz bogatego męża, więc chyba możesz się podzielić z ojcem, nie?
Nie słuchałam dalej, rozłączyłam się i natychmiast zablokowałam numer.
Nie pojmuję, skąd miał w sobie tyle śmiałości, by nazywać się rodziną po tylu latach nieobecności.
Dla mnie rodzina to dwie osoby dziadek i Mikołaj i zrobiłabym dla nich wszystko. Ojciec dla mnie nie istnieje.











