No to ładnie cię widzę! zamiast zwyczajowego dzień dobry, wymamrotał Marek, gdy w drzwiach ujrzał niską, wiotką staruszkę w przecieranych jeansach, z ustami zaciśniętymi w sardonicznym półuśmiechu. Spod zmrużonych powiek rozbłysły figlarnie prześmiewcze oczy.
Babcia Kasi, Stanisława Jędrzejczyk rozpoznał natychmiast. Ale jak to? Bez zapowiedzi, choćby nie zadzwoniła?
Dzień dobry, wnuczku! rzekła promiennie. No co, wpuścisz starą do domu?
Oczywiście, proszę wejść! pospiesznie odsunął się na bok.
Stanisława Jędrzejczyk wturlała do mieszkania szary walizkowy kufer na kółkach.
Herbaty mocnej! zarządziła, gdy Marek stawiał przed nią filiżankę. Kasia w pracy, Ola w przedszkolu, a ty co się tak obijasz?
Przymusowy urlop mi dali, westchnął smętnie. Dwa tygodnie, podobno niezbędne dla firmy. Jego marzenie o świętym spokoju na dwa tygodnie ulatywało niczym para z czajnika. Z nadzieją zerknął na babcię: Na długo pani do nas?
Trafiłeś, kochany, na dłużej, pokiwała głową, rozwiewając mu wszelkie nadzieje.
Marek westchnął jeszcze głębiej. Ze Stanisławą znał się ledwo przemknęła tylko na jego ślubie z Kasią, przyjechała specjalnie z Katowic. O babci słyszał jedynie od teścia, który opowiadając o niej, zniżał głos do szeptu i niespokojnie rozglądał się po kątach. Czuć było, iż szanuje ją do szpiku kości a choćby bardziej.
No, zbieraj się, zmyj naczynia i ruszamy. Pokażesz mi Kraków, znasz się tu na tych waszych zaułkach! ton jej przypominał Marekowi dowódcę kompanii Przychodzkę z jego wojskowych lat. Przeciwstawiać się takim tonom lepiej choćby nie próbować.
Najpierw przy Plantach! rozkazała Stanisława. Którędy najkrócej?
Wzięła go pod ramię i dziarsko ruszyła przez bruk, rozglądając się z ciekawością.
Chyba najlepiej taksówką, wzruszył ramionami Marek.
Stanisława nagle włożyła dwa palce w usta i przeszywająco zagwizdała. Przypadkowa taksówka zahamowała przed nimi z piskiem opon.
Po co pani gwizda? Co ludzie powiedzą? ganił ją Marek, pomagając zasiąść na przednim siedzeniu.
Nic złego nie pomyślą, szelmowsko odparła babcia. Najwyżej uznają, iż to ty taki nieokrzesany!
Taksówkarz wybuchnął śmiechem wraz ze Stanisławą. Przybili sobie piątkę, jakby znali się od zawsze.
Ty, Mareczku, jesteś spokojny chłopak, gawędziła podczas spaceru po Plantach. Twoja babcia pewnie była dama, a ja do damy mi daleko. Mężowi, niech mu ziemia lekką będzie, długo zajęło przyzwyczajenie się do mnie. Był spokojny, czytał książki, a nagle do życia wparowałam ja! W góry go ciągnęłam, ze spadochronem znienacka wyskakiwaliśmy. Na lotnię go nie namówiłam tej bał się jak diabeł święconej wody. Z Kaśką czekał na dole, gdy ja kręciłam pętle nad nimi.
Marek słuchał jak zahipnotyzowany. O tych przygodach Kaśka nigdy mu nie wspominała. Dziwna, barwna energia tej staruszki wyjaśniała jej charakter. Stanisława spojrzała na niego przenikliwie:
Skakałeś kiedyś na spadochronie?
W wojsku, czternaście razy! pochwalił się Marek.
Szacunek, chłopie. Pokiwała uznająco i zanuciła pod nosem:
Długi będzie nam lot,
To skok jest powolny
Marek natychmiast podchwycił:
Jedwabne białe płótno
Za plecami śmignie jak mewa
I tak, śpiewając, poczuli się znacznie bliżej siebie.
Czas się posilić! Stanisława upatrzyła kiosk z kiełbaskami, roznosił się wokół dymny zapach. Czujesz tego grilla?
Przy grillu, gdzie śniady mężczyzna przekłuwał mięso na szpikulec spojrzeniem, którym równie dobrze mógłby przebić i samego diabła, Marek poczuł się nieswojo. Łatwo było sobie wyobrazić dziki taniec górala na rynku z rozcapierzonymi rękami, wrzeszczącego hej! do upadłego.
Gdy usiedli przy prowizorycznym stoliku, Stanisława uraczyła wszystkich czystym altem:
Hej, góralu, czy ci nie żal
Odstawiać grilla nam na bal.
Grillmaster spojrzał na babcię, uśmiechnął się od ucha do ucha i odpowiedział:
Byle grill, byle pieczenie,
Może zawrzeć śród nas przymierze!
Proszę się częstować, pani dobrodziejko, rzekł roześmiany, podając talerz pełen kiełbasy, pajdę chleba i sałatkę z koperkiem oraz dwa kieliszki schłodzonej żubrówki, po czym ukłonił się ceremonialnie.
Na zapach mięsa z pobliskiego żywopłotu wyłonił się bury kociak. Przysiadł pod stołem, patrząc błagalnie wielkimi oczyskami.
Już ja wiem, co z tobą zrobić, łobuzie, ucieszyła się Stanisława. Proszę, chłopaku, dorzuć kawałek surowego dla naszego przyjaciela!
Gdy kot z apetytem pałaszował zdobycz, babcia mruknęła do Marka:
Masz w domu dziecko, a nie masz kota? To czym chcesz nauczyć ją dobroci, troski i czułości? Ten maluch zostaje z wami!
Po powrocie Stanisława wzięła się za kąpiel znalezionego mruczka, Marka wysłała z listą do sklepu zoologicznego. Gdy wrócił z kuwetą, drapakiem i miskami, w domu rozlegały się okrzyki zachwytu. Kaśka i Ola obsiadły babcię jak kurczaki, a Stanisława rozdawała buziaki na lewo i prawo. Kotek, ochrzczony Lutek, z gracją przysiadł na kanapie, z zaciekawieniem śledząc domowy harmider.
Dla ciebie, Olu, letni komplecik, rozdawała babcia drobiazgi a dla ciebie, Kasiu, koronkowe majtki nie ma to jak podnieść notowania u męża…
Przez cały tydzień Ola omijała przedszkole. Rano znikała z babcią z domu, wracały tuż przed obiadem zadowolone, umęczone wycieczką i bliskością. Marek i Lutek czekali w domu, aż do wieczora, wtedy dołączała Kaśka i cała czwórka ruszała na kolejną wyprawę z kotkiem na rękach.
Muszę z tobą pomówić, Mareczku, powiedziała Stanisława pewnego wieczoru z powagą. Jutro wyjeżdżam, już wystarczy. To wręczyła mu zalaminowaną kartkę przekaż Kasi po moim wyjeździe. To testament. Mieszkanie i wszystko zapisuję jej, a tobie bibliotekę mojego męża. Cenne tomy, są też rarytasy z autografami…
Czemu pani o tym mówi!? zawołał Marek, ale babcia uciszyła go gestem.
Kasi nic nie powiedziałam, tobie powiem: bardzo źle z sercem. Może się wszystko gwałtownie skończyć, trzeba przygotować porządek.
Ale jak pani sama wróci? Powinna pani mieć kogoś przy sobie!
Ja zawsze mam kogoś bliskiego obok, uśmiechnęła się ciepło. Córka, twoja teściowa, mieszka tuż obok w Zabrzu. A ty dbaj o Kasię, opiekuj się Olą. Porządny z ciebie chłopak, mój kwadratowy zięć! zaśmiała się szczerze, klepiąc go po ramieniu.
Może by jeszcze pani została? Przynajmniej na trochę zaproponował błagalnie Marek.
Babcia odmówiła z wdzięcznością w oczach.
Pożegnać ją przyszła cała rodzina, choćby Lutek na rękach Oli wydawał się posmutniały.
Stanisława włożyła dwa palce do ust i świsnęła z mocą! Taksówka, niczym oczarowana, natychmiast zahamowała przy krawężniku.
No to jazda, Mareczku, odwieziesz mnie na pociąg! rozkazała, scałowała Kasię i Olę, zajęła miejsce z przodu.
Taksówkarz aż zgłupiał, wpatrując się w babcię, która zatrzymała go takim sposobem.
Co się pan tak patrzy? ofuknął go Marek. Nie widział pan nigdy porządnej kobiety?
Żylasta babcia, potrząsając siwymi loczkami, zaśmiała się gromko i z rozmachem przybiła piątkę z Markiem w przedziwnym, sennym rytmie tego dziwnego dnia.














