Teściowa do kwadratu — To dopiero niespodzianka! — zamiast przywitania zareagował Edek, widząc w drzwiach filigranową, energiczną staruszkę w dżinsach o zawadiackim uśmiechu na wąskich ustach. Spod zmrużonych powiek figlarnie błyszczały rozbawione oczy. „Babcia Jowity, pani Walentyna — rozpoznał po chwili. — Ależ ona tu, bez zapowiedzi, choćby nie zadzwoniła…” — Witaj, wnuczku! — uśmiechnęła się i weszła pewnym krokiem, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach. — Wpuścisz mnie do środka? — Oczywiście, zapraszam! — Edek zaczął krzątać się po mieszkaniu. Pani Walentyna rozgościła się, rozpakowała walizkę i poprosiła o mocną herbatę. — Jowita w pracy, Martynka w przedszkolu, a ty co się lenisz? — zagadnęła ze śmiechem. — Wysłali mnie na dwutygodniowy urlop, rzekomo z powodu „ważnych spraw służbowych”… — odparł zrezygnowany, czując jak wizja spokojnych dwóch tygodni rozpływa się w powietrzu. — Planuje pani zostać u nas długo? — Trafiłeś w dziesiątkę! — i jednym ruchem rozwiała jego nadzieje. — Zostanę na dłużej. Edek westchnął ciężko. kilka znał babcię swojej żony, widział ją raz, na ślubie, ale dużo słyszał — zwłaszcza od teścia, który o niej opowiadał szeptem, z szacunkiem i lekkim niepokojem. — Umyj naczynia i szykuj się, robimy objazd po mieście! — zarządziła nagle. — Pokażesz mi bulwary nad Wisłą — a na pytanie jak się tam dostać, wyszli razem, a pani Walentyna z typowym dla siebie rozmachem przywołała nadjeżdżającą taksówkę głośnym gwizdem. Później, po drodze, oczywiście musieli spróbować najlepszych szaszłyków w miejskim barze prowadzonym przez temperamentnego Ormianina, zaśpiewać z nim „Gamarjoba, genacvale” i nakarmić przybłąkanego kotka, którego pani Walentyna stanowczo przygarnęła do rodziny, fundując mu pierwszy sierściuchowy zestaw startowy, a Edkowi — lekcję o tym, jak w domu z córką nie może zabraknąć czworonożnego przyjaciela. Przez cały tydzień Martynka nie chodziła do przedszkola, bo razem z prababcią codziennie znikały na długie spacery, a wieczorem cała rodzina, z kociakiem nazwanym Lwem, wybierała się na wspólne wypady. W końcu, przed odjazdem, pani Walentyna przekazała Edkowi kopertę z testamentem, żegnając się radośnie, choć nieco nostalgicznie, podkreślając, iż jemu przypadła w spadku bezcenna biblioteka żona. — No, Edziu, jestem dla ciebie teściową do kwadratu! — zawołała na pożegnanie, żartobliwie klepiąc go po ramieniu. Odwiozła ją na dworzec cała rodzina, kotek Lwuś w objęciach Martynki, a kiedy gwizdnęła na taksówkę, Edek tylko mruknął rozbawiony do kierowcy: — Pan chyba nie widział jeszcze eleganckiej polskiej babci w akcji, co? Na teściową w kwadracie nie ma mocnych!

newskey24.com 2 godzin temu

I to jest dopiero numer! zamiast przywitania powiedział Jakub, widząc w drzwiach niską, chudziutką staruszkę w dżinsach, która rozciągnęła usta w psotnym uśmieszku. Spod zmrużonych powiek figlarnie połyskiwały drwiące oczy.
Babcia Ani pani Genowefa Maj rozpoznał. Ale jak to, bez żadnej zapowiedzi, choćby telefonu…

Witaj, wnuczku! uśmiechnęła się cały czas. Do domu mnie nie wpuścisz?

Tak, tak, oczywiście! Jakub aż się zakrzątał. Proszę wejść.

Genowefa Maj wturlała do mieszkania walizkę na kółkach… Mi podwójną zaordynowała sobie, kiedy Jakub parzył jej herbatę. Ania, znaczy się, w pracy, Ola w przedszkolu, a ty co tak się pałętujesz?

Wysłali mnie na urlop, powiedział mkliwie Jakub. Na dwa tygodnie, potrzeby służbowe. Jego marzenia o lenistwie na dwa tygodnie topniały z każdą chwilą. Z nadzieją zerknął na gościa: Zostanie Pani długo?

Zgadłeś, skinęła głową i rozwiała ostatnie nadzieje, na długo.

Jakub westchnął. Genowefę Maj widział wcześniej tylko raz, przelotnie na własnym ślubie z Anią, przyjechała z innego miasta. Ale nasłuchał się o niej od teścia, który na wieść o swojej teściowej zawsze milkł i z lękiem rozglądał się po kątach. Szacunek bił od niego wprost do dygotu w kolanach.

Umyj naczynia rozkazała, i ruszamy. Oprowadzisz mnie po mieście zapoznam się z okolicą!

Nie próbował choćby zaprotestować. Głos miała taki, jakby właśnie przejęła kompanię na poligonie po sierżancie Trzmielu. Sprzeciwiać się szkoda zdrowia.

Pokażesz mi bulwary! zarządziła Genowefa. Jak tam najłatwiej się dostać? Chwyciła Jakuba pod ramię i pewnym krokiem ruszyła po szarych płytach, rozglądając się, jakby chłonęła kolory miasta przez szczelinę snu.

Taksówką wzruszył ramionami Jakub.

Zanim dokończył, staruszka wsadziła dwa palce do ust i zagwizdała tak przenikliwie, iż stojący nieopodal fiat natychmiast zahamował.

Po co gwizdać? Co ludzie powiedzą? napominał ją, pomagając jej usiąść z przodu.

Nic sobie nie pomyślą odparła z niezmąconą wesołością. I tak uznają, iż to ty robisz zamieszanie.

Słysząc to, taksówkarz wybuchnął śmiechem razem z Genowefą. Przybili sobie żółwika jak starzy znajomi, których rozbawił wspólny żart.

Ty, Kubusiu, jesteś grzeczny chłopak mówiła mu podczas spaceru po bulwarach. Twoja babcia pewnie zachowuje się jak należy, no a ja… ze mną tylko niespodzianki! Mój świętej pamięci mąż, dziadek Ani, długo przywykał do mnie. Ewidentnie trudno miał biedak był cichy, zaszyty w książkach, aż tu nagle ja! I zaczęło się… Po górach go targałam, na spadochronie nauczyłam skakać. Tylko na lotni bał się dać czekał na dole z córką, kiedy ja krążyłam nad głowami jak mewa.

Jakub słuchał z coraz większym zdziwieniem. O pasjach babci Ania mu nie opowiadała. Przypominała teraz bardziej bohaterkę opowieści przygodowej niż zwykłą seniorkę.

Ty byłeś na spadochronie?

W wojsku, czternaście skoków, nie krył dumy Jakub.

Szacunek! pokiwała głową Genowefa i zanuciła cicho:
Długi to będzie nasz skok,
Przewleka się upadek

Znał tę starą żołnierską pieśń. Wtórował ochoczo:
Za plecami białe niebo,
Mewa nam śpiewa oddech

Piosenka rozproszyła niezręczność Jakub poczuł się przy niej nieswojo po raz pierwszy od wejścia Genowefy do domu.

Czas coś przekąsić. Zaproponowała. Chodźmy do tamtej budki, czujesz ten zapach? Ktoś porządny smaży karkówkę!

Szef grilla ciemnowłosy, z ognistym spojrzeniem, nizał mięso na stalowe szpady jakby gotów tym samym ruchem rozprawić się z wrogiem. Miało się ochotę krzyknąć do rytmu tańca: Hej, asso! i wirować wokół, ślizgając nogami po trotuarze.

Zajęli miejsce. Genowefa rozbłysnęła oczami i zaintonowała, zaskakująco czysto:
Sto lat, sto lat,
Niech żyje, żyje nam!…

Szef grilla podrygnął się, spojrzał na starszą panią z uznaniem i pociągnął przyśpiew:
Jeszcze raz, jeszcze raz,
Niech żyje, żyje nam!

Częstujcie się, szanowna pani rozpromienił się gospodarz, stawiając na stole talerze z karkówką, zakwasem, świeżymi ogórkami. Położył dwa kieliszki lodowatej żubrówki i z elegancją ukłonił się z ręką na sercu.

Na zapach grillowanego mięsa z pobliskich krzewów wyskoczył szarobury kociak. Usiadł cichutko pod ławką i patrzył z nadzieją.

O, tyś nam potrzebny, uśmiechnęła się Genowefa. Podejdź, maleńki! Zwróciła się do szefa: Panie, proszę dla naszego przyjaciela trochę świeżego mięsa, drobno pokroić!

Podczas gdy kociak łapczywie pochłaniał danie, Genowefa ganiła Jakuba:

Macie dziecko, i to dziewczynka! Jak wy bez kota zamierzacie nauczyć ją troski, dobroci, bliskości? No, ten maluch pójdzie z wami!

Po powrocie Genowefa zabrała się za kąpanie znaleziska, Jakuba wysłała do sklepu z listą rzeczy dla nowego domownika. Gdy wrócił objuczony kuwetą, miskami, drapakiem i legowiskiem, w domu rozlegały się piski radości. Ania i Ola obsypywały babcię buziakami, a kotek, ochrzczony Leonek, z miną filozofa obserwował zwyczaje ludzi dziwnie znajomych.

To dla ciebie, Olu, letni komplet z szortami rozdawała prezenty babcia, a to, Aniu. Nic tak nie czyni żony atrakcyjniejszą dla męża jak koronkowe majteczki…

Cały tydzień Ola do przedszkola nie zaglądała. Z babcią znikały rankiem, wracały grubo po południu zadowolone z siebie i spacerów.

W domu czekali Jakub i Leonek, wieczorem dołączała Ania i rodzinnie ruszali na kolejny spacer, zawsze z kotkiem.

Musimy poważnie porozmawiać, Kubusiu powiedziała któregoś wieczoru Genowefa, niezwykle poważna. Jutro wyjeżdżam. Czas. Tu masz, oddasz Ani po moim wyjeździe wręczyła mu dokument w foliowej koszulce. To mój testament. Mieszkanie i wszystko przekazuję jej, tobie zostawiam bibliotekę męża. Bardzo wartościowa, są unikaty z autografami sław…

Pani Genowo, na co to? obruszył się Jakub, ale ona powstrzymała go gestem.

Ani nie mówiłam, tobie powiem mam kłopot z sercem, poważny. Może się nagle skończyć. Lepiej się przygotować.

Jak wy sama? oburzył się Jakub. Ktoś przecież musi być blisko!

Zawsze ktoś ze mną jest uśmiechnęła się. Zresztą córka, twoja teściowa, mieszka tuż obok. Ty dbaj o Anię, wychowuj Olę. Dobrze ci z oczu patrzy, jesteś solidny. A ja dla ciebie widzisz jestem teściową do kwadratu! Klepnęła go w ramię i jej śmiech zabrzmiał zaraźliwie w całym pokoju.

A może zostaniesz jeszcze chwilkę? wyszeptał prosząco Jakub.

Genowefa podziękowała ruchem głowy i uśmiechnęła się ciepło.

Odprowadzili ją całą rodziną choćby Leonek na rękach Oli wyglądał na trochę zasmuconego.

Genowefa włożyła palce do ust i zagwizdała. Przejeżdżający opel zahamował gwałtownie.

Chodź, zięciu, odstawisz mnie na dworzec! zakomenderowała, pożegnała się serdecznie z Anią i Olą i zajęła miejsce obok kierowcy.

Taksówkarz spojrzał na babcię oczami szeroko otwartymi ze zdziwienia, jakby nie widział jeszcze we śnie takiej postaci.

Co się pan tak patrzy? warknął Jakub. Pierwszy raz widzi pan porządną kobietę?

Staruszka potrząsnęła srebrnymi loczkami, zachichotała i klasnęła swoją dłonią w dłoń Jakuba.

Idź do oryginalnego materiału