Nazywam się Bartek Wieczorek, mam trzydzieści cztery lata, mieszkam w Bydgoszczy i pracuję jako technik w serwisie klimatyzacji. Dziewięć lat temu, dwudziestego trzeciego marca, rozbiłem passata na obwodnicy pod Solcem Kujawskim. Śliska nawierzchnia, jeleń wybiegł z lasu, samochód dwa razy obrócił się na poboczu. Nic mi się nie stało, tylko stłuczone żebro i szok, który został na dużo dłużej niż siniaki. Od tamtego dnia nie dotknąłem kierownicy. Dziewięć lat.
Moja teściowa, Grażyna, nigdy mi tego nie wypomniała wprost. Ona ma swój sposób – mówi to, co ma powiedzieć, przy niedzieli obiadowej, między podaniem żurku a sprzątaniem talerzy, tak żeby wszyscy usłyszeli, tylko nie wprost do mnie. „Dobrze, iż Ania wozi dzieci, bo niektórzy by się bali własnego cienia" – rzuciła kiedyś, mieszając kompot łyżką, nie patrząc w moją stronę. Ania, moja żona, spuściła wtedy oczy w talerz. Nie broniła mnie, bo już setki razy próbowała i wiedziała, iż to nic nie zmienia.
Z zewnątrz to wyglądało niewinnie. Teściowa po prostu się o nas troszczyła, mówiła ludzie. Od środka to było coś innego – każde spotkanie rodzinne stawało się przypomnieniem, iż jestem mężczyzną, który boi się jeździć autem. Dzieci – ośmioletni Kacper i sześcioletnia Zosia – zaczęły to powtarzać. „Tata się boi jeździć" – powiedziała Zosia raz w przedszkolu, a wychowawczyni zapytała mnie potem wprost przy odbieraniu córki, czy wszystko u mnie w porządku ze zdrowiem.
Ania woziła wszystkich przez te lata swoim citroenem c3, do pracy, na zakupy do biedronki przy Fordońskiej, na basen dla dzieci w sobotę rano. Ja siedziałem z tyłu albo zostawałem w domu, mówiąc, iż mam coś do zrobienia. Prawda była taka, iż codziennie rano, kiedy widziałem klucze na wieszaku przy drzwiach, czułem, jak żołądek mi się ściska. Nie umiałem tego wytłumaczyć teściowej ani nikomu innemu. Bałem się nie samochodu – bałem się tego, co czułem w środku, kiedy wyobrażałem sobie siebie za kierownicą.
Punkt zwrotny przyszedł zimą, w grudniu, kiedy Ania złamała nogę na oblodzonym chodniku przy klatce. Trzy tygodnie w gipsie, noga na wysoko, niemożność prowadzenia. A dzieci trzeba było zawozić do szkoły na Fordonie, codziennie, o siódmej piętnaście. Grażyna od razu zaproponowała, iż przyjedzie z Torunia i będzie woziła. Czterdzieści minut w jedną stronę, codziennie, w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat, w śniegu. Powiedziała to tak, jakby to było oczywiste, jakby nie było innej opcji – bo przecież ja się nie nadawałem.
Coś we mnie pękło tamtego wieczoru. Nie z gniewu na teściową, tylko ze wstydu przed samym sobą. Poszedłem do garażu, gdzie stał nasz drugi samochód, stary opel astra, którym już prawie nikt nie jeździł, i usiadłem za kierownicą. Nie zapaliłem silnika. Siedziałem tak z pół godziny, ręce na kierownicy, patrząc przez przednią szybę na ścianę garażu.
Następnego dnia zadzwoniłem do znajomego z pracy, Tomka, który kiedyś pracował jako instruktor nauki jazdy, i poprosiłem, żeby pojeździł ze mną po pustym parkingu przy hali Zawiszy w niedzielę rano, kiedy nikogo tam nie ma. Powiedziałem to cicho, bo bałem się, iż ktoś usłyszy i zacznie robić z tego wielką sprawę. Tomek się zgodził bez żadnych pytań, co akurat doceniłem najbardziej.
Pierwsza niedziela to było dwadzieścia minut jazdy po prostej, dwadzieścia na czterdzieści metrów placu, z prędkością piętnastu kilometrów na godzinę. Ręce mi się trzęsły. Druga niedziela – skręty. Trzecia – wyjazd na spokojną uliczkę osiedlową. Nie mówiłem o tym nikomu, choćby Ani, dopóki po sześciu tygodniach nie zaproponowałem jej, żebym to ja zawiózł Zosię do przedszkola.
Grażyna dowiedziała się o tym przypadkiem, bo akurat przyjechała z Torunia zabrać dzieci i zastała pusty dom – bo to ja już wtedy pojechałem. Zadzwoniła do Ani z pretensją w głosie, iż mogli byli ją uprzedzić, iż się nie martwiła niepotrzebnie. Ania odpowiedziała jej wtedy coś, co potem mi powtórzyła słowo w słowo: „Mamo, on jeździ od miesiąca. Sama go o to nie pytałaś, bo wolałaś myśleć, iż się nie zmienia."
Minęło od tamtej pory czternaście miesięcy. Jeżdżę teraz codziennie, także po szybkim ruchu, także na trasie do Torunia, kiedy trzeba odwiedzić teściów. Kupiłem sobie choćby skromny abonament na myjnię przy Grunwaldzkiej, bo lubię, jak samochód lśni, kiedy nim jadę – to głupie, ale sprawia mi radość, jakiej się po sobie nie spodziewałem.
Zeszłą niedzielę spędziliśmy z Anią w Toruniu, bo urodziny Grażyny, sześćdziesiąte dziewiąte. Przy stole, po torcie, teściowa wzięła do ręki kopertę, którą przygotowała wcześniej, i podała mi ją, zamiast Ani, jak zwykle robiła z ważnymi dokumentami rodzinnymi. W środku był dokument przekazania jej starego, niebieskiego fiata 126p, tego, który stał od lat w jej garażu przykryty plandeką – auto po jej mężu, moim teściu, który zmarł jedenaście lat temu. Nigdy nikomu go nie oddała, mimo iż kilka razy proponowaliśmy sprzedaż czy oddanie do muzeum motoryzacji.
„To dla ciebie" – powiedziała, kładąc papiery przede mną na obrusie. Nie dodała nic więcej, nie przeprosiła za te wszystkie niedzielne uwagi przy żurku, za te lata cichych porównań. U Grażyny przeprosiny nie mają formy słów. Mają formę dokumentu przekazania własności, podpisanego, z datą, gotowego do zarejestrowania w wydziale komunikacji.
Kacper zapytał, czy będziemy nim jeździć. Powiedziałem, iż najpierw trzeba go wyremontować, a potem może właśnie ja go poprowadzę na pierwszy przejazd próbny, ulicą, na której kiedyś nie umiałbym przejść choćby stu metrów bez ściśniętego gardła. Grażyna nic nie odpowiedziała, tylko nalała sobie kolejną filiżankę kawy i zapytała, czy ktoś chce dokładkę tortu.












