Już od pierwszych minut było jasne, iż to nie będzie spokojny spacer. Wśród zgromadzonych dominowały hasła o konieczności zmian – od likwidacji umów śmieciowych, przez skrócenie tygodnia pracy do 32 godzin bez obniżki wynagrodzeń, aż po pełnopłatne zwolnienia chorobowe i wzmocnienie kontroli nad pracodawcami.
Marsz przeszedł m.in. ulicami Ślusarską, Wodną i Groblą, a jego uczestnicy nie ukrywali frustracji. – „Polska jest jedną z największych gospodarek świata, a przez cały czas karze się nas za chorobę i spycha na niestabilne umowy” – podkreślał Kacper Gryglewicz, wskazując na systemowy charakter problemów.
Mocne głosy pojawiły się także w kontekście młodych ludzi i rynku mieszkaniowego. – „Pierwsza praca to często nie rozwój, ale niepewność. Za mało zarabiamy, by żyć spokojnie” – mówiła Aneta Troć. Z kolei Sebastian Pawłowicz zwracał uwagę na rosnące ceny najmu i trudności w znalezieniu mieszkania. – „Młodzi stają przed wyborem: drogi wynajem albo brak dachu nad głową” – zaznaczył.
Nie zabrakło także głosów z sektora edukacji. Milo Ostalskie mówił wprost o niedoszacowaniu pracy nauczycieli i konieczności powiązania wynagrodzeń ze średnią krajową.
Kulminacją wydarzenia był piknik nad Wartą, gdzie uczestnicy mogli kontynuować rozmowy i wymieniać się doświadczeniami. Organizatorzy podkreślali, iż 1 maja to nie tylko symboliczne święto, ale przede wszystkim moment przypomnienia, iż prawa pracownicze nie są dane raz na zawsze.
– „Dziś wielu mówi, iż każdy musi radzić sobie sam. To nieprawda – ten kraj budujemy razem” – podsumował Łukasz Garczewski.
Poznańskie obchody pokazały jedno: temat pracy i wynagrodzeń wciąż budzi ogromne emocje – i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miało się to zmienić.







