To dziecko Igora…
Ta historia wydarzyła się niedawno w Poznaniu, w zadbanym mieszkaniu na czwartym piętrze dziewięciopiętrowego bloku. Mieszkała tam młoda emerytka, pracująca jeszcze mimo wieku, samotna kobieta o imieniu Grażyna.
Jej życie nie zapowiadało niczego niezwykłego, ani dramatycznego rutyna: emerytura, praca, koleżanki, wyjazdy do wnuków i opieka nad starszą mamą mieszkającą osobno.
Ot, taki zwykły dzień.
Rano Grażyna zadzwoniła do mamy, żeby zapytać o jej samopoczucie.
Tak, dzień jak co dzień. Wolny od pracy. Grażyna na emeryturze dorabiała jako rejestratorka w prywatnej przychodni dyżurowała co drugi dzień, odbierała telefony od pacjentów i prowadziła zapisy do lekarzy.
A dziś…? No właśnie, przygotować coś do jedzenia i iść do mamy taki codzienny rytuał. jeżeli mam być szczera, trochę już męczący, wywołujący westchnienia i przewracanie oczami.
To tylko dwa podwórka dalej pikuś. Co przyrządzić żadna filozofia, mama miała przecież jeszcze wczorajszy barszcz i drożdżówkę. Najcięższy był jednak piąty piętro bez windy… Ech!
I te ciągłe narzekania mamy Słuchać opowieści o kolejnych stadiumach i szczytowych momentach bólu tu i tam bywało męczące. I tak nie oczekiwała decyzji, tylko wysłuchania diagnozy stawiali lekarze, mama analizowała je w nieskończoność i wciąż reinterpretowała, mieszając z opowieściami sąsiadek i radami dr Oz.
Rad Grażyny mama nie brała na poważnie córka niby z medycyną nie miała pojęcia, choć przez prawie czterdzieści lat była instrumentariuszką na blokach operacyjnych.
Ty się tam znasz! Skalpel podać i koniec!
No nic… dzień jak co dzień.
Do sklepu też wypadałoby skoczyć po drodze do mamy można zajrzeć. Grażyna postawiła worek z odpadami w przedpokoju, podeszła do lustra, żeby się lekko poprawić. Jak na kobietę grubo po sześćdziesiątce, wyglądała dobrze delikatne kurze łapki, kilka zmarszczek, ale ładna twarz, krótko ostrzyżone jasne włosy i wyraziste kolczyki. Może tylko policzki trochę opadły.
„Chleb żytni i masło dla mamy,” pomyślała, obrysowując usta kredką, gdy nagle ktoś zadzwonił do drzwi.
Domofon był na klatce, więc kto to mógł być? Chyba sąsiadka Pani Zosia. Czasem przychodziła na herbatę.
Grażyna z szminką jeszcze w dłoni podeszła do drzwi.
Na progu stała szczupła, jasnowłosa dziewczyna z kucykiem, w pasiastym t-shircie, długiej ciemnej bluzie, dżinsach i plecakiem na ramieniu. Pamięć przyjdzie później, teraz Grażyna zarejestrowała tylko jej twarz i niemowlę w brązowym kocyku na rękach.
Oczy dziewczyny wąskie, napięta szczęka, głęboki wdech, krok bliżej, wyciągnięcie zawiniątka i szybkie:
To dla pani!
Grażyna machinalnie wzięła dziecko szminka wciąż w ręku. Poczuła jego ciężar, spojrzała w dół… O Boże, to dziecko!
Kiedy podniosła wzrok, dziewczyna już schodziła po schodach.
Grażyna wybiegła za nią, jeszcze nie pojmując po co ona jej dała to dziecko?
To dziecko Igora, a ja muszę się uczyć… stopy dziewczyny biegły po schodach.
Drzwi klatki trzasnęły.
I to wszystko…
Grażyna odstała chwilę na klatce, licząc, iż dziewczyna zaraz wróci. Weszła do mieszkania, spojrzała na siatkę i pomyślała dziwnie mechanicznie: „Nie zapomnij śmieci, gdy wyjdziesz do mamy.”
W przedpokoju stała też obca torba. Nie zauważyła nawet, kiedy dziewczyna ją wstawiła.
A potem… Przyszedł chłód zrozumienia!
O ludzie! Przecież to… to żywe dziecko! Co ona mówiła? Dziecko Igora?
Na pewno mówiła Igora?
Grażyna z dzieckiem na rękach, weszła do pokoju, usiadła na kanapie. Tak dziewczyna wyraźnie powiedziała Igora.
Boże, jakiego Igora?
Grażyna miała jednego syna Michała. Rodzinny człowiek, dwójka wnuków, mieszkają z żoną we Wrocławiu, a Grażyna tu, w Poznaniu.
Mąż Grażyny zmarł pięć lat temu, nazywał się Roman.
Nic się nie zgadza… I wtedy dziecko się poruszyło.
Szybko położyła je na sofie, rozwinęła kocyk: beżowy dresik, małe dzieciątko z żabkowym smoczkiem. Na oko najwyżej miesiąc.
No, no, maleńka! pogłaskała dziecko, które cmoknęło i znów zapadło w półsen.
Grażyna doszła do wniosku, iż odpowiedzi mogą być w torbie. A tam dwie butelki, mleczna mieszanka, pieluchy i ubranka.
Nadal wszczepiony był w niej jakiś tryb oczekiwania. Zaraz zadzwoni dziewczyna, wróci, odbierze dziecko, przeprosi a dzień będzie jak co dzień: śmieci, sklep, mama…
Ba, choćby dokończyła makijaż, zerkała przez okno, czy nie przyjdzie.
Gdzie ona się podziewa? I co za cyrk!
Niemowlę w końcu zaczęło się niepokoić. Grażyna biła się z myślami: przecież to nie jej dziecko! Może nie powinna go przebierać, karmić? Czy wolno jej w ogóle? Znowu zerkała do okna. Czekała…
Jednak i tak musiała rozebrać dziecko. Pod spodem rampers i kaftanik.
Dziewczynka.
Dopiero teraz Grażynę przeszył niepokój i poczucie odpowiedzialności. Do niej podrzucono dziewczynkę!
Igor… Igor…
A jeśli…!
Jej syn, młodości nie stracił na nauce Grażyna go nieraz ganiła za zmianę dziewczyn. Zdarzało się, iż przyprowadzał je do domu. Ale to było dawno, zanim się ożenił.
Wydawał się w małżeństwie szczęśliwy. Ostatnio im się poprawiło spłacili kredyt, kupili nowy samochód, a wnuki urosły…
Już, maleńka, spokojnie… zaraz przewiniemy pieluszkę.
Jezu! Czy naprawdę matka ją porzuciła?
Głowa nie ogarniała jeszcze sytuacji, ale ręce pamiętały: gwałtownie zmieniła pieluszkę, założyła śpioszki, wzięła kwilącą dziewczynkę na ręce i poszła robić mleko.
Zadzwonił telefon. Grażyna z trudem odebrała jedną ręką.
Czemu nie odbierasz? matka.
Tak wyszło. Czego chciałaś, mamo?
Byłaś już w sklepie?
Jeszcze nie.
To kupisz mi gruszki. Ale nie takie twarde jak ostatnio…
Dobrze, mamo.
Tylko żeby były miękkie, z czerwonym bokiem. Takie dobre. Pamiętasz, które brałaś przedostatnio?
Oczywiście, mamo.
Dziewczynka kręciła się w ramionach i kwiliła.
Dobrze, mamo… już kończę.
Co tam tak hałasuje?
Telewizor.
No! Telewizor… już idź do sklepu, bo chleb wykupią!
Grażyna odłożyła telefon, pokiwała dziewczynką, poczytała instrukcję na mleku. Ale coś trzeba zrobić z tą sytuacją.
Michał!
„Końcówka maja to…” Grażyna policzyła miesiące.
W sierpniu był przecież w delegacji w Zakopanem. Przedstawił się jako Igor? Nie wierzę.
Choć, kto wie. Może miał chwilową przygodę? Teraz może wydaje się jej porządnym człowiekiem, ale przecież nie wie, co tam się działo daleko.
Sprawdziła temperaturę mieszanki na ręce za gorąca. Podstawiła butelkę pod zimną wodę.
Lewa ręka już zmęczona trzymaniem dziewczynki. Odzwyczaiła się od niemowlaków. Bywały czasy, gdy nosiła dziewięć kilo na rękach…
Co ona robi? Chyba powinna zadzwonić na 112. Ale powstrzymywały ją wątpliwości.
A jeżeli to dziecko Michała? Spojrzała na dziewczynkę. Wydawało się, iż ma coś z wnuczki Kingi.
Jeśli to prawda…? Skandal gotowy, synowa nie wybaczy, a dzieci?
Ojej, aż strach o tym myśleć.
No już, maleńka… pij pięknie…
Dziewczynka ssała łapczywie, oczy jej się przymykały z zadowolenia. Grażyna zapatrzyła się na nią i rozczuliła. Dawno nie miała maleństwa w rękach.
Kiedy dziewczynka usnęła, Grażyna delikatnie położyła ją na kanapę i zadzwoniła do syna. Numer był nieosiągalny.
Pech…
Grażyna postanowiła zaczekać. Nie chciała nikomu robić problemów szczególnie synowi. Miała nadzieję, iż dziewczyna się opamięta i wróci. Wyglądała raczej na studentkę niż osobę z marginesu.
Tego jeszcze nie powinna mówić mamie. Nie miała ochoty wysłuchiwać jęków, domysłów i przerażających teorii.
Grażyna zadzwoniła do wnuka Stasia. Dowiedziała się, iż tata wyjechał służbowo gdzieś pod granicę, gdzie nie ma zasięgu. Dopiero pojutrze wróci, ale mamie dzwoni codziennie i wszystko u niego w porządku.
Ach, Staś, moglibyście mnie informować! mruknęła Grażyna.
Znała jednak realia syn jeździ wciąż po pracy, a nie będzie jej za każdym razem raportować. Tylko teraz tak bardzo potrzebowała z nim pogadać!
Zadzwoniła do synowej, Karoliny, poprosiła, by wieczorem przekazała Michałowi, by koniecznie oddzwonił.
Coś się stało? spytała Karolina.
Nie, tylko bardzo czekam na telefon od niego, przekaż, proszę.
Karolina obiecała.
Mamo, skręciłam nogę, dziś nie przyjdę okłamała potem mamę przez telefon. Masz jeszcze barszcz i chleb
Mama narzekała, wypytywała, groziła, iż jeżeli ona nie przyjdzie, to przyjdzie sama (choć piąte piętro), dzwoniła chyba pięć razy.
Grażyna po tej rozmowie usiadła spokojniej, zdjęła białe spodnie, wskoczyła w domową sukienkę, usiadła przy dziewczynce i zaczęła rozmyślać już bez nerwów.
Chyba rozum jej był przytłumiony, gdy wzięła tę dziewczynkę. Zresztą, przecież dzieci podrzucają choćby pod drzwi.
Dlaczego nie zgłosiła tego na policję?
Po pierwsze, strach o syna, choć nie Igor, to może ją okłamał? Po drugie, nie chciała tłumaczyć się na komisariacie, opowiadać wszystko obcym ludziom. Po trzecie, coś w samej dziewczynie ją poruszało jej spojrzeniu była determinacja, rozpacz i dziwna pewność.
Poszukała porady u przyjaciółki.
Wiki, będziesz w szoku… Podrzucono mi dziecko!
Wiktoria wcale się nie przeraziła, zaczęła analizować sprawę jak Sherlock Holmes i obiecała przyjść po pracy.
Spokojnie, Graża, ogarniemy! Najważniejsze, żeby nie narobić zamieszania.
Myślisz, żeby nie wzywać policji?
Poczekaj, trzeba znaleźć tego Igora.
Zaraz, jakiego Igora?
No ojca dziecka. U was na klatce nie ma Igora?
Skąd mam wiedzieć? W bloku ponad pięćdziesiąt mieszkań. Myślisz, iż dziewczyna pomyliła mieszkanie?
Możliwe… A może to jednak Michał. Skontaktuj się z nim!
Cały dzień minął na zajmowaniu się dziewczynką. Grażyna zajrzała do internetu, przypomnieć sobie jak często karmić noworodka, przeczytała milion porad i zaczęła je wprowadzać w życie: masażyk, pielęgnacja, kąpiel, choćby zaśpiewała kołysankę.
Jak tam noga? Może jednak jutro przyjdę? dzwoniła mama.
Grażyna była pewna, iż do jutra się coś rozstrzygnie i obiecała odwiedziny.
Wiktoria przyszła po pracy, zrobiła przegląd rzeczy dziecka i poszła badać sąsiadów opowiadała o liście do Igora, a nie o dziecku.
Jest! oznajmiła energicznie zamykając drzwi.
Ciszej! Mała dopiero co zasnęła.
E tam, takie dzieci śpią dobrze zerknęła do pokoju, dziewczynka się obudziła i zapłakała Ale znalazłam! szepnęła teraz.
Okazało się, iż na szóstym piętrze w tym samym skrzydle mieszka Igor, całkiem prawdopodobny kandydat na ojca.
Jestem pewna, dziewczyna tylko pomyliła piętro podekscytowała się Wiktoria. Idziemy?
Do kogo?
Do Igora, oczywiście. Wyjaśnimy.
A jeżeli nas wyśmieje?
To pogadamy.
Wika, to głupie… Pójdziemy, a on uzna, iż wariatki.
Chcesz sprawdzić prawdę, czy nie?
Chciała…
Nie korzystały z windy, po cichu podeszły pod odpowiednią furtkę, zadzwoniły.
Kto? odezwał się męski starszy głos.
Do Igora zawołała Wiktoria.
Drzwi otworzyła maleńka, przygarbiona staruszka, spojrzała surowo i poszła w głąb mieszkania:
Igoruś! Znów do ciebie!
Wiktoria śmiało weszła, Grażyna została w progu. Z pokoju wybiegł chłopak niewysoki, krępy, z zarostem.
Dzień dobry, w sprawie tableta?
Tableta? Nie, o coś innego chodzi. Rozumie pan, do Grażyny trafiło dzisiaj pańskie dziecko…
Chłopak zgłupiał, łypał wzrokiem na obie.
Dziecko? zrobił wielkie oczy. Ja nie mam dzieci.
Ale jesteś jedynym Igorem w bloku naciskała Wiktoria.
Ale ja nie mam dzieci powtarzał zmieszany.
To jeszcze trzeba udowodnić. Przyniesiono dziecko pod zły adres. Uważamy, iż ktoś się pomylił.
Daj spokój, Wiki Grażyna była mniej przekonana do tej wersji niż Wiktoria. Opowiem: dziś rano ktoś podrzucił mi dziewczynkę, powiedział, iż to dziecko Igora i od razu uciekł. Może to nie ten Igor… Przykro mi, może się mylimy.
To czemu ja? zdziwił się chłopak.
Nie chcesz uznać dziecka, co? drażniła go Wiktoria.
Jakiego dziecka? bronił się.
No, chodź i zobacz zaproponowała Wiktoria.
Na pewno nie miał pan krótkiego romansu pod koniec zeszłego lata? dodała już łagodniej Grażyna.
Romansu? Nie… Internet mi wystarcza. Ale nie, musi panie się mylą. Jak chociaż dziewczyna ma na imię?
Nie wiem. Nie przedstawiła się. Przepraszam za kłopot.
Grażyna pociągnęła Wiktorię. Zeszły na dół.
Może mogę pomóc? Jestem informatykiem i blogerem, może napiszemy post: poszukuje się matki lub ojca? zapalił się Igor.
Nie, dziękujemy machała rękami Grażyna. przez cały czas najbardziej bała się o syna, a i prawo wymagało, by jednak zgłosić sprawę.
Szkoda. Ale jakby co, jestem tu codziennie, pracuję zdalnie.
Młodzież… pokręciła głową Wiktoria. Co myślisz, nie kłamie?
Nie. Widać, iż domator i komputerowiec, nie babiarz.
Na telefon od syna Grażyna się nie doczekała. Zadzwoniła jeszcze raz do synowej.
Przepraszam mamo, sama zamieszana jestem tu basen Kingi, tam Stasiowi na jutro strój sportowy, szukałam. Ledwo Michał zadzwonił. Dzień mam taki…
Gdyby tylko wiedziała!
„Jutro zadzwonię na policję!”
Ale wystarczyło, iż się położyła natychmiast zobaczyła przed oczami twarz tamtej dziewczyny. Rozpacz i nadzieja. Co się stanie z maleńką, gdy zadzwoni na policję?
Noc była okropna Grażyna budziła się co chwilę, chodziła z dziewczynką po pokoju, szykowała mleko. Nad ranem obie zmorzył sen.
Obudził ją telefon mamy.
Jak noga? Przyjdziesz?
Spojrzała na dziecko.
Przyjdę.
To kup gruszki i…
Dzieci trzeba przewietrzyć. Uplotła sobie z szala nosidło-łóżeczko, przewinęła i ubrała dziewczynkę. Ubranka prawie nowe, śliczne. Zaraz poszły do sklepu.
I choćby sprawiło jej przyjemność to, iż teraz nie była w sklepie sama. No, jeszcze tylko to piętro…
Co to jest? mama wytrzeszczyła oczy.
Nie co, tylko kto. Weź zakupy podała mamie i przeszła z dziewczynką do pokoju.
Skąd?
Nadia Szymaniak poprosiła, żebym popilnowała wnuczki. U fryzjera siedzi, ja tylko przez godzinę.
A noga?
Przeszło.
Obie wpatrywały się w maleństwo. I nie było dziś marudzenia o bólu i etapach choroby.
Popatrz, jak za palec chwyta! A jak się nazywa?
Nie zapytałam. Na godzinkę tylko biorę, to nie pytałam.
Ach ty! Tak dziecko przyjąć i choćby nie wiedzieć, jak się nazywa?
Wracając do domu, Grażyna naprawdę rozważała, jak mogłaby nazwać dziewczynkę. Po co? Sama nie wiedziała, ale czuła, iż to ważne.
W domu przyszło sms syn jest dostępny!
Usiadła z dziewczynką w ramionach i natychmiast zadzwoniła.
Co? Mamo?! Przecież jestem żonaty! zareagował po jej chaotycznej opowieści.
Ale dziecko przyniesiono właśnie do mnie. Pomyślałam, a jeżeli Igor to ty…
Mamo, jestem Michał. Sama mnie tak nazwałaś. Dzwoń na policję od razu. Chcesz, to ja zadzwonię.
Nie, zrobię to sama. Mała głodna, wyszłam na spacer i…
Mamo! Do policji! Bo się martwię!
Wszystko dobrze, nie wymyślaj. Pracuję nad tym z Wiką.
Nie dziś, tylko TERAZ!
Ale Grażyna go nie posłuchała. Mała zrobiła siku, trzeba zmienić pieluchę, i tak dalej. Tyle zajęć. Zadzwoni do Wiki i…
No cóż, pewnie trzeba będzie oddać dziewczynkę. I co dalej? Do szpitala? Z prawniczego punktu widzenia była w kłopocie, doskonale znała szpitale i trudno jej było wyobrazić sobie, iż będzie miała lepiej niż tutaj.
No ale… Jutro zaczyna dyżur, to raz. A dwa prawo to prawo, syn miał rację…
Z westchnieniem zabrała się za dziewczynkę. Oboje zasnęły prawie jednocześnie. Dziewczynka na wysokiej poduszce obok Grażyny.
Obudził ją natarczywy dzwonek do drzwi.
Grażyna delikatnie zabrała rękę spod dziewczynki, spojrzała w wizjer i zamarła. Otworzyła.
Gdzie ona jest?! Gdzie ją pani oddała?! Dlaczego nie powiedziała od razu?!
Na progu stała ta sama dziewczyna, roztrzęsiona, w samej koszulce i szortach, choć było chłodno. Oczy rozbiegane, przestraszone, oddech szybki jak po biegu.
Dlaczego pani nie powiedziała? zawołała dziewczyna.
Może dlatego, iż pani gwałtownie uciekła odparła Grażyna.
Ale pani wie, gdzie ona jest? Proszę, wie pani?!
W oczach miała błaganie: „Proszę, niech pani wie!”
Grażyna cofnęła się i zaprosiła do środka.
Dziewczyna weszła, nie rozumiejąc po co ją prowadzą do pokoju. Zobaczyła córeczkę, rzuciła się do niej, osunęła na dywan i wybuchła szlochem. Płakała tak, iż trzeba ją było podnieść, napoić wodą, uspokoić.
Jedz coś, czekoladę, bo ci zaraz cukru zabraknie powiedziała Grażyna, włączał się w niej instynkt pielęgniarki.
W przerwach dziewczyna, która miała na imię Ula, opowiedziała wszystko. Córeczka miała na imię Emilka.
Historia… jakich wiele. Ula była studentką medycznej szkoły policealnej (takiej samej, jaką kończyła Grażyna). Pochodziła z odległej wsi pod Piłą.
Miłość zdarzyła się jej latem zeszłego roku poznany w Poznaniu Igor, student lokalnej uczelni. Do tej pory była w jego mieszkaniu tylko raz. Igor początkowo dziecka się nie wypierał, ba, zapowiadał, iż matka mu pomoże.
Ale po Nowym Roku nagle zniknął telefon wyłączony. Ula znała numer i tyle. Poszła na uczelnię, tam ją zbyli rzekomo przeniósł się do Gdańska. Nikt nie podał jej kontaktu.
W rodzinnej wsi ojciec i macocha. Tata ją wyrzucił z domu, wsparcia nie było. Pomagała czasem ciotka, siostra mamy, ale sama nie miała dużo środków.
Ula uczyła się dobrze, bardzo chciała zaliczyć sesję, żeby dostać się na ostatni rok.
Ale wszystko się posypało koleżanka poprosiła o wyprowadzkę, pieniądze się skończyły, a w sieci znalazła zdjęcia Igora z nową dziewczyną.
Wtedy przypomniała sobie, iż Igor mówił, iż matka mu pomoże. W paraliżu emocji wzięła dziecko i pobiegła na „pewne” mieszkanie.
Wrzuciła dziecko Grażynie i uciekała płacząc, nie widząc nikogo. Cały wieczór zakuwając do egzaminu. Noc przepłakała.
Rano napisała do Igora, iż dziecko odbierze po sesji. Dopiero wtedy okazało się, iż Igor nie wie o żadnym dziecku, nigdy nie mówił mamie.
Oszalała ze strachu zorientowała się, iż zostawiła dziecko nie tam gdzie trzeba. Igor mieszkał w bliźniaczym bloku, w mieszkaniu 21.
A matkę jego widziałam na zdjęciach. Wyglądała jak pani te same włosy, fryzura… Co ja najlepszego zrobiłam! złapała się za głowę.
Wiesz, głupotą jest stworzyć dzieło i wyrzec się autorstwa mówiła Grażyna. Przez całą noc myślałam. Co za kobieta mogłaby się wyrzec takiego cudu? Dobrze, iż wróciłaś. To co teraz, do Igora i jego mamy?
Nie… już nie. Po tej dobie myślałam, iż zwariuję. Noc nieprzespana, dziecka szukałam rękami, ból w piersiach. Wrócę do internatu, a potem zobaczę… Przepraszam, napędziłam pani strachu, prawda?
I to jak! Myślałam, iż to dziecko mojego syna. Musimy jeszcze przeprosić Igora od sąsiadów! Aleśmy namieszały!
Opowiedziała Uli o wizycie u sąsiada w wesołych barwach. choćby Ula się uśmiechnęła.
Ale się chłopakowi dostało niewinnie. Trzeba przeprosić. Ja pójdę i powiem, iż pomyliłam mieszkania.
Po co? Oczy podpuchnięte. Zostań dziś u mnie, mieszkam sama. Syn mówi, żebym wynajęła pokój oto wystarczy. Przeprowadź się.
Do pani? Przecież ja nie mam na czynsz…
Zostaniesz chociaż na ten miesiąc. Kiedy masz egzamin?
Pojutrze, ale…
To świetnie, jutro się uczysz. Dziś skocz po rzeczy. W lodówce coś znajdziesz… Emilka dużo śpi, mieszanka jest, a i możesz karmić piersią.
Już pod koniec tej rozmowy Ula usnęła w fotelu, obok na łóżku spała Emilka.
Wiki, no cześć… nie, nie Michała. Dzwonił. I nie sąsiada Igora… Posłuchaj! U mnie są. Najlepiej, iż nie zadzwoniłam na policję!
***
Mleko Uli nie zanikło, sesję zdała na „czwórkach” i „piątkach”. Do mamy Grażyny teraz częściej chodziła Ula piąte piętro było jak spacerek.
I co ciekawe, mamę Grażyny przekonywały rady Uli.
Młoda, świeżo po szkole, wie co mówi!
Po egzaminach Ula znalazła pracę (pomogły stare kontakty Grażyny), zaczęła dyżury w pogotowiu. Zasięgała często rad u Grażyny medycyna ją naprawdę pochłaniała.
Sąsiad Igor również docenił obecność dziewczyny jego babcia potrzebowała zastrzyków, a Ula zgodziła się pomóc.
W końcu, na jesień, razem z Emilką wprowadziła się dwa piętra wyżej, by doglądać babcię Igora i powoli, ostrożnie począć pisać swój nowy życiorys, starannie od nowa.











