To dziecko Pawła

polregion.pl 54 minut temu

– To dziecko Pawła…

Ta historia wydarzyła się niedawno w Poznaniu, w zadbanym mieszkaniu na czwartym piętrze dziewięciopiętrowego bloku. Mieszkała tu samotna pani Danuta, emerytka wciąż czynna zawodowo.

Jej życie nie zapowiadało żadnych rewolucji. Wszystko było poukładane: emerytura, praca, przyjaciółki, wnuki, chora mama mieszkająca osobno.

Ten dzień też zdawał się zwyczajny.

Rano zadzwoniłam do mamy, zapytać, jak się czuje.

Miałam wolny dzień. Pracowałam na emeryturze jako recepcjonistka w prywatnej przychodni, dyżury co cztery dni, po dwadzieścia cztery godziny.

A dziś czekało mnie to samo: ugotować coś mamie i zanieść jej obiad. Rytuał dawno znużony, budzący westchnienie.

Tylko dwa podwórka dalej. Gotowanie też żadna trudność, bo u mamy został jeszcze wczorajszy barszcz. Tylko to piąte piętro bez windy…

Mama lubiła się użalać. Słuchałam o bólach, które lekarze dawno zdiagnozowali, a mama interpretowała po swojemu, dorzucając rady sąsiadek.

Moje sugestie odrzucała zawsze. – Co ty wiesz? Ty tylko umiałaś skalpel podać! – mówiła, choć niemal czterdzieści lat przepracowałam na sali operacyjnej.

No trudno. Dzień jak co dzień.

Przed wyjściem musiałam jeszcze wpaść do sklepu. Postawiłam worek ze śmieciami w przedpokoju, poprawiłam się przed lustrem.

Jak na sześćdziesiątkę prezentowałam się nieźle – delikatne zmarszczki, krótkie siwe włosy, duże kolczyki.

„Kupię mamie chleb razowy i masło” – pomyślałam, malując usta.

Wtedy ktoś zadzwonił do drzwi.

Mieliśmy domofon. Kto mógł przyjść? Może pani Grażyna z sąsiedztwa.

Podeszłam do drzwi z szminką w ręce.

Stała tam szczupła, jasnowłosa dziewczyna, włosy w kitce, pasiasta bluzka, dżinsy, plecak. Na rękach trzymała zawiniątko w brązowym kocyku.

Twarz miała napiętą, oczy zwężone. Wzięła głęboki oddech i podała mi dziecko.

– To dla pani!

Wzięłam niemowlę odruchowo, wciąż ze szminką w dłoni. Poczułam ciężar, spojrzałam w dół. Na Boga, to naprawdę dziecko!

Gdy podniosłam wzrok, dziewczyna już schodziła schodami.

– To dziecko Pawła, ja muszę się dalej uczyć… – rzuciła przez ramię.

Drzwi na dole trzasnęły.

I tyle.

Stałam oszołomiona. Czemu zostawiła dziecko akurat mnie?

Weszłam do mieszkania, spojrzałam na worek ze śmieciami. „Nie zapomnij wynieść” – przemknęło mi przez głowę, zupełnie nie na miejscu.

Obok stała torba, którą zostawiła dziewczyna. choćby nie zauważyłam, kiedy ją postawiła.

Dopiero teraz dotarło do mnie: to żywe dziecko.

Co ona powiedziała? Że to dziecko Pawła?

Naprawdę Pawła?

Mam przecież tylko jednego syna – Michała. Porządny człowiek, dwoje dzieci, mieszka z żoną w Warszawie.

Mój mąż Piotr zmarł pięć lat temu.

Nie rozumiałam niczego. Wtedy maleństwo poruszyło się w ramionach.

Delikatnie położyłam dziecko na kanapie, odwinęłam kocyk. Śliczna, drobniutka dziewczynka w beżowym pajacyku, ze smoczkiem w kształcie żabki. Może miesiąc, może mniej.

– No już, maluszku… – pogłaskałam ją, a ona zaczęła ssać usteczkami i zasnęła.

W torbie znalazłam dwie butelki, mleko w proszku, pieluszki, ubranka.

Ciągle wydawało mi się, iż zaraz zadzwoni dzwonek, dziewczyna wróci, przeprosi, a ja wrócę do swojego zwyczajnego dnia.

Dokończyłam makijaż, wyglądałam przez okno.

Gdzie ją poniosło? Co za szaleństwo!

Dziecko się obudziło, zaczęło niecierpliwie gmerać. Stałam nad nim niezdarnie, bo obce niemowlę budziło we mnie dziwny lęk.

W końcu musiałam zmienić pajacyk. Pod spodem body, kaftanik.

Dziewczynka.

Dopiero teraz w pełni to zrozumiałam: zostawiono mi dziecko.

Paweł… Paweł…

A jeżeli to przez Michała?

W młodości miał rozrywkowe życie, ile to z nim rozmawiałam, ile razy przyprowadzał koleżanki. Potem się ustatkował, żona, rodzina. Niedawno gratulowałam mu nowego auta.

– Już, już, kochanie. Zaraz zmienimy pieluszkę.

Matko, czy matka ją naprawdę porzuciła?

Nie mieściło mi się to w głowie, ale ręce pamiętały – sprawnie zmieniłam pampersa, wzięłam płaczące dziecko na ręce, poszłam zrobić mieszankę.

Zadzwonił telefon. Trudno odebrać, trzymając niemowlę jedną ręką.

– Czemu nie odbierasz? – to mama.

– Po prostu, mamo. Czego chcesz?

– Ty już w sklepie?

– Jeszcze nie.

– Kup gruszki, ale nie te twarde z zeszłego tygodnia, tylko miękkie, jak ostatnio.

– Dobrze, mamo.

– Pamiętasz, które to były?

– Przypomnę sobie.

– Takie z ciemnoczerwonym bokiem. Miękkie. One są pyszne.

Dziewczynka kręciła się, piszczała.

– Dobrze, mamo, już idę.

– Co tam masz?

– Telewizor.

– Aha. Wyłącz to i idź. Chleba nie kupisz!

Odłożyłam telefon, ukołysałam dziewuszkę, przeczytałam instrukcję na puszce mleka.

No i co teraz zrobić?

Michał!

Liczyłam miesiące. W sierpniu był w delegacji w Krynicy. Czy przedstawiał się wtedy jako Paweł?

Może to tylko zwykłe zauroczenie. Każdemu się zdarza. A mnie teraz wydaje się, iż jest idealny.

Kropnęłam mleko na nadgarstek – za gorące. Pod zimną wodę.

Ręka już mnie bolała, dawno odzwyczaiłam się od niemowląt.

Co robić? Zadzwonić pod 112? A jeżeli to dziecko Michała?

Przyjrzałam się dziewczynce uważnie. Może podobna do Hani, mojej wnuczki.

A jeżeli tak? A jeżeli żona Michała nie wybaczy, a dzieci…?

Nawet nie chciałam o tym myśleć.

– Trzymaj, kotku. No, dzielna dziewczynka.

Piła mleko z zadowoleniem. Patrzyłam na nią rozczulona. Stęskniłam się za takim maluszkiem.

Gdy zasnęła, ostrożnie położyłam ją na kanapie, poszłam do kuchni i zadzwoniłam do syna. Niedostępny.

No pięknie.

Postanowiłam poczekać. Nie chciałam go pogrążać. Może dziewczyna wróci? Nie wyglądała na margines, raczej na studentkę.

O mamie choćby nie myślałam wspominać. Nie chciałam słuchać lamentów i złych rad.

Zadzwoniłam do wnuka Piotrka. Powiedział, iż tata pojechał na montaż, gdzie nie ma zasięgu. Wróci pojutrze.

– Przynajmniej moglibyście mnie informować, jak wyjeżdżacie – mruknęłam.

Wiedziałam, iż syn ciągle podróżuje. Dziś jednak brak kontaktu denerwował mnie wyjątkowo.

Zadzwoniłam do synowej Ewy, prosić, by przekazała, iż czekam na telefon od Michała.

– Coś się stało? – spytała.

– Nie, tylko proszę, niech zadzwoni. Dziękuję.

Obiecała.

Mamie powiedziałam, iż zwichnęłam nogę i dziś nie przyjdę. Barszcz ma, chleba wystarczy.

Mama jęczała, pytała, obiecywała przyjść do mnie, choć piąte piętro jej nie odpowiadało. Dzwoniła z pięć razy.

Po jej telefonie zsunęłam białe spodnie, przebrałam się w domową bluzę, usiadłam przy małej i rozmyślałam.

Pewnie jestem nierozsądna, iż ją przyjęłam. Dzieci bywają zostawiane na korytarzach. Co mnie powstrzymuje przed wezwaniem policji?

Po pierwsze, lęk o syna, choćby jeżeli to nie jest jego dziecko. Po drugie, nie lubię zamieszania. Po trzecie, ta dziewczyna miała w oczach jakieś szaleństwo rozpaczy, ale i determinację.

Musiałam się poradzić kogoś. Takie rzeczy robi się z przyjaciółką.

– Jadziu, uważaj: zostawiono mi dziecko…

Jadzia nie była zszokowana. Ruszyła głową jak Sherlock Holmes i obiecała wpaść po pracy.

– Spokojnie, Danusiu, zaraz rozkminimy. Najważniejsze, by nie palnąć głupot.

– Nie dzwonić na policję?

– Poczekaj. Najpierw znajdziemy Pawła.

– Gdzie? W bloku jest ze pięćdziesiąt mieszkań. Może dziewczyna pomyliła drzwi?

– Taki scenariusz też możliwy. A może to Michał narozrabiał…

Resztę dnia poświęciłam dziewczynce. Zajrzałam do internetu po poradę, masowałam brzuszek, przewijałam, kąpałam, smarowałam kremem, nuciłam kołysanki.

– Jak tam noga? Jutro przyjdziesz? – dzwoniła mama.

Odpowiadałam, iż pewnie już będzie lepiej.

Jadzia przyszła wieczorem, obejrzała rzeczy dziecka i ruszyła po sąsiadach. Nic nie mówiła o niemowlęciu, tylko pytała o listę do Pawła.

– Jest! – rzuciła głośno, wchodząc.

– Ciszej, właśnie zasnęła…

– Ach, takie maluchy wszystko prześpią. Ale znalazłam! – szepnęła podekscytowana.

Na szóstym piętrze, w sąsiedniej klatce, mieszkał Paweł, potencjalny ojciec.

– Jestem pewna, iż dziewczyna pomyliła piętro. Dawaj, idziemy!

– Gdzie?

– No gdzie? Do Pawła!

– A jeżeli się wyprze?

– Wtedy przyciśniemy go!

– To trochę głupie, jak powiemy, a on powie, iż zwariowałyśmy…

– Musimy znać prawdę, inaczej się nie uspokoisz.

Ukołysałyśmy dziewczynkę, poszłyśmy schodami dwa piętra wyżej, zadzwoniłyśmy.

– Kto? – zawołał starszy głos przez drzwi.

– Pawła szukamy – powiedziała Jadzia.

Otworzyła nam drobna, zgarbiona staruszka. Cofnęła się do wnętrza mieszkania.

– Pawełek! Znowu do ciebie…

Z pokoju wyszedł chłopak, zaspany, niewysoki, z brodą.

– Dzień dobry, w sprawie tabletu?

– Tabletu? Nie. Mamy inne pytanie.

Odpowiedziała Jadzia.

– Słucham?

– U Danuty zostało jakieś dziecko Pawła. Może pomylono adresy…

Chłopak zbaraniał.

– Dziecko? Nie moje…

– Kto poza panem odpowiada tu na Pawła? – dopytywała Jadzia.

– Nikogo, ale naprawdę nie mam dzieci.

– To się jeszcze okaże, może przyjdzie nam udowadniać…

– Jadzia, spokojnie – próbowałam tonować. – Mieszkam na czwartym, rano przyszła do mnie obca dziewczyna, zostawiła dziewczynkę, powiedziała, iż to dziecko Pawła, i uciekła.

– I co ja mam z tym wspólnego? – zapytał chłopak.

– Pan nie chce uznać dziecka? – irytowała się Jadzia.

– Jakiego dziecka? Może pokażą panie, o co chodzi?

– Była jakaś relacja z dziewczyną w sierpniu? – dopytywałam.

– Nie, choćby internetowa. Nie wiem, o co chodzi. A jak dziewczyna miała na imię?

– Nie wiem. Nie zdążyła się przedstawić – odpowiedziałam.

Po chwili dodał:

– Może mogę pomóc? Jestem informatykiem i blogerem. Dodam post w sieci, zdjęcie dziecka, może ktoś się zgłosi?

– Nie, dziękujemy – odmówiłam, wciąż podświadomie podejrzewając syna. Zresztą to sprawa dla służb, nie dla internetu.

– Jak pani woli. Ale jakby co, siedzę głównie w domu – rzucił na koniec.

– Młodzi dzisiaj… – szeptała Jadzia. – Myślisz, iż nie kłamie?

– Genialny domator z obsesją na punkcie komputerów. Nie wygląda na uwodziciela.

Na telefon od syna nie doczekałam się. Zadzwoniłam do Ewy – synowa jak zwykle w biegu między basenem Hani a treningiem Krzysia.

„Wiesz co, zadzwonię do policji jutro” – pomyślałam.

Ale gdy tylko się położyłam, zobaczyłam w głowie ten wzrok dziewczyny – rozpacz i próbę ratowania dziecka. Co ją czeka, jeżeli zgłoszę sprawę?

Noc była ciężka. Co chwilę się budziłam, mała też, trzeba było ją karmić, przewijać. Nad ranem oboje w końcu zasnęłyśmy.

Obudził mnie telefon mamy.

– Jak noga? Przyjdziesz?

Spojrzałam przez okno, potem na śpiące dziecko.

Prawda czekała gdzieś blisko, może piętro wyżej.

Idź do oryginalnego materiału