NIE TYLKO DLA AKADEMIKÓW
Marcus o przemocy, której nie chcemy widzieć, dopóki nie zobaczymy jej w wiadomościach
„To nie był film”.
To zdanie wraca do mnie od kilku dni. Jak refren, którego nie można wyrzucić z głowy.
W przytoczonym tekście piosenki grupy Myslowitz jest coś przerażającego. Dwóch młodych ludzi rozmawia o zabijaniu niemal tak, jak inni rozmawiają o wyjściu do kina. Śmierć staje się pomysłem. Przemoc fascynacją. Drugi człowiek przypadkowym uczestnikiem czyjegoś chorego scenariusza.
A potem przychodzi rzeczywistość.
I okazuje się, iż to nie był film.
Przez lata słuchaliśmy podobnych historii z niedowierzaniem. Amerykańskie szkoły. Strzelaniny. Nastolatkowie zafascynowani przemocą. Rodzice, którzy nie zauważyli. Nauczyciele, którzy nie wiedzieli. Koledzy, którzy podobno coś podejrzewali.
Patrzyliśmy na to z bezpiecznej odległości.
Za oceanem.
U nas przecież takie rzeczy się nie zdarzają.
Naprawdę?
W ostatnich dniach informacje o przemocy w polskich szkołach zaczęły układać się w obraz, którego nie wolno nam zlekceważyć. Doniesienia o nastolatkach z nożami, groźbach i atakach budzą strach. Nie każde z tych zdarzeń ma ten sam charakter, nie każde kończy się tragedią i nie znamy jeszcze wszystkich motywów.
Ale jedno pytanie staje się coraz bardziej natarczywe.
Co się dzieje z naszymi dziećmi?
I zaraz za nim drugie, znacznie mniej wygodne:
Co się dzieje z nami, dorosłymi?
Nie szukajmy jednego winnego. To byłoby zbyt łatwe.
Już słyszę odpowiedzi.
Internet.
Gry komputerowe.
Brutalne filmy.
Media społecznościowe.
Brak dyscypliny.
Bezstresowe wychowanie.
Szkoła.
Rodzice.
Każdy ma swojego podejrzanego. Każdy ma gotowy wyrok.
Najlepiej taki, który nie wymaga od niego żadnej zmiany.
Bo jeżeli winny jest internet, wystarczy zabrać telefon.
Jeśli winna jest szkoła, trzeba zwolnić dyrektora.
Jeśli winni są rodzice, można ich publicznie napiętnować.
Jeśli winne są gry, wystarczy ich zakazać.
Problem rozwiązany.
Można wrócić do oglądania wiadomości.
Tylko iż za tydzień może pojawić się kolejna dramatyczna informacja.
A my znowu będziemy udawać zaskoczonych.
Nie twierdzę, iż brutalne treści nie mają znaczenia. Mogą mieć, szczególnie w połączeniu z innymi czynnikami ryzyka. Ale miliony młodych ludzi oglądają filmy i grają w gry, nie krzywdząc nikogo.
Dlatego nie wystarczy wskazać ekran.
Trzeba jeszcze zobaczyć człowieka, który przed nim siedzi.
Dziecko nie staje się niebezpieczne w pięć minut
Nie znam motywów nastolatków, o których słyszymy w ostatnich dniach. Nie zamierzam stawiać diagnoz na podstawie nagłówków.
Ale wiem jedno.
Zanim dojdzie do tragedii, często istnieje historia, której nie znamy.
Czasem jest w niej samotność.
Czasem upokorzenie.
Czasem przemoc.
Czasem narastająca wrogość.
Czasem fascynacja zadawaniem cierpienia.
A czasem czynniki, których otoczenie nie potrafiło dostrzec.
Nie każdy sprawca wcześniej ostrzega. Nie każda tragedia jest możliwa do przewidzenia. Nie wolno też automatycznie uznawać, iż każde agresywne dziecko w przyszłości kogoś skrzywdzi.
Ale równie niebezpieczne jest lekceważenie sygnałów.
„On tylko żartował”.
„Ona chce zwrócić na siebie uwagę”.
„To taki wiek”.
„Przejdzie mu”.
„Nie przesadzajmy”.
A może właśnie wtedy trzeba się zainteresować?
Bo zwracanie na siebie uwagi nie zawsze jest fanaberią. Czasem jest wołaniem o pomoc.
I nie chodzi o to, żeby usprawiedliwiać przemoc.
Chodzi o to, żeby próbować jej zapobiegać, zanim będzie za późno.
Najpierw wychowujemy dzieci do sukcesu. Potem dziwimy się, iż nie radzą sobie z porażką.
Od najmłodszych lat uczymy je rywalizacji.
Masz mieć dobre oceny.
Masz wygrać.
Masz być najlepszy.
Masz dostać się do dobrej szkoły.
Masz osiągnąć sukces.
Masz nie przynosić wstydu.
A kiedy uczymy je przegrywać?
Kiedy uczymy radzić sobie z odrzuceniem?
Kiedy pokazujemy, iż złość nie daje prawa do krzywdzenia?
Kiedy tłumaczymy, iż człowiek, który nas nie lubi, przez cały czas zasługuje na szacunek?
Że dziewczyna ma prawo odmówić?
Że kolega ma prawo być inny?
Że przegrany mecz nie jest końcem świata?
Że upokorzenie drugiego człowieka nie jest dowodem siły?
Przez wiele lat pracowałem ze sportowcami. Wiem, jak wielkie emocje potrafi wywołać porażka.
Ale właśnie dlatego sport powinien uczyć czegoś więcej niż zwyciężania.
Powinien uczyć, jak nie przestać być człowiekiem, kiedy przegrywasz.
A dzisiaj?
Czasem mam wrażenie, iż wychowujemy dzieci do wygrywania, ale nie przygotowujemy ich do życia.
W domu wszyscy są. Tylko czasem nikogo nie ma.
Wyobraźmy sobie zwyczajny wieczór.
Rodzice wracają z pracy.
Zmęczeni.
Jedno dziecko siedzi przy komputerze.
Drugie w telefonie.
Telewizor gra.
Ktoś przygotowuje kolację.
Ktoś sprawdza wiadomości.
Wszyscy są w domu.
Tylko czy naprawdę są razem?
Nie chcę idealizować dawnych czasów. Wtedy również były zaniedbania, przemoc i samotność. Nie każdy rodzinny stół był miejscem bezpiecznej rozmowy.
Ale dzisiaj mamy paradoks.
Nigdy nie mieliśmy tylu możliwości kontaktu.
I być może nigdy nie musieliśmy tak świadomie walczyć o zwyczajną obecność.
O rozmowę bez telefonu.
O pytanie, na które naprawdę chcemy usłyszeć odpowiedź.
Nie „jak w szkole?”.
Bo na to najczęściej usłyszymy:
„Dobrze”.
Zapytajmy inaczej.
Czy jest ktoś, kto cię ostatnio skrzywdził?
Czy boisz się czegoś?
Czy masz z kim porozmawiać?
Czy jest ci dobrze?
A potem zróbmy coś najtrudniejszego.
Posłuchajmy. Bez natychmiastowego oceniania.
Szkoła nie może być przechowalnią dzieci
Teraz będzie politycznie.
Bo politycy uwielbiają mówić o edukacji.
Jedni chcą reformować programy.
Drudzy podstawy programowe.
Trzeci lektury.
Inni liczbę godzin.
Piąci wychowanie patriotyczne.
Szóści edukację zdrowotną.
I wszyscy wiedzą najlepiej, czego potrzebują polskie dzieci.
A ja chciałbym zapytać o coś znacznie prostszego.
Czy polskie dziecko ma w szkole dorosłego, do którego może pójść i powiedzieć: „Nie radzę sobie”?
Nie w teorii.
Nie w sprawozdaniu.
Nie w prezentacji ministerstwa.
Naprawdę.
Czy szkolny psycholog ma czas, żeby poznać ucznia?
Czy wychowawca może zauważyć zmianę zachowania, zanim sytuacja stanie się dramatyczna?
Czy nauczyciel ma przestrzeń na rozmowę, czy przede wszystkim musi zdążyć z materiałem?
Czy dyrektor, który zgłasza problem, otrzymuje realną pomoc, czy kolejne dokumenty do wypełnienia?
I wreszcie:
Czy bezpieczeństwo dzieci jest dla państwa priorytetem, czy tylko hasłem na konferencji prasowej po tragedii?
Nie interesuje mnie, z jakiej partii pochodzi minister.
Interesuje mnie, czy system działa.
A jeżeli nie działa, kto bierze za to odpowiedzialność.
Wszystko zgadza się w papierach
To zdanie zaczyna mnie prześladować.
Procedury są.
Regulaminy są.
Programy profilaktyczne są.
Protokoły są.
Szkolenia odbyte.
Listy obecności podpisane.
Sprawozdania wysłane.
Wszystko się zgadza.
Tylko potem wydarza się tragedia.
I nagle okazuje się, iż dokument nie potrafi przytulić dziecka.
Procedura nie zastąpi rozmowy.
Pieczątka nie zauważy SAMOTNOŚCI.
A prezentacja o przeciwdziałaniu przemocy nie wystarczy, o ile po jej zakończeniu wszyscy wracają do swoich obowiązków, a uczeń zostaje sam ze swoim problemem.
Nie twierdzę, iż procedury są niepotrzebne. Są konieczne, zwłaszcza gdy trzeba gwałtownie reagować na zagrożenie.
Ale bezpieczeństwa nie da się zbudować wyłącznie z dokumentów.
A gdzie byli dorośli?
To pytanie pojawia się zawsze po tragedii.
Gdzie byli rodzice?
Gdzie byli nauczyciele?
Gdzie byli koledzy?
Czasami to pytanie jest zasadne.
Czasami jest niesprawiedliwe.
Bo rodzic może kochać dziecko i nie wiedzieć wszystkiego.
Nauczyciel może być zaangażowany i nie dostrzec zagrożenia.
Przyjaciel może usłyszeć niepokojące słowa i nie rozumieć ich znaczenia.
Nie wolno z góry obciążać wszystkich wokół winą za czyn sprawcy.
Ale powinniśmy uczciwie zapytać, czy stworzyliśmy młodym ludziom warunki, w których mogą bezpiecznie powiedzieć o zagrożeniu.
Czy nastolatek, który usłyszy od kolegi zapowiedź przemocy, wie, do kogo się zwrócić?
Czy wierzy, iż ktoś potraktuje go poważnie?
Czy nie boi się, iż zostanie nazwany donosicielem?
I czy dorosły, który otrzyma taką informację, wie, co zrobić?
Nie potrzebujemy kultury donoszenia. Potrzebujemy kultury odpowiedzialności.
Bo zgłoszenie realnego zagrożenia nie jest zdradą kolegi.
Może uratować życie.
Także jego.
Najbardziej przeraża mnie kamera
Wśród doniesień dotyczących jednego z ostatnich ataków pojawiła się informacja, iż nastolatek miał na głowie kask. Pojawiły się też pytania o możliwość rejestrowania zdarzenia. Nie ma jednak podstaw, by bez potwierdzenia przypisywać mu zamiar filmowania przemocy.
Sam ten wątek skłania mnie do niepokojącej refleksji.
Żyjemy w świecie, w którym niemal wszystko staje się treścią.
Ktoś przewraca się na ulicy.
Nagrywamy.
Ktoś się bije.
Nagrywamy.
Ktoś płacze.
Nagrywamy.
Ktoś zostaje publicznie upokorzony.
Udostępniamy.
Oczywiście nie wszyscy tak postępują. Nagranie może być również dowodem przestępstwa i pomóc poszkodowanemu.
Ale gdzieś po drodze zaczęliśmy oswajać się z myślą, iż cudze cierpienie można oglądać jak widowisko.
A przecież człowiek w niebezpieczeństwie nie jest materiałem na rolkę.
Jest człowiekiem.
I być może właśnie tego powinniśmy uczyć równie stanowczo jak matematyki.
Nie róbmy ze sprawców bohaterów
Mam też apel do własnego środowiska.
Do dziennikarzy.
Do redakcji.
Do ludzi, którzy prowadzą portale i profile społecznościowe.
Sam wiem, jak działa internet.
Wiem, iż mocny tytuł przyciąga uwagę.
Wiem, iż dramatyczna historia generuje ogromne zainteresowanie.
Ale istnieje granica.
Nie potrzebujemy tworzyć legendy wokół młodego napastnika.
Nie potrzebujemy rozpisywać jego czynów jak scenariusza sensacyjnego filmu.
Nie potrzebujemy powtarzać niesprawdzonych opowieści o motywach, fascynacjach czy rzekomych planach.
Nie potrzebujemy publikować materiałów, które mogłyby stać się inspiracją dla kolejnego człowieka szukającego rozgłosu.
Niech centrum naszej uwagi będą ofiary, ich bliscy i pytanie, jak zapobiec następnej tragedii.
Nie sprawca jako internetowy antybohater.
To również nasza odpowiedzialność.
Nie wystarczy postawić policjanta przy drzwiach
Po każdym dramatycznym zdarzeniu pojawiają się propozycje zaostrzenia kontroli.
Więcej monitoringu.
Więcej zabezpieczeń.
Więcej patroli.
Być może część tych działań jest potrzebna. Szkoły muszą mieć skuteczne procedury reagowania na zagrożenie.
Ale nie łudźmy się, iż sama kamera na korytarzu rozwiąże problem przemocy.
Kamera może zarejestrować zdarzenie.
Nie nauczy empatii.
Bramka może utrudnić wniesienie niebezpiecznego przedmiotu.
Nie nauczy radzenia sobie z gniewem.
Policjant może interweniować.
Nie zastąpi codziennej relacji z dzieckiem.
Potrzebujemy jednego i drugiego.
Bezpieczeństwa fizycznego i bezpieczeństwa emocjonalnego.
Reagowania na zagrożenia i zapobiegania im.
Bo najlepsza interwencja to taka, której dzięki wcześniejszej pomocy nigdy nie trzeba było podejmować.
A teraz pytanie do nas wszystkich
Kiedy ostatnio naprawdę rozmawialiśmy z własnym dzieckiem?
Kiedy ostatnio zainteresowaliśmy się samotnym uczniem w klasie?
Kiedy ostatnio zareagowaliśmy na publiczne upokarzanie drugiego człowieka?
Kiedy ostatnio powiedzieliśmy młodemu człowiekowi, iż proszenie o pomoc nie jest oznaką słabości?
I kiedy ostatnio sami pokazaliśmy mu, jak rozwiązuje się konflikt bez agresji?
Bo dzieci nie uczą się wyłącznie z podręczników.
Patrzą na nas.
Na nasze kłótnie.
Na sposób, w jaki mówimy o innych.
Na pogardę w komentarzach.
Na polityków, którzy potrafią publicznie poniżać przeciwników.
Na dorosłych, którzy mylą brutalność z siłą, a krzyk z argumentem.
Potem dziwimy się, iż młodzi ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać.
A od kogo mieli się tego nauczyć?
Nie oznacza to, iż agresywna debata publiczna automatycznie prowadzi do ataków w szkołach. Tak proste wyjaśnienie byłoby nieuczciwe.
Ale trudno wymagać od dzieci kultury szacunku, o ile sami pokazujemy im, iż pogarda jest skutecznym sposobem zdobywania uwagi.
To nie był film
Wracam do tych czterech słów.
Bo film się kończy.
Gasną światła.
Pojawiają się napisy.
Aktorzy wracają do domów.
W prawdziwym życiu nie ma napisów końcowych, po których wszyscy wstają cali i zdrowi.
Zostaje puste miejsce przy stole.
Zostaje rodzina.
Zostają przyjaciele.
Zostaje szkoła, do której ktoś już nigdy nie wróci.
Zostają ludzie, którzy będą przez lata zadawać sobie pytanie, czy można było zrobić coś inaczej.
I zostaje społeczeństwo, które musi zdecydować, co zrobi z tą tragedią.
Możemy przez kilka dni się oburzać.
Możemy napisać tysiące komentarzy.
Możemy wskazać winnych, zanim zakończy się śledztwo.
Możemy pokłócić się o politykę.
A potem zapomnieć.
Do następnego razu.
Albo możemy wreszcie potraktować bezpieczeństwo dzieci jako wspólną odpowiedzialność, a nie kolejny temat do internetowej wojny.
Nie oczekuję świata bez przemocy. Wiem, iż taki świat nie istnieje.
Oczekuję jednak, iż zrobimy wszystko, co rozsądnie możliwe, żeby młody człowiek w kryzysie nie pozostawał niewidzialny, groźby nie były lekceważone, a szkoła potrafiła gwałtownie uzyskać pomoc.
I iż po tragedii nie poprzestaniemy na konferencji prasowej.
Bo dzisiaj najbardziej boję się nie tego, iż ktoś nakręci kolejny brutalny film.
Boję się, iż przyzwyczaimy się do prawdziwej przemocy tak bardzo, iż przestanie nami wstrząsać.
Że kolejny atak stanie się tylko kolejnym nagłówkiem.
Kolejną liczbą.
Kolejnym filmikiem.
Kolejnym tematem na dwa dni.
A potem przewiniemy ekran.
I pójdziemy dalej.
Nie wolno nam.
Bo to nie był film.
To była czyjaś matka. Czyjeś dziecko. Czyjeś życie.
I żadnego z tych istnień nie da się przywrócić, naciskając przycisk „odtwórz ponownie”.
Marcus
„Nie tylko dla akademików”






![Zacięta winda ich nie zatrzymała! Młodzież z ZSZ nr 1 w Ostrołęce znów oddała krew [ZDJĘCIA]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/rckk.png)


![Dwujęzyczna szkoła podstawowa Smart School w Zamościu świętuje 15-lecie [PROGRAM GALI]](https://static2.kronikatygodnia.pl/data/articles/xga-4x3-smart-school-ma-juz-15-lat-1791798964.png)