To nie jest twoja córka, czy całkiem postradałeś rozum?
Poznałam mojego przyszłego męża pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy jeszcze studiowaliśmy na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Po niespełna roku narzeczeństwa zdecydowaliśmy się wziąć ślub. Nie spodziewałam się wtedy, iż matka mojego męża okaże tyle podejrzliwości wobec mnie i naszej córeczki, która przyszła na świat tuż po uroczystości weselnej. Problem polegał na tym, iż nasza Małgosia była pucołowatą blondyneczką z oczami jak chabrowe fiołki, podczas gdy mój mąż, podobnie jak jego brat Adrian, miał ciemne włosy, oliwkową cerę i piwne oczy wyglądali zupełnie jakby pochodzili z dalekiego południa.
Leżałam jeszcze wtedy w szpitalu przy ul. Kopernika, kiedy zadzwoniła moja teściowa, pani Zofia, składając zimne gratulacje. Zapowiedziała też wizytę. Przełknęłam ślinę i przygotowałam się na spotkanie. Weszła do sali z ponurą miną, spojrzała na Małgosię, a potem wytonowanym głosem zwróciła się do mnie:
To co, podmienili dziecko na porodówce?
Pozostałe matki zamilkły, a pielęgniarka zerknęła w naszą stronę z niedowierzaniem. Zaczerwieniłam się i ledwo wydusiłam z siebie, iż przecież nie mogło być mowy o żadnej zamianie cały czas byłam przy dziecku.
Kolejną uwagę pani Zofia zachowała dla siebie, ale wieczorem, gdy z mężem byliśmy już w domu, wybuchła:
Marek, to nie jest twoja córka, oczy ci zamgliło czy co? Popatrz na nią dobrze, ani śladu po tobie, a i po matce raczej niewiele! Zastanów się, skąd się wzięła taka uroda?! To bankowo nie twoje dziecko!
Marek aż zdrętwiał z zaskoczenia, a teściowa rzucała kolejne oskarżenia. Tak długo wierciła mu dziurę w brzuchu, aż wygonił ją za drzwi. Była to dla mnie wielka rana przez całe miesiące czekałam na ten dzień, ciąża dała mi się we znaki, a jedyną nagrodą była zdrowa, śliczna córeczka. Pamiętam, jak sanitariuszka położyła ją obok mnie i powiedziała z uśmiechem:
O, jaka głośna, talent po ojcu pewnie! Artystka, iż hej!
Mimowolnie się uśmiechnęłam, obmyślając w głowie rodzinne święta, radosne chwile w nowym domu na Bronowicach. Ale euforia tych chwil przysłoniła cień nieufności.
Po tamtym incydencie atmosfera w domu była napięta, choć Marek robił, co mógł, by mnie pocieszyć. Jednak teściowa stała się jak opętana dzwoniła co drugi dzień, domagała się testów na ojcostwo, a do Małgosi choćby nie podchodziła. Robiła wszystko, by zostać z Markiem sam na sam, a gdy jej się to udawało, wciąż powtarzała:
Badania, Marek, musisz to wyjaśnić, nie daj zrobić z siebie głupca!
Któregoś razu, mając już dosyć tych insynuacji, weszłam do kuchni podczas jej monologu:
Może zamówimy ramkę na wyciąg z laboratorium? Pani Zofio, śliczną, pozłacaną, może powiesi sobie pani nad łóżkiem, żeby nie zapomniała, iż to pan Marek jest ojcem!
Teściowa poczerwieniała, aż świece na blatach zadrżały. Marek próbował żartować, ale były to śmiechy przez łzy ironiczny ton mówił sam za siebie.
Ostatecznie zgodziłam się na test ojcostwa. Marek choćby nie chciał na niego spojrzeć ufał mi całym sercem. Teściowa, której przeczytałam wynik, wzruszyła ramionami i rzuciła:
Pewnie kolega z uczelni robił badanie! Inaczej się nie da!
Test okazał się bezużyteczny. Zamiast przynieść ulgę, dolał oliwy do ognia. Nasza wewnętrzna wojna trwała wszędzie na imieninach, przy wigilijnym stole, choćby podczas rodzinnych wyjazdów nad Mazury. Minęło pięć długich lat pełnych rodzinnych nieporozumień, aż w końcu ponownie zaszłam w ciążę tym razem mniej więcej w tym samym czasie co żona brata Marka, Magda.
Kiedy przyszła na świat ich córeczka, cała rodzina zebrała się pod szpitalem w Nowej Hucie. Poprosiłam, by pozwolono mi zerknąć na małą. Ku ogólnemu zdziwieniu podniosłam róg kocyka i zobaczyłam kopię Małgosi: te same jasne loki, chabrowe oczy. Wykrzyknęłam z przekąsem:
No, Magda, to chyba mój kochanek wędruje od mieszkania do mieszkania?
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, tylko teściowa zbladła i wyszła bez słowa. Od tego dnia coś się zmieniło. Przestała plotkować, więcej nie poruszała drażliwego tematu. Po jakimś czasie po raz pierwszy zobaczyłam, jak bawi się z Małgosią, ściska ją serdecznie i mówi per moja kochana jagódka.
Dziś Małgosia jest już dorosła, a teściowa wręcz ją uwielbia. Obdarowuje prezentami, rozpieszcza i okazuje tyle troski, iż aż trudno uwierzyć w dawne kłótnie. Ja patrzę na to wszystko z dystansem uraza we mnie została, choć z czasem chyba zamienia się w łagodną pobłażliwość. Może kiedyś zupełnie o tym zapomnę.





