To nie jest twoja córka, czy ty naprawdę jesteś ślepy? – Historia, jak moja teściowa nie potrafiła uwierzyć, iż blond córeczka z niebieskimi oczami należy do naszej rodziny, czyli o rodzinnych podejrzeniach, teście na ojcostwo i jak jedna uwaga na porodówce rozpoczęła pięcioletnią wojnę domową, zanim wszystko się zmieniło

newskey24.com 1 dzień temu

To nie jest twoja córka, powiedz mi, czy ty w ogóle widzisz, co masz przed oczami?

Odkąd zaczęłam spotykać się z moim przyszłym mężem Markiem, minęło zaledwie kilka miesięcy. Gdy poznałam jego matkę, panią Jadwigę, nie przypuszczałam nawet, jak bardzo jej stosunek do mnie oraz do naszej córeczki, która przyszła na świat niedługo po naszym ślubie, będzie pełen nieufności i podejrzeń. Sęk tkwił w tym, iż nasza mała Basia była jasnowłosą, błękitnooką dziewczynką, podczas gdy Marek i jego młodszy brat Wojtek mieli ciemne włosy i lekko oliwkową karnację, jak cyganie z południa Polski.

Tuż po porodzie, kiedy leżałam jeszcze w szpitalu na Kopernika w Krakowie, zadzwoniła do mnie teściowa, pogratulowała i zaraz zapowiedziała wizytę u wnuczki. Spotkałyśmy się na korytarzu, między białymi ścianami, gdzie zapach dezynfekcji mieszał się ze świeżo parzoną kawą z automatu. Nim zdążyłam się przywitać, spojrzała mi prosto w oczy i parsknęła:
No i co, podmienili dzieciaka?

Ludzie obok nas pobledli, spojrzeli ze zdziwieniem, a ja z trudem wymamrotałam:
Mamo, przecież Basia była cały czas ze mną, choćby na krok jej nie spuściłam z oka…

Wiele nie powiedziała, ale spojrzenie jej mówiło wszystko. Kiedy wróciliśmy do naszego mieszkania na osiedlu w Nowej Hucie, jeszcze tego samego wieczoru, kiedy z Markiem siedzieliśmy wpatrzeni w dziecko, znów zaczęła swoje:
Marek, czy ty jesteś ślepy?! Przecież to nie twoja córka!

Mój mąż spojrzał na nią, zbity z tropu, a ona kontynuowała zimnym tonem:
Ona choćby nie przypomina ciebie, nie widać w niej krzty twojej urody ani twojej żony, zastanów się, Marek. Ktoś inny musiał być jej ojcem

Stanął wtedy za mną murem, stanowczo otworzył drzwi i poprosił matkę, by wyszła. Zostałam we łzach i poczuciu głębokiego upokorzenia. Przecież tyle miesięcy czekałam na ten dzień, przechodziłam przez trudną ciążę, dusiłam w sobie niepokój… A kiedy w końcu trzymałam w ramionach zdrową dziewczynkę, lekarz roześmiał się:
Co za operowa gwiazda! Takie płuca to rzadkość, proszę pani!

Uśmiechnęłam się przez łzy, kiedy położyli Basię przy mnie. Przez cały pobyt w szpitalu śniłam o pierwszych rodzinnych świętach, o tym, jak będziemy spędzać wspólne popołudnia, a tymczasem…

Po wizycie Jadwigi trudno było o spokój. Próbowałam zapomnieć, ale teściowa, choć syn nie wsparł jej podejrzliwości, nie dawała za wygraną. Dzwoniła do Marka niemal codziennie, a podczas sporadycznych odwiedzin u nas nie potrafiła powstrzymać się od złośliwych uwag. Jeszcze nigdy nie wzięła wnuczki na ręce, próbowała zawsze znaleźć okazję, by rozmawiać z synem osobno. Zażądała testu na ojcostwo, powtarzała te swoje „mądrości”, a ja wszystko słyszałam zza ściany i czułam, jak narasta we mnie żal.

Marek próbował ją przekonywać, mówił jej, iż ufa mi bezgranicznie, iż Basia to jego córka. Ale Jadwiga tylko wzruszała ramionami i rzucała szyderczo:
To zróbcie test, przekonajcie się!

Pewnego dnia, nie wytrzymałam już napięcia. Wyszłam do kuchni, patrząc jej prosto w twarz, powiedziałam:
Może zamówimy jeszcze elegancką ramkę na wynik, powiesi sobie mama nad łóżkiem, pójdzie spać będzie sobie patrzeć!

Iskrzyły się jej oczy ze złości, ale nie odpowiedziała ani słowa. Kiedy wreszcie przyszedł wynik testu zgodnie z przewidywaniami oddała mi papier bez słowa. Nie mogłam się powstrzymać:
To w jakiej ramie zamawiamy, jasnej czy ciemnej?

Zbladła, z trudem utrzymała emocje:
Ona mnie wyśmiewa! Pewnie to znajomy lekarz wypisał… Wojtek ma syna. Brunet, zielone oczy, cały on! To od razu widać, iż prawdziwy wnuk!

Test, na którym jej tak zależało, nie zmienił absolutnie nic. Nasza domowa wojna trwała dalej przez pięć lat, przez niekończące się święta, przez cichą wojnę spojrzeń i urwanych rozmów. Ponownie zaszłam w ciążę, niemal jednocześnie z żoną Wojtka. Z nimi zawsze mieliśmy dobre relacje i już tylko przewracali oczami na docinki teściowej.

Gdy bratowa urodziła, pojechaliśmy całą rodziną odwiedzić ich w Zakopanem. Gdy przykrycie kocyka odchyliłam, spojrzałam i wybuchnęłam śmiechem, bo zobaczyłam malutką kopię Basi! Wszyscy spojrzeli zaskoczeni, a ja ze łzami w oczach rzuciłam:
No, powiedzcie szczerze, może to jednak córka mojego kochanka?

Wszyscy parsknęli śmiechem, tylko Jadwiga siedziała czerwona jak burak, zerkając raz na raz obie dziewczynki. Od tej pory wszystko się zmieniło. Przestała rzucać oskarżenia, zaczęła coraz częściej przychodzić, aż któregoś dnia zastałam ją, jak bawi się lalkami z moją córką, szczerze uśmiechnięta.

Dziś Basia jest oczkiem w głowie babci, naszą córeczką, moja jagódeczka, obsypywana prezentami, rozpieszczana jak nigdy. Pewnie chce wynagrodzić wszystko, co nas spotkało. Nie chowam do niej urazy, choć rysa została. Wierzę, iż czas powoli wszystko zaleczy.

Idź do oryginalnego materiału