Upatrzył sobie cudzą żonę – Historia Viktora Dudnikowa, artysty z prowincji: o małżeństwie bez miłoś…

polregion.pl 13 godzin temu

Upatrzył sobie cudzą żonę

Wspólne życie z Dudnickim gwałtownie pokazało, jak bardzo był on człowiekiem miękkim i bez charakteru.

Całe jego dni uzależnione były od humoru, z którym budził się rano. Zdarzało mu się czasem obudzić rześkim i wesołym, przez cały dzień rzucał żartami i śmiał się głośno.

Jednak przez większość życia popadał w przygnębienie, wypijał hektolitry kawy i snuł się po domu, jak cień, zupełnie jak artyści mają w zwyczaju. A on zaliczał się do ich grona Wiktor Dudnicki uczył w wiejskiej szkole podstawowej plastyki, techniki, a czasem też muzyki, gdy muzykanka szła na zwolnienie.

Pociągała go sztuka, choć w szkole nie mógł rozwinąć swoich skrzydeł, więc swoje talenty skierował na dom. Przejął największy i najjaśniejszy pokój, żeby urządzić tam pracownię. Choć tak naprawdę Zofia chciała zrobić tam pokój dziecięcy.

Ale dom należał do Wiktora, więc Zofia nie sprzeciwiła się.

Wiktor wypełnił pokój sztalugami i taboretami, porozrzucał wszędzie farby i glinę, i tworzył: malował coś z zapałem, lepił, rzeźbił…

Mógł całe wieczory dreptać wokół martwego natury, a w weekendy godzinami dłubał przy dziwnej figurce z gliny.

Nie sprzedawał swoich dzieł, wszystko upychał w domu, więc na ścianach wisiały obrazy, które co tu kryć nie podobały się Zofii; na półkach i w szafkach piętrzyły się gliniane zwierzaki i ludziki.

I gdyby to chociaż były jakieś cuda świata, ale nie.

Nieliczni koledzy po fachu, dawni znajomi z Akademii, którzy jeszcze czasem odwiedzali Wiktora, milczeli, spuszczali wzrok i tylko czasem wzdychali, oglądając obrazy i figurki.

Nikt nie pochwalił.

Jedynie Leon Gierasymowicz Pieczerski, najstarszy z towarzystwa, po wypiciu litra wiśniowej nalewki, zawołał:

Matko jedyna, co za brednie! Co to w ogóle jest?! Nic tu nie widać wartego uwagi, chyba iż liczyć piękną gospodynię.

Wiktor bardzo źle przyjął krytykę nakrzyczał, tupał i kazał żonie wyrzucić gościa za bramę.

Wynoś się! wrzeszczał. To ty nic nie wiesz o sztuce! Wiem to zazdrość! Bo już ręką nie utrzymasz pędzla, więc wszystko wyśmiewasz!

Leon Gierasymowicz zbiegł po schodkach, o mało się nie przewrócił, i zatrzymał się przy furtce. Zofia dobiegła do niego, przepraszając:

Nie bierz pan tego do siebie, proszę. Nie powinnam była dopuścić do tej sytuacji.

Nie tłumacz się, dziecko machnął ręką Leon. Nic nie szkodzi, zaraz wezwę taksówkę i pojadę do domu. Szkoda mi tylko ciebie; dom piękny, ale te koszmarne obrazy Wiktora i gliniane strachy… Wszystko psują! Trzeba to pochować, a on się tym chwali. Znam trochę Wiktora, coś ci powiem. Dzieła artysty są odzwierciedleniem jego duszy. Wiktor ma pustą duszę, taką samą jak jego płótna.

Pożegnał Zofię, całując w dłoń, i wyszedł z tego zimnego domu.

Wiktor długo nie mógł się uspokoić, krzyczał, rozwalał swoje rzeźby, rwał obrazy i przez miesiąc nie schodził z tonu.

***

Mimo wszystko, Zofia nigdy mu nie sprzeciwiała się.

Uznała, iż przyjdzie czas, będą dzieci i mąż zajmie się czymś innym.

Przerobi wtedy pracownię na dziecięcy, a na razie niech maluje swoje martwe natury.

Na początku po ślubie Wiktor bardzo się starał, znosił owoce i całą pensję do domu, troszczył się o młodą żonę.

To się jednak rychło skończyło. Wiktor ochłódł wobec żony, pensji już nie przynosił, a wszystkie domowe i ogrodowe obowiązki spadły na Zofię. Zajął się nią także kurnik i teściowa.

Gdy okazało się, iż spodziewają się dziecka, Wiktor cieszył się jak dziecko. Jednak euforia była przedwczesna Zofia zachorowała, trafiła do szpitala i poroniła na wczesnym etapie.

Gdy Wiktor dowiedział się o wszystkim, zrobił się płaczliwy, nerwowy, nakrzyczał na Zofię i zamknął się w domu.

Stan Zofii po wyjściu ze szpitala był tragiczny; ledwo dowlokła się do domu.

Nikt jej nie przywitał. Najgorsze czekało na nią pod domem: Wiktor zamknął drzwi na klucz i nie chciał jej wpuścić.

Otwórz, Witek!

Nie otworzę. Po co przyszłaś? Miałaś urodzić moje dziecko, a nie dałaś rady! Przez ciebie matka wylądowała w szpitalu z zawałem!

Na co ja się z tobą żeniłem, przyniosłaś pecha do mojego domu! Nie stój na progu, idź sobie! Nie chcę już z tobą żyć.

Kobieta usiadła na schodach, z oczu poleciały jej łzy.

Witek, mi też jest źle. Też cierpię, otwórz proszę!

Nie reagował na jej płacz, siedziała na schodku do zmierzchu.

Nareszcie, drzwi skrzypnęły Wiktor wyszedł, wychudzony z rozpaczy.

Zamknął dom na skobel, tylko zamka nie znalazł.

W ogóle nie wiedział, gdzie co leży zawsze o wszystko pytał Zofię.

Zastanowił się chwilę, po czym ruszył ku bramie, choćby na żonę nie spojrzał.

Gdy tylko zniknął za rogiem, Zofia weszła do domu, rzuciła się na łóżko.

Całą noc czekała na męża. Nad ranem przyszła sąsiadka z wieścią teściowa nie przeżyła zawału, odeszła nagle.

To dobijało Wiktora; rzucił pracę, zaległ w łóżku i powiedział żonie:

Nigdy cię nie kochałem i nie pokocham. Żeniłem się tylko, bo matka chciała wnuków. To ty zniszczyłaś mi życie, nigdy ci nie wybaczę.

Słowa bolały, ale Zofia pomyślała, iż męża nie zostawi.

Mijały tygodnie, nie było lepiej. Wiktor nie ruszał się z łóżka, pił tylko wodę, nie jadł.

Zaostrzyła mu się wrzodowa, nie miał siły, wszystko bolało, opadł z sił.

Potem wyszło na jaw, iż złożył wniosek o rozwód, sąd ich rozdzielił.

Zofia wypłakała oczy.

Próbowała przytulić Wiktora, pocałować, a on szorstko się wyrywał, mówiąc, iż gdy tylko wyzdrowieje, wyrzuci ją z domu.

***

Zofia nie miała gdzie pójść; matka, która wyszła za mąż niemal zaraz po ślubie córki, wyjechała na drugi koniec kraju, nad Bałtyk, do nowego męża. Sprzedała dom i pieniądze prawie wszystkie oddała narzeczonemu.

Tak Zofia została na wsi sama, w pułapce.

***

Przyszedł dzień, gdy w domu nie było już nic do jedzenia. Zofia wyskrobała ostatnie ziemniaki, ugotowała ostatnie jajko zniesione pod Złotką i podała Wiktorowi mleczną kaszkę z żółtkiem.

Los chciał, by teraz Zofia karmiła niemowlę, gdyby tylko nie dźwigała codziennie ciężkich wiader na ogród, czy nie układała sama drewna do szopy… a zamiast tego dogadza byłemu mężowi.

Wyjdę na chwilę, przyjechał jarmark z sąsiedniej wsi. Spróbuję sprzedać kurę, albo wymienić na coś do jedzenia.

Wiktor, zapatrzony pustym spojrzeniem w sufit, zapytał tylko:

Po co ją sprzedawać? Zrób z niej rosół. Mam dość tych kasz, chcę normalnego rosołu.

Zofia zaczęła miąć rąbek jedynej sukienki tej, w której szła do bierzmowania, potem do ślubu, a teraz nosiła latem, bo nie miała innej.

Wiesz przecież, ja nie zabiję… Wolę ją wymienić na jedzenie. Do sąsiadów już zresztą sprzedawałam kury, ale Złotka pewnie by do mnie wracała, bardzo się do mnie przywiązała.

Złotka prychnął Wiktor. Ty każdej kurze dajesz imię? Babskie głupoty…

Zofia zagryzła wargę.

Na jarmark idziesz…? zapytał nagle żywiej. Weź ze sobą parę moich obrazów lub figurek. Może ktoś kupi?

Zofia spojrzała na lustro, złapała w dłonie dwie gliniane ptaszki na wzór bolesławieckiej ceramiki i pokaźną skarbonkę-świnkę, z której mąż był dumny.

Szybko wybiegła z domu, zanim Wiktor zdąży zawołać, by zabrała więcej obrazów.

Z figurkami to jeszcze mogła próbować, ale z obrazami wstyd! Były okropne, nikt by ich nie kupił.

Zresztą bała się pokazywać je ludziom.

***

Dzień był upalny. Choć lekko ubrana, Zofia cała zlana potem włosy przylgnęły jej do czoła.

Był dzień wsi.

Zofia już nie pamiętała, kiedy ostatni raz spacerowała między straganami. Ludzie w odświętnych strojach przechadzali się przy kolorowych stoiskach.

A było na co popatrzeć: przeróżne rodzaje miodów, chusty z łowickimi wzorami, słodycze dla dzieci, skwierczały szaszłyki zapach roznosił się po placu, z głośników grała muzyka, ludzie się śmiali.

Zatrzymała się przy ostatnim straganie. Przytuliła do siebie kurę; była jej zwyczajnie szkoda się z nią rozstawać.

Kilka lat temu kupiła pisklęta wyrosły na koguty i kury. Jedna kura skaleczyła łapę, więc Zofia przyniosła ją do siebie wtedy się zżyły.

Złotka stała się ulubienicą Zofii. Gdy tylko wchodziła do kurnika, ta pierwsza do niej podbiegała.

Kura też teraz była zainteresowana wychylała się z torby, dotykając dziobem ręki Zofii.

***

Może biżuterię kupisz, ślicznotko? zaczepiła starsza kobieta przy stoisku. Mam srebro i stal chirurgiczną, i choćby złote łańcuszki.

Nie, dziękuję, chciałam sprzedać kurę nioskę. Naprawdę dobre, duże jajka daje odpowiedziała Zofia najgrzeczniej.

Kurę…? Co ja z nią zrobię

Wtedy młody mężczyzna stojący przy stoisku aktywnie się wtrącił:

Pokaż kurę.

Zofia przekazała mu Złotkę, choć go nie znała.

Ile chcesz? Tak tanio, w czym haczyk?

Zmieszała się i spociła jeszcze bardziej.

Jest lekko kulawa, ale zdrowa i mocna do znoszenia jaj.

No dobra, kupię ją. A to co?

Wskazał na gliniane figurki.

A… To takie manualnie robione figurki i gwizdki. Skarbonka też.

Kupię wszystko. Lubię rzeczy z duszą.

Starsza kobieta prychnęła z rozbawieniem:

Po co ci to, Deniska? Do zabawek ci tęskno? Idź do brata pomagać przy szaszłykach!

Zofia, gdy dostała pieniądze, zawahała się:

To pan sprzeda kurę na szaszłyki? Nie mogę!

Usiłowała odebrać Złotkę, ale chłopak zwinnie odsunął się.

Oddajcie pieniądze! wykrztusiła Zofia. Tej kury nie można zjeść!

Jak Boga kocham, nie pójdzie na szaszłyki. Mamę moją obdaruję ona hoduje kury, nie zamęczy tej.

Naprawdę?

Naprawdę, uśmiechnął się do niej. Możesz odwiedzić Złotkę, jak chcesz. Sam nie wiedziałem, iż kura może mieć imię.

***

Szła już z powrotem do domu, kiedy nagle podjechał samochód z okna wychylił się Denisy.

Pani, poczeka pani jeszcze… Ma pani więcej takich figurek? Chętnie bym kupił. Na prezent, wie pani.

Zofia zmrużyła oczy przed słońcem i uśmiechnęła się:

Oj, mamy tego w domu pełno!

***

…Wiktor, który leżał w łóżku, usłyszał głosy i jęknął.

Kto tam, Zosiu? Przynieś mi wody!

Gość zatrzymał się na progu i spojrzał na obrazy na ścianie, uważnie się im przyglądając.

Niesamowite, mruknął. Czy to pani je namalowała? zapytał Zofię, przechodzącą z szklanką wody.

Ja! wyrwał się z łóżka Wiktor. Nie maluję, ja tworzę! Dzieci kredą malują, a ja piszę!

Usiadł, patrzył podejrzliwie na przybysza.

Po co ci moje obrazy? spytał nieprzychylnie.

Podobają mi się. Chcę kupić. A te figurki? Też pańskie?

Moje! zawołał Wiktor, odpychając Zofię ze szklanką. Wszystko jest moje!

Ogrzewając nogi, podniósł się z pościeli i podszedł bliżej.

interesujące szkice, powiedział Denisy, zerkając na Zofię.

Kiedy Wiktor chełpił się swoimi dziełami, gość często zerkał na Zofię, której rumieniec i nieśmiałość rzucały się w oczy.

Epilog

Zofia nie mogła się nadziwić uzdrowieniu byłego męża.

Okazało się, iż Wiktor wcale nie był chory!

Gdy tylko znalazł się ktoś zainteresowany jego sztuką, cała niemoc minęła.

Tajemniczy gość kupował prawie codziennie obrazy, potem figurki. Wiktor, widząc, iż idą jak świeże bułki, wpadł w szał twórczy.

A ten kupiec, Denisy, wcale nie sztuką się interesował, a dawną żoną artysty.

Za każdym razem, zabierając kolejny obraz, Denisy stał długo przed domem, gawędząc z Zofią. Między młodymi rodziła się sympatia.

W końcu Denisy zabrał z domu Wiktora to, co naprawdę mu się spodobało dawną żonę.

Wracając do swojego domu w rodzinnej wsi, Denisy wrzucał obrazy do pieca, a gliniane straszydła chował do worka. Sam nie wiedział jeszcze, co z nimi zrobić.

Myślał o twarzy Zofii.

Wypatrzył ją na jarmarku, w tej zwiewnej sukience, ze Złotką pod pachą.

Od razu zrozumiał, iż to jego los.

Później dowiedział się, jak źle powodzi się Zofii u osobliwego mężczyzny, który myśli o sobie jak o wielkim artyście.

Było naprawdę źle, i nie miała dokąd pójść.

Przyjeżdżał codziennie po kolejną rzeźbę tylko po to, by ją widywać. Z czasem Zofia wszystko zrozumiała.

***

Wiktor nie spodziewał się takiego obrotu spraw.

Denisy, który wykupił cały jego dorobek, przestał się pojawiać, kiedy tylko Zofia zamieszkała z nim.

Słyszał, iż pobrali się i czuł gorycz, iż tak łatwo dał się oszukać.

I rzeczywiście, zdobyć dobrą żonę to niełatwa sprawa, a Zofia taka właśnie była.

Dopiero później zrozumiał, co naprawdę stracił jego największy skarb.

Gdzie znajdzie drugą równie troskliwą? Zofia nie tylko znosiła jego humory, ale dbała o niego jak matka. I taka była piękna!

A on, głupi, zaprzepaścił ten klejnot.

Chciał znów pogrążyć się w rozpaczy, ale komu teraz Zofia miałaby przynosić utarte jajka, komu podać wodę? Nie miał do kogo się już przyczepić…

Idź do oryginalnego materiału