Urodziłam ci syna, ale niczego od ciebie nie chcemy – zadzwoniła kochanka Mąż spojrzał na Lerię wzrokiem zbitego psa. — Tak, nie przesłyszałaś się. Lero, pół roku temu… miałem inną. Tylko kilka spotkań, taki przelotny romans. I ona urodziła mi syna. Niedawno… Lerze zakręciło się w głowie. Ale wiadomość! Jej wierny, oddany mąż dorobił się dziecka na boku! Do Lery z trudnością docierał sens tego, co mówił. Przez kilka minut próbowała zrozumieć, co oznacza to wyznanie męża. Mąż siedział naprzeciw. Ramiona opuszczone, dłonie zaciśnięte między kolanami. Wydawał się mniejszy niż zazwyczaj, jakby całe powietrze z niego uszło. — Syn, więc — powtórzyła Lera. — Ty, żonaty człowiek, masz syna. I to nie żona ci go urodziła. Czyli nie ja… — Lero, sam nie wiedziałem. Przysięgam na wszystko. — Nie wiedziałeś, jak robi się dzieci? Masz czterdzieści lat, Kolu. — Nie wiedziałem, iż ona… zdecyduje się urodzić. Rozstaliśmy się dawno, wróciła do męża. Myślałem, iż tam wszystko układa się dobrze. A wczoraj telefon. „Urodził ci się syn. Trzy dwieście. Zdrowy”. I odłożyła. Lera wstała. Nogi miała jak z waty, kolana miękkie jak po przebiegnięciu maratonu. Za oknem szalała polska jesień. Lera mimowolnie zapatrzyła się na krajobraz za oknem — piękny… — I co teraz? — zapytała, nie odwracając się. — Nie wiem. — Świetna odpowiedź głowy rodziny. Nie wiem. Obróciła się gwałtownie. — Pojedziesz tam? Zobaczyć? Przerażony Kola podniósł oczy na żonę ze wstydem. — Lero, napisała adres szpitala, powiedziała, iż wypis za dwa dni. Tak powiedziała: „Chcesz — przyjedź, nie chcesz — nie. Niczego od ciebie nie chcę”. Dumna… Nic jej ode mnie nie trzeba… — Niczego nie trzeba — powtórzyła echem Lera. — Święta prostota. W korytarzu trzasnęły drzwi — starsi wrócili do domu. Lera natychmiast założyła uśmiech. Umiała to robić perfekcyjnie — lata w biznesie nauczyły ją trzymać fason nawet, kiedy wszystko waliło się na głowę. Do kuchni zajrzał najstarszy — wysoki, barczysty chłopak dwudziestoletni. — O, rodzice, cześć. Czemu tacy smutni? Mamo, jest coś do jedzenia? Po treningu jesteśmy głodni jak wilki. — W lodówce są pierogi, podgrzejcie sobie — rzuciła Lera. — Tato, miałeś spojrzeć co z gaźnikiem w mojej starej furze — drugi syn, młodszy, klepnął ojca po ramieniu. Lera patrzyła na tę scenę, a serce ściskało jej się tak, iż aż trudno było oddychać. Nazywają go tatą. Ich prawdziwy ojciec dawno rozpłynął się w mglistych wspomnieniach, ograniczał się do alimentów i rzadkich kartek. Kola ich wychował. Nauczył prowadzić auto, leczył obdarte kolana, chodził na wywiadówki, rozwiązywał szkolne kłopoty. Był dla nich ojcem. Prawdziwym. Kola wymusił uśmiech: — Zajrzyj, Sanek. Później. Dajcie nam z mamą pogadać. Chłopacy odeszli, brzęcząc talerzami. — Kochają cię — powiedziała cicho Lera. — A ty… — Lero, przestań. Ja ich też kocham. To moi chłopcy. Nigdzie się nie wybieram. Powiedziałem ci od razu — to był błąd, zaćmienie. Nie było w tym nic poważnego. Po prostu… pokusa! — Po prostu pokusa, której skutkiem są teraz pieluchy… Do pokoju wbiegła sześcioletnia Madzia. Tu pancerz Lery pękł. Córeczka wskoczyła ojcu na kolana z rozpędem. — Tatusiu! Dlaczego jesteś smutny? Mama cię ochrzaniła? Kola przytulił ją mocno, wtulił twarz w jasną główkę. Żył tylko dla niej. Lera wiedziała: za Madzię gotów byłby zagryźć każdego. To była szalona, bezwarunkowa ojcowska miłość. — Nie, księżniczko. Po prostu dorośli rozmawiają. Idź puść sobie bajki, zaraz przyjdę. Gdy Madzia wybiegła, w kuchni znowu zapadła cisza. — Rozumiesz, iż wszystko się zmienia? — spytała Lera. Usiadła z powrotem do stołu. — Nie odejdę, Lero. Kocham cię, dzieci… Bez was nie potrafię… — To tylko słowa, Kolu. A fakty są takie: tam masz syna. On też potrzebuje ojca. Tamta kobieta… Teraz mówi “niczego nie chcę”. To hormony, euforia, albo chytry plan. Za miesiąc, za pół roku, dziecko zacznie chorować, rosnąć, będzie potrzebować pieniędzy. Zadzwoni. Powie: „Kola, nie mamy zimowego kombinezonu”. Albo: „Kola, trzeba do lekarza”. I pojedziesz. Jesteś dobry, masz sumienie. Kola milczał. — A pieniądze, Kolu? — Lera ściszyła głos. — Skąd je weźmiesz? Drgnął, jak po ciosie — Lera uderzyła w czuły punkt. Jego interes padł dwa lata temu, długi spłacali z pieniędzy Lery. Teraz pracował, kręcił się, coś tam zarabiał, ale przy tym, co zapewniała ona, to były drobne. Dom, auta, wakacje, wykształcenie dzieci — wszystko to jej zasługa. Nie miał choćby własnej porządnej karty, wszystko zablokowały komorniki, używał gotówki albo jej karty powiązanej z jej kontem. — Znajdę — burknął. — Gdzie? Będziesz dorabiał jako taksówkarz nocą? Albo wyciągał z mojej szafki, żeby wspierać tamtą rodzinę? Rozumiesz, jakie to absurdalne? Ja utrzymuję rodzinę, a ty z moich pieniędzy utrzymujesz kochankę z jej dzieckiem? — Ona nie jest kochanką! — rzucił Kola. — Skończyłem z tamtym pół roku temu! — Dziecko wiąże ludzi mocniej niż ślub w urzędzie. Pójdziesz na wypis? Pytanie zawisło w powietrzu. Kola przetarł twarz dłońmi. — Nie wiem, Lero. Szczerze. Po ludzku… powinienem. Dziecko przecież niewinne. — Po ludzku — wyszczerzyła się gorzko Lera. — A po ludzku wobec mnie? Madzi? Chłopaków? Pojedziesz tam, zobaczysz to zawiniątko. Weźmiesz na ręce. I koniec. Popłyniesz. Znam cię, masz miękkie serce. Zaczniesz jeździć. Najpierw raz w tygodniu, potem dwa, potem w weekendy. Będziesz kłamał, iż praca zawalona. A my będziemy tutaj czekać. Lera podeszła do kranu. Puściła wodę, przyglądała się strumieniowi, potem zakręciła. — Ona jest osiem lat młodsza, Kolu. Ma trzydzieści dwa. Urodziła ci syna. Swojego, twojego. Moje chłopaki nie są od ciebie, choć ich wychowałeś. A tam — twoja krew. Myślisz, iż to nie ma znaczenia? — Gadasz głupoty. Chłopaki są moi, wychowałem ich. — Daj spokój! Faceci muszą mieć swojego spadkobiercę. Własnego. — Mamy Madzię! — Madzia to dziewczynka… Kola zerwał się. — Dość! Wyganiasz mnie na siłę? Powiedziałem — zostaję. Ale nie mogę być zupełnie bez serca. Tam urodził się człowiek. Mój, tak. Jestem winien wobec ciebie, wobec wszystkich. Chcesz — wyrzuć mnie. Spakuję się od razu i odejdę. Pojadę do mamy, do akademika, gdziekolwiek. Ale nie szantażuj mnie! Lera zamarła, poczuła nagle strach. jeżeli teraz powie „odejdź” — odejdzie. Dumny. Głupi, ale dumny. Odejść bez pieniędzy, bez dachu nad głową i wtedy na pewno przygarnie go tamta. Tam będzie bohaterem, ojcem, biedak, ale własny. Wtedy straci go na zawsze. A nie chciała tracić. Mimo bólu, mimo urazy, która paliła, kochała go. I dzieci go kochały. Zburzyć można w minutę. Ale jak żyć potem w pustym domu, gdzie każdy kąt o nim przypomina? — Siadaj — powiedziała cicho. — Nikt cię nie wyrzuca. Kola postał jeszcze chwilę, ciężko oddychał, potem usiadł. — Lero, wybacz mi. Jestem… głupim facetem… — Głupim — zgodziła się. — Ale naszym głupim… Wieczór upłynął w jakimś mgle. Lera robiła z Madzią lekcje, sprawdzała raporty do pracy, ale myślami była gdzieś daleko. Wyobrażała sobie tamtą kobietę. Jaka jest? Ładna? Na pewno młodsza. Pewnie patrzy teraz na niemowlę i myśli, iż wygrała. Nic jej nie trzeba! Oczywiście, to najpewniejsza taktyka. Nie prosić, nie robić awantur, tylko pokazać: masz syna, my damy sobie radę sami. To zawsze działa na męską dumę. Facet nagle chce być bohaterem. Kola wiercił się, wzdychał, spał niespokojnie, a Lera leżała, gapiąc się w ciemność. Ma czterdzieści pięć lat, jest zadbana, atrakcyjna, odnosi sukcesy, ale starość czai się za rogiem. A tam — młodość… *** Rano było jeszcze gorzej — Lera nie mogła się pozbierać. Chłopcy zjedli gwałtownie i wybiegli, a Madzia nagle się uparła. — Tato, zapleć mi warkoczyk! — zażądała. — Mama krzywo zaplata. Kola wziął szczotkę. Jego duże dłonie, przyzwyczajone zarówno do kierownicy jak i do młotka, delikatnie rozczesywały cienkie włoski. Zaplatał starannie, z pełną koncentracją, wysuwając końcówkę języka z wysiłku. Lera piła kawę i patrzyła na to. Tak, to jest jej mąż. Bliski, ciepły, domowy. A gdzieś tam jest inne dziecko, które też ma do niego prawo! Jak to możliwe? — Kolu — powiedziała, gdy Madzia pobiegła się ubierać. — Musimy podjąć decyzję. Teraz. Odłożył szczotkę. — Myślałem całą noc. — I? — Nie pojadę na wypis. Lerze coś ścisnęło się w środku, ale nie pokazała tego po sobie. — Dlaczego? — Bo jeżeli pojadę, dam nadzieję jej, sobie, tamtemu dziecku. Nie potrafię być ojcem na dwa domy. Nie chcę, Lero! Nie chcę okłamywać ciebie, nie chcę kraść czasu Madzi, chłopakom. Jedenaście lat temu podjąłem decyzję. Ty — moja żona, tutaj jest moja rodzina. — A tamten chłopiec? — Lera sama się zdziwiła, iż pyta. — Będę pomagał finansowo. Oficjalnie, alimentami, albo założymy konto. Ale jeździć… Nie. Lepiej niech rośnie bez ojca, niż miałby czekać na mnie w weekendy. A ja będę patrzył na zegarek, rwąc się do domu, do mojego innego życia. Tak jest uczciwiej. Lera milczała. Kręciła obrączką na palcu. — Jesteś pewien? Potem nie będziesz żałował? — Będę żałował — odparł szczerze Kola. — Na pewno będę myślał, jak tamten sobie radzi. Ale jeżeli zacznę tam jeździć, stracę was. Czuję to, bo ty tego nie wytrzymasz. Jesteś silna, Lero, ale nie stalowa. Zaczniesz mnie nienawidzić, a tego nie chcę. Boże, ale to chaotycznie tłumaczę… Mąż wstał, podszedł od tyłu i położył jej ręce na ramionach. — Lero, nie chcę drugiego życia. Mam ciebie, mam dzieci. A tamto… to cena za moją głupotę. Jestem gotów płacić — pieniędzmi, i tylko nimi. Ani czasu, ani opieki, ani uwagi — nie dam temu dziecku… Lera położyła dłoń na jego ręce. — Mówisz: pieniędzmi? — uśmiechnęła się krzywo. — Zarobię. Rozbiję się, ale zarobię. Więcej nie poproszę cię o grosz na własne błędy. To już moje sprawy, Lero. Lera się uspokoiła. Tak, mąż może i zachował się nie w porządku wobec niej, ale właśnie tego chciała usłyszeć. Nie zamierzała z nikim dzielić męża, było jej wszystko jedno, co czuje tamta — druga. Zaszła w ciążę z żonatym? Jej problem. *** Na wypis Kola nie pojechał. Kochanka potem urywała mu telefon — krzyczała, obrażała, pytała, czemu nie przyjechał. Kola jasno jej powiedział: może liczyć wyłącznie na pomoc finansową, spotkań nie będzie. Kochanka się rozłączyła i przez pół roku, które minęło od tamtej pory, nie dawała znaku życia. Jej telefon był nieosiągalny. Lera była z tego więcej niż zadowolona.

polregion.pl 4 dni temu

Urodziłam ci syna, ale niczego od ciebie nie chcę zadzwoniła kochanka.

Mąż spojrzał na Kingę oczami zbitego psa.
Tak, dobrze słyszałaś. Kingo, miałem kogoś pół roku temu.
To było tylko kilka spotkań, zwykła przygoda.
I urodziła mi syna. Niedawno
Kręciło jej się w głowie. Takiej wiadomości jeszcze nie słyszała.
Jej wierny, kochający mąż? Dziecko z inną?
Dopiero po paru minutach Kinga dotarło do sensu słów męża.

Przez kilka chwil próbowała pojąć, o co mu chodziło.

Mąż siedział naprzeciwko, ramiona miał opuszczone, dłonie zaciskał między kolanami.
Wyglądał, jakby uszło z niego całe powietrze.

Syn, mówisz powtórzyła cicho Kinga. Żonaty facet ma syna, ale urodziła go nie żona
Czyli nie ja

Kingo, przysięgam, sam nie wiedziałem. Nie miałem pojęcia.
Nie wiedział, jak się robi dzieci? Masz czterdzieści lat, Michał.
Nie wiedziałem, iż ona iż zdecyduje się urodzić.
Rozstaliśmy się dawno, wróciła do męża.
Myślałem, iż już po wszystkim.
A wczoraj… telefon. Masz syna, waży 3 200. Zdrowy. I rozłączyła się.

Kinga wstała. Nogi ledwo ją trzymały, kolana miękkie jak po maratonie.
Za oknem szalała jesień.
Zapatrzyła się przez szybę pięknie tam

I co teraz? rzuciła w przestrzeń, nie patrząc na Michała.

Nie wiem.

Wspaniała odpowiedź głowy rodziny: nie wiem.

Odwróciła się gwałtownie.

Pojedziesz tam? Zobaczysz go?

Spłoszony Michał zawstydzony podniósł wzrok na żonę.

Kinga, ona zostawiła mi adres szpitala, napisała, iż wypis pojutrze.
Tak po prostu:
Chcesz przyjedź, nie chcesz nie. Nie oczekuję niczego.

Dumna…

Nie chce ode mnie nic…

Nic nie chce powtórzyła Kinga gorzko. Święta naiwność.

W korytarzu trzasnęły drzwi wejściowe wrócili starsi synowie.

Kinga automatycznie założyła uśmiech.
Nauczyła się udawać lata w branży nauczyły ją trzymać fason, choćby gdy wszystko się waliło.

Do kuchni zajrzał starszy wysoki, szeroki w barach dwudziestolatek.
O, rodzice, cześć. Czemu tacy markotni?
Mamo, coś do jedzenia jest? Po treningu jesteśmy głodni jak wilki.

W lodówce pierogi, podgrzejcie sobie rzuciła Kinga.
Tato, miałeś spojrzeć na mój gaźnik w tej starej furze drugi syn, młodszy, klepnął ojca po ramieniu.
Kinga patrzyła na tę scenę, a serce jej pękało z żalu.

Mówią do niego: tata. Ich rodzonego ojca nie było w ich życiu od lat, wysyłał tylko alimenty i kartki z wakacji.

To Michał ich wychowywał. Uczył jeździć, opatrzył setki ran, chodził na wywiadówki, walczył o nich w szkole.
On był ich ojcem. Prawdziwym.

Michał wymusił uśmiech:
Zobaczę, Szymon. Później. Teraz muszę z mamą pogadać.

Chłopaki zniknęli, brzękając talerzami.

Oni cię kochają szepnęła Kinga. A ty…

Kinga, przestań. Też ich kocham. Są moimi synami. Nigdzie się nie wybieram.
Mówiłem ci od razu to była głupota. Pomroczność jasna.

Między nami i nią nie było nic poważnego.
Tylko chwila zapomnienia!

Chwila zapomnienia, której efektem są teraz pieluchy

W domu wbiegła ich sześcioletnia córeczka Zuzia. Wtedy pękł pancerz Kingi.
Córka wskoczyła ojcu na kolana.
Tatusiu! Dlaczego jesteś smutny? Mama cię skrzyczała?
Michał przytulił ją mocno, schował twarz w jej jasnych, pachnących włoskach.
Zuzia była jego wszystkim. Kinga wiedziała, iż zabiłby za córeczkę, tak kochał tę dziewczynkę.
Nie, księżniczko. Rozmawiamy o dorosłych sprawach. Idź pooglądać bajki, zaraz do ciebie przyjdę.

Gdy Zuzia wybiegła, zapadła ciężka cisza.

Wiesz, iż wszystko się zmienia? Kinga usiadła z powrotem do stołu.

Nie odejdę, Kinga. Kocham cię, dzieci Nie dam rady bez was
Słowa, Michał, tylko słowa. A fakty? Masz syna. Potrzebuje ojca.
Ta kobieta teraz mówi, iż niczego nie chce.
To hormony, euforia albo cwany plan.
Minie miesiąc, pół roku, dziecko zacznie chorować, rosnąć, pojawią się wydatki.
Zadzwoni: Michał, nie mamy wózka na zimę.
Albo: Michał, trzeba do lekarza.
I pojedziesz. Bo jesteś dobry. Masz wyrzuty sumienia.

Michał milczał.

A pieniądze, Michał? Kinga ściszyła głos. Skąd je weźmiesz?
Drgnął, jakby dostał w twarz trafiła celnie.
Jego firma padła dwa lata temu, długi spłacali z jej zarobków.
Teraz pracował dorywczo, coś tam dorabiał, ale to były grosze w porównaniu z tym, co ona zapewniała rodzinie.
Dom pod Warszawą, auta, wakacje, szkoły wszystko na niej.
On choćby nie miał własnej normalnej karty bankowej, wszystko zajął komornik, korzystał z jej pieniędzy.

Poradzę sobie burknął.
Jak? Na taksówce w nocy? Czy będziesz brał z mojej szuflady, żeby utrzymywać tamtą rodzinę?
Wyobrażasz sobie ten absurd? Ja utrzymuję rodzinę, a ty z moich pieniędzy dajesz kochance?

To nie żadna kochanka! huknął Michał. Wszystko skończyło się pół roku temu!
Dziecko łączy mocniej niż obrączka na palcu.
Pojedziesz na wypis?
To pytanie wisiało w powietrzu. Michał przetarł twarz dłońmi.

Nie wiem, Kinga. Naprawdę… Po ludzku… wypadałoby. Dziecko przecież niczemu nie winne.

Po ludzku ironizowała Kinga. A po ludzku wobec mnie? Wobec Zuzi? Wobec chłopaków?
Pojedziesz, weźmiesz je na ręce… I przepadniesz. Wiem, iż się rozkleisz.

Zaczniesz tam jeździć. Najpierw raz na tydzień, potem dwa, potem na weekendy.
Będziesz kłamać, iż jesteś w pracy. A my tu będziemy czekać.

Kinga podeszła do kranu, puściła wodę, popatrzyła na jej strumień i zakręciła.

Jest od ciebie osiem lat młodsza, Michał. Ma trzydzieści dwa. Urodziła ci syna. Twojego, z twojej krwi.
Moich chłopaków wychowałeś, ale nie są z tobą spokrewnieni. Tamten twój.
Myślisz, iż to nie ma znaczenia?

Co ty wygadujesz? Chłopaki są moimi synami, wychowałem ich!

Nieprawda! Chłopcu zawsze trzeba swojego dziedzica. Krwi z własnej krwi.

Przecież mamy Zuzię!

Zuzia to dziewczynka

Michał wstał.
Dość tego! Przestań mnie przepędzać! Powiedziałem zostaję. Ale nie będę całkowitym zimnym draniem.
Tam żyje dziecko. Moje. To moja wina, wszędzie zawiniłem.
Chcesz wyrzuć mnie. Spakuję się zaraz i odejdę.
Pójdę do mamy, do tej starej kawalerki, gdziekolwiek. Ale nie szantażuj mnie!

Kinga zastygła. Nagle przeszył ją strach.
Gdyby teraz powiedziała: wyjdź, on odszedłby natychmiast.
Dumny. Głupi, ale dumny. Odszedłby nigdzie, bez grosza, bez dachu nad głową. I na sto procent dogadałby się z tamtą.
Przyjęłaby go. Tam byłby bohaterem, tatą choćby biednym, ale własnym. Straciłaby go na zawsze.

A ona nie chciała stracić. Mimo bólu, upokorzenia kochała go. Dzieci również.
Zburzyć łatwo, wywalić go za drzwi w minutę. Ale jak potem żyć w pustym domu, gdzie wszystko przypomina o nim?

Siadaj powiedziała cicho. Nikt cię nie wyrzuca.

Michał stał chwilę, ciężko oddychając, w końcu usiadł.

Kinga, przepraszam… Jestem głupi…

Głupi… zgodziła się. Ale nasz głupi…

Wieczór minął w jakimś zamgleniu.

Kinga robiła lekcje z Zuzią, sprawdzała raporty z pracy, ale myślami była gdzie indziej.

Wyobrażała sobie tamtą kobietę. Jaka jest? Młoda, pewnie bardzo ładna.
Może teraz patrzy na dziecko i widzi w tym swoją wygraną.
Nic nie chce! Oczywiście, to najlepszy ruch.
Nie prosić, nie błagać, tylko pokazać: masz syna, jesteśmy dumni, damy sobie radę.

To wali w męską dumę doskonale. Od razu facet chce być bohaterem.
Michał przewracał się w łóżku, wzdychał, nie spał. Kinga też nie zmrużyła oka patrzyła w ciemność.
Ma czterdzieści pięć lat, jest piękna, zadbana, spełniona… A tam młodość…

***

Rano było jeszcze gorzej Kinga nie mogła się pozbierać.
Chłopcy gwałtownie zjedli i pobiegli za swoimi sprawami, a Zuzia nagle się rozkaprysiła.

Tato, zapleć mi warkocza! zażądała. Mama robi krzywo.

Michał wziął szczotkę. Jego duże dłonie, przyzwyczajone do kierownicy i młotka, ostrożnie rozdzielały cienkie dziecięce włosy.
Zaplatał uważnie, skupiony, wargi pogryzał od wysiłku.
Kinga patrzyła, popijając kawę.
Oto jej mąż, swojski, ciepły… A gdzieś jest inne dziecko, mające takie samo prawo do jego ramion!
Jak można tak żyć?

Michał odezwała się, gdy Zuzia wybiegła do pokoju. Musimy zadecydować. Dziś.

Odłożył szczotkę.

Myślałem całą noc.

I?

Nie pojadę do szpitala.

Coś ścisnęło Kingę w środku, ale nie dała tego po sobie poznać.

Dlaczego?

Bo jeżeli pojadę, dam nadzieję jej, sobie, temu dziecku.
Nie mogę być ojcem na dwa domy. Nie chcę, Kinga! Nie będę oszukiwał ciebie, nie chcę kraść czasu Zuzi, chłopakom.
Wybrałem jedenaście lat temu. Ty jesteś moją żoną, tu jest mój dom.

A ten chłopiec? sama się zdziwiła tym pytaniem.

Będę pomagał finansowo. Przez alimenty, oficjalnie albo na konto.
Ale nie będę jeździł… Lepiej, by dorastał, nie znając mnie, niż miałby mnie czekać i odczuwać zawód.
A ja siedząc tam, patrzyłbym na zegarek, bo chciałbym już być z wami.
Tak jest uczciwiej.

Kinga milczała, kręcąc obrączkę na palcu.

Jesteś pewny? Nie będziesz żałował?

Będę wyznał Michał. Na pewno nie raz pomyślę co u niego. Ale jeżeli zacznę tam jeździć stracę was.
Wiem to, bo nie wytrzymasz tego. Silna jesteś, Kinga, ale nie z żelaza.
Zaczniesz mnie nienawidzić, a nie chcę, byś mnie nienawidziła.
Boże, jak ja to nielogicznie mówię

Mąż podszedł, objął ją ramionami.

Kinga, nie chcę innego życia. Mam ciebie, dzieci.
To, co zrobiłem… To cena za swoją głupotę.
Będę płacić pieniędzmi, wyłącznie nimi.
Czasem, troską, uwagą nie potrafię dzielić się z tamtym dzieckiem

Kinga przykryła jego dłoń swoją.

Pieniędzmi, mówisz? uśmiechnęła się krzywo.
Zarobię. Rozbiję się, ale zarobię. Ani grosza więcej nie zabiorę z twoich pieniędzy na swoje błędy.
To moja sprawa.

Kinga poczuła spokój.

Może nie postąpił wobec niej lojalnie, ale właśnie TE słowa chciała usłyszeć.
Nie zamierzała dzielić męża z nikim, a już na pewno nie współczuła tamtej kobiecie.
Zaszła w ciążę z cudzym mężem jej problem.

***

Na wypis Michał nie pojechał.

Kochanka wydzwaniała później dziesiątki razy krzyczała, przeklinała, nie rozumiała, dlaczego nie przyjechał.

Michał oświadczył, iż może liczyć wyłącznie na wsparcie finansowe, ale spotkań nie będzie.
Od tamtej pory już się nie odezwała. Telefon miała wyłączony.
I z tym Kinga czuła się więcej niż dobrze.

Idź do oryginalnego materiału