Urodziłam trojaczki, a mąż się przestraszył i uciekł — choćby nie odebrał mnie ze szpitala!

newsempire24.com 2 godzin temu

12 marca 2025

Urodziłam troję, a mój mąż przestraszył się i uciekł nie pojawił się choćby przy porodzie.

Troje? Ależ Ty, Walentyno Mikołajewno, prawdziwa bohaterka! I wszystkie zdrowe chłopczyk i dwie dziewczynki! To cud!

Ja jestem tylko mamą uśmiechnęłam się przez mgłę zmęczenia, starając się pojąć ostatnie osiemnaście godzin. To naprawdę cud, a zarazem źródło niepokoju. Pierwsze dni w szpitalu minęły jak w półśnie, między fizycznym wyczerpaniem a nieograniczoną radością.

Leżałam na twardym łóżku szpitalnym, odzyskując siły po trudnych narodzinach, i wyobrażałam sobie, jak Ferdynand po raz pierwszy ujrzy nasze maleństwa. W myślach Łukasz już miał te swoje bystre oczka, a dziewczynki ciemnowłose jak ja. Lekarze obiecywali, iż dzieci zostaną nam przekazane, gdy skończą wszystkie badania.

Czekałam na Ferdynanda następnego dnia ale nie przybył. Zadzwoniłam do poczty, poprosiłam o przekazanie notatki Może po prostu nie doszło do kontaktu? W gospodarstwie leśnym już trzeci dzień patrolują pola, pewnie tam się zatrzymał.

Trzeciego dnia przywieziono mi słoik kompotu, twarogowe placuszki i czyste pieluszki. To nie był jednak jego przekaz przyniosła sąsiadka. Na małym kartce napisała: Ferdek znowu pije, Walciu. Myślimy, iż dziadek Grzegorz cię zabierze. Nie martw się, podtrzymamy cię. Podpisy: Tania, Wera, Zofia. Moje ręce nagle stały się lodowate, a przemocny strach wślizgnął się pod skórę.

Jeszcze pięć dni temu byłam zwykłą wiejską kobietą, czekającą na pierwsze dziecko, a teraz matką trojga, którego choćby ojciec nie chciał zobaczyć. Uczucie zdrady powoli ściskało piersi.

Z korytarza dobiegł tupot ciężkich kroków.

Walentyno zagadała pielęgniarka przyjechał po tobie Grzegorz. Mówi sąsiad. Wyobraź sobie, przyjechał w wozie konnym! Czeka przy bocznym wejściu, przy stołówce.

Pielęgniarka pomogła mi spakować rzeczy, przebrać maluchy. Jej ręce pracowały sprawnie, pewnie, z doświadczeniem i troską, delikatnie owijając nasze maleństwa w kocyki.

Trzymajcie podała zwinąty kocyk. To twoja najstarsza córeczka.

Wzięłam na ręce Alicję. Tak właśnie nazwałam ją najcichsza z trojga. Położna twierdziła, iż pojawiła się na świat dwie minuty wcześniej niż siostra. Druga dziewczynka dostała imię Wiktoria z nadzieją, iż wytrwa we wszystkim. A chłopczyk został nazwany Łukasz, po dziadku.

Wyszliśmy na ganek. Stąpałam ostrożnie, każdy krok odbijał się tępo w ciele. Dziadek Grzegorz stał przy starym wozie, ciągniętym przez zadziorną klacz. Gdy nas zobaczył, rzucił rękawicę w śnieg.

No co, mamo? Jedziemy powiedział, ostrożnie przyjmując od pielęgniarki dwójkę dzieci i wkładając je w przygotowane kołdry. Przedbijmy się.

Cichałem całą drogę. Śnieg gęstniał, ale droga do wsi była przetarta, a wóz sunął miękko między zaśnieżonymi pagórkami. Dziadek od czasu do czasu lekko szarpał za wóz, mrucząc coś pod nosem. Przejechaliśmy przez pola kołchozowe, leśny pas, przeszliśmy mostek i w dalekiej perspektywie pojawił się dach naszej chaty.

Jeszcze chwilę wytrzymaj mruknął, pomagając mi zejść.

Dzieci zostały w wozie, a ja bałam się choćby na moment odejść. Trzeba było otworzyć drzwi i rozpalić piec.

Grzegorz podniósł kołyski, a moje ręce drżały ze zmęczenia i niepokoju. On pierwszy wszedł do domu, ja poszła za nim. Stało w progu.

W środku stał Ferdynand. Wokół rozrzucone walizki, otwarty bagażnik. Podniósł głowę i spojrzał na mnie, jak na obcą.

Co ty? mój głos nie słuchał mnie, brzmiał przytłumiony.

Nie byłem gotowy. Nie liczyłem na troję jego wzrok przeskakiwał nade mną. Poradzisz sobie sama. Przepraszam.

Dziadek Grzegorz ostrożnie położył kołyski przy piecu. Zobaczyłam, jak na jego szyi pojawiły się żyły pełne krwi.

Co wy, Ferdynand? Zostawiasz troje dzieci i żonę? wykrzyknął, głos jego grzmiał jak burza.

Nie wtrącaj się, staruszku! wykrzyknął Ferdynand i znowu zajął się rzeczami.

Nie masz sumienia! dziadek chwycił go za ramię, ale ten wyrwał się i zapiął walizkę.

Ferdynand podeszłam o krok naprzód. Spojrzyj choć na nie

Rzucił wzrok na kołyski i milcząco ruszył w stronę drzwi. Przeszedł próg, przeszedł podwórko, wyszedł przez furtkę i zniknął w zamieci, jakby nigdy go nie było.

Usiadłam na podłodze i poczułam, jak we mnie gaśnie coś ważnego. Oddychałam, ale w sercu panowała pustka.

Pierwszy rok był prawdziwą próbą taką, której nie życzyłabyś choćby wrogiemu wrogowi. Każdego poranka wstawałam o świcie, a kładłam się dopiero po północy. Pieluszki, body, butelki, smoczki. Życie zamieniło się w niekończące się koło trosk. Karmiłaś jednego, drugi płacze

Po trzykrotnym przewijaniu wracałam do początku. Skóra na dłoniach pękała od nieustannego prania, a palce pokrywały się odciskami od mokrych pieluszek.

Przeżywaliśmy dzięki cudowi. Każdego ranka przy progu pojawiało się coś nowego dzbanek mleka, worek kaszy, wiązka drewna. Wieśniacy pomagali po cichu, bez słów i wyjaśnień.

Najczęściej przychodziła Tania. Myła niemowlęta, nauczyła mnie robić mieszankę, kiedy moje mleko się skończyło.

Trzymaj się, Walusiu mówiła, zwijając Łukasza w kocyk. Na wsi ludzie nie znikają. A twój Ferdynand to głupi. Ty jesteś szczęśliwa. Bóg błogosławi ci dzieci.

Dziadek Grzegorz przychodził co wieczór sprawdzał, czy piec jest rozgrzany, czy dach nie przecieka. Pewnego razu przysłał kilku mężczyzn, którzy naprawili stodołę, wymienili zgniłe deski i zakleili szczeliny w oknach.

Gdy przyszły pierwsze mrozy, Wera przyniosła wełniane skarpetki po trzy pary w każdym rozmiarze. Maluchy rosły nie po dniach, a po godzinach, mimo ograniczonego jedzenia i trudnych warunków.

Wraz z wiosną dzieci zaczęły się uśmiechać. Alicja wyróżniała się spokojem, choćby w niemowlęcym wieku spoglądała na świat, jakby już wszystko rozumiała. Wiktoria była natomiast głośna, krzyczała, przyciągając uwagę. Łukasz był niespokojny i ciekawski; zaraz po tym, jak nauczył się przewracać, od razu eksplorował otoczenie.

Latem nauczyłam się żyć od nowa. Przypinałam jedną kołyskę do pleców, dwa pozostałe wkładałam do własnoręcznie zrobionego wózka i szłam na pole. Pracowałam między karmieniami, praniem i krótkimi drzemkami.

Ferdynand nie pojawiał się. Co jakiś czas dochodziły pogłoski widziano go w sąsiedniej wsi: tłustego, nieogolonego, z zamglonym spojrzeniem. Nie złościłam się już na niego. Nie miałam siły gniewu. Jedynym, co pozostało, była miłość do dzieci i walka o każdy kolejny dzień.

Do piątej zimy życie powoli wracało do normy. Dzieci rosły, stawały się samodzielniejsze. Pomagały sobie nawzajem, grały razem, a potem poszły do przedszkola. Ja podjęłam pracę w wiejskiej bibliotece choćby na pół etatu. Wieczorami przynosiłam książki do domu i czytałam je dzieciom przed snem.

Zimą do wsi przyjechał nowy cieśla Andrzej. Wysoki mężczyzna z siwą brodą, zmarszczkami wokół oczu. Na pierwszy rzut oka miał czterdzieści lat, ale trzymał się tak sprawnie, iż wyglądał znacznie młodziej. Po raz pierwszy wszedł do biblioteki w lutym, gdy na dworze szalała zamieć.

Dzień dobry powiedział nieco chrapliwym głosem. Czy znajdzie się coś interesującego do przeczytania wieczorami? Może Dumas?

Podaję mu poobijany tom Trzej Muszkieterowie. Podziękował i odszedł. Następnego dnia wrócił z drewnianą zabawką w ręku.

To dla waszych maluchów rzekł, podając wyciosanego z drewna konika. Mam wprawę w stolarstwie.

Od tego czasu przychodził regularnie wymieniał książki, przynosił nowe zabawki. Łukasz od razu go pokochał, rzucał się na niego, łapał za rękę, przyciągając skarby. Dziewczynki były ostrożniejsze, ale i one z czasem zaczęły podchodzić.

W kwietniu, gdy śnieg już topniał, Andrzej przyniósł worek ziemniaków.

To dla was powiedział po prostu. Dobrej odmiany, idealne do sadzenia.

Zawstydziłam się, przyzwyczajona po doświadczeniach z Ferdynandem do samodzielności.

Dziękuję, ale i tak radzę sobie

Wiem skinął głową. Wszyscy wiedzą, jaka jesteś silna. Ale przyjąć pomoc to też siła.

W tym momencie w progu wybiegł Łukasz z kijem w ręku:

Dziadku Andrzeju! Patrz, jaki miecz! Zrobimy prawdziwy?

Oczywiście! uśmiechnął się Andrzej i usiadł obok. A dla twoich sióstr zrobimy coś ładnego.

Pojechali do stodoły, rozmawiając o przyszłych pracach. Ja patrzyłam i po raz pierwszy od dawna poczułam w sercu ciepło.

Latem Andrzej odwiedzał nas częściej. Pomagał w ogrodzie, naprawiał płot, spędzał czas z dziećmi. Alicja i Wiktoria przestały być nieśmiałe opowiadały mu swoje sekrety. Ja czułam spokój, bez pośpiechu i zbędnych słów.

We wrześniu, gdy dzieci już spały, siedzieliśmy na ganeku. Nad głowami gwiaździste niebo, w oddali słychać było szczekanie psów.

Walusiu rzekł Andrzej pozwól mi być przy tobie nie tylko gościem. Kocham twoje dzieci jak własne.

W jego oczach lśniła szczerość, nie było w nich ani kropli wątpliwości. Milczałam, patrząc w gwiazdy. Czasem los zabiera, by oddać coś znacznie większego. Trzeba tylko poczekać.

Piętnaście lat od narodzin trojga minęło jak jedna chwila. Nasz podwórko przeszło przemianę mocny płot, nowy dach, solidny stodoła z kurami. Andrzej zbudował werandę z dużymi oknami. Każdy wieczór spędzamy tam razem. Łukasz, już wysoki nastolatek, przewyższa Andrzeja. Jego ręce pokryte są odciskami po całym lecie w kuźni.

Alicja szykuje się do studiów pedagogicznych, a Wiktoria, twórcza i niespokojna, wypełnia zeszyty wierszami. Ja pracuję pełny etat w bibliotece. Dzieci zwracają się do mnie z szacunkiem: Pani Walentyno Mikołajewna. Czasem zastępuję nauczycieli, prowadzę lekcje literatury, dzielę się przemyśleniami o życiu, wyborach, sile ducha.

Andrzej stał się człowiekiem o wielu talentach. Otworzył warsztat, w którym naprawiał wszystko od zamków po silniki. Łukasz spędzał przy nim godziny, chłonąc umiejętności. Już od dawna nazywał go tato, a dziewczynki mówiły nasz.

W dniu ukończenia szkoły Wiktorii, gdy wracaliśmy do domu, ktoś nas przywitał. Odwróciliśmy się. PrzyPatrząc na uśmiechnięte twarze moich dzieci i Andrzeja, poczułam, iż wszystkie burze przетłumaczyły się w spokojne, słoneczne dni, które dopiero przed nami.

Idź do oryginalnego materiału