Urodziłam trojaczki, a mój mąż się przestraszył i uciekł — choćby w szpitalu nie doczekał się na mnie.

newsempire24.com 22 godzin temu

Moja żona urodziła trojaczki, a ja w panice uciekłem choćby nie zobaczyłem jej w porodni.

Trojaczki? Żona moja, Walentyna Mikołajewna, prawdziwa bohaterka! Wszystko zdrowe chłopiec i dwie dziewczynki! To prawdziwy cud!

Ja tylko tata powiedziałam, uśmiechając się przez mgłę zmęczenia, starając się pojąć, co wydarzyło się w ostatnich osiemnastu godzinach.

To naprawdę był cud, a jednocześnie źródło niepokoju. Pierwsze dni w szpitalu minęły jak we mgle pomiędzy fizycznym wyczerpaniem a nieograniczoną radością. Leżałam na twardym łóżku, odzyskując siły po trudnym porodzie, wyobrażając sobie, jak nasz Łukasz po raz pierwszy zobaczy nasze maleństwa.

W myślach już widziałem Łukasza z jego oczami, a dziewczynki ciemnowłose, jak ja. Lekarze obiecali przynieść dzieci, jak tylko zakończą wszystkie badania.

Czekałam na Feliksa następnego dnia nie przyszedł. Zadzwoniłem do poczty, poprosiłem o przekazanie notatki może nie doszło do połączenia? Na leśnym gospodarstwie już trzeci dzień patrolują pola, pewnie tam go zatrzymało?

Trzeciego dnia przyniesiono mi przetwory, serniki, czyste pieluchy. Nie był to jednak jego przekaz podarował sąsiad. Na skrawku papieru napisano: Felek znowu pije, Walciu. Myślimy, iż dziadek Grzegorz cię zabierze. Nie martw się, damy ci wsparcie. Podpisy: Tania, Wiera, Zofia.

Moje ręce nagle zmarzły, a przylany lęk wślizgnął się pod skórę.

Jeszcze pięć dni temu byłam zwykłą wiejską kobietą, czekającą na pierwsze dziecko, a teraz matką trojga, którego choćby ojciec nie chciał zobaczyć. Uczucie zdrady powoli ściskało serce.

Z korytarza dobiegł ciężki krok.

Walentyno zagłosiła pielęgniarka przyjechał cię odebrać Grzegorz. Mówi sąsiad, przyjechał na sańcu! Czeka przy bocznym wejściu, przy stołku.

Pielęgniarka pomogła mi spakować rzeczy, przebrać niemowlęta. Jej ręce pracowały szybko, pewnie, z doświadczeniem i troską, delikatnie owijając nasze maleństwa w kołdry.

Trzymajcie podała zrolowaną kołdrę. To twoja najstarsza córeczka.

Wzięłam na ręce Alicję tak nazwałam ją, najcichszą z trójki. Położna mówiła, iż przyszła na świat dwie minuty przed siostrą. Drżącą dziewczynkę nazwałam Wiktorią z nadzieją, iż wytrzyma wszystko. Chłopca nazwałem Łukaszem, po dziadku.

Wyszliśmy na ganek. Ostrożnie stawiałam kroki, każdy odbijał się tępy ból w ciele. Dziadek Grzegorz stał przy starej sańcu, ciągnącej się pośród zimowego pejzażu konia. Dostrzegłszy nas, rzucił kozak w śnieg.

No co, mamo? Jedziemy rzekł, delikatnie przyjmując od pielęgniarki dwóch kolejnych maluchów i wkładając je w przygotowane kołdry. Przejedziemy.

Cicha wola towarzyszyła mi przez całą drogę. Śnieg gęstniał, ale droga do wsi była ubita, a wóz cicho sunął między zasypami. Dziadek od czasu do czasu lekko pociągał za wóz, mrucząc pod nosem. Przejechaliśmy obok pól, lasu, przeszliśmy mostek i w końcu z daleka wyłonił się dach naszego domu.

Jeszcze chwilę wytrzymaj mruknął, pomagając mi zejść.

Dzieci zostały w wozie, a ja bałam się choćby na moment odejść. Trzeba było otworzyć drzwi, rozgrzać piecyk. Grzegorz podniósł kołyski, a ręce drżały od zmęczenia i niepokoju. Pierwszy wszedł do domu, ja poszłam za nim.

W środku stał Feliks. Wokół rozrzucone torby, otwarty walizka. Spojrzał na mnie, jak na obcą.

Co? mój głos zadrżał.

Nie byłem gotowy. Nie spodziewałem się trojaczek jego wzrok przesuwał się po mnie. Poradzisz sobie sama. Przepraszam.

Dziadek Grzegorz ostrożnie położył kołyski przy kominku. Zobaczyłem, jak na jego szyi pojawiły się żywe żyły.

Co, zwariowałeś, Feliksie? Zostawiasz trzech dzieci i żonę? ryknął.

Nie wtrącaj się, stary! wykrzyknął i znów zwrócił się do rzeczy.

Nie masz sumienia! dusił go Grzegorz, chwytając za ramię, ale Feliks wymknął się, zapinając walizkę.

Feliksie podeszłam naprzód. Popatrz przynajmniej na nie

Rzucił okiem na kołyski i milcząco ruszył w stronę drzwi. Przeszedł próg, podszedł do podwórka, wyszedł przez furtkę i zniknął w zamieci, jakby nigdy go nie było.

Upadłam na podłogę, poczułam, jak we mnie gaśnie coś żywego. Oddychałam, ale w duszy panował pusty chłód.

Pierwszy rok był prawdziwą próbą taką, której nie życzyłbyś choćby wrogowi. Codziennie wstawałem o świcie i kładłem się dopiero po północy. Pieluchy, body, butelki, smoczki. Życie zamieniło się w niekończący się krąg troski. Jedno karmiło, drugie płakało

Przewijając troje, wracałaś do początku. Skóra na dłoniach rozrywała się od niekończącego się prania, a palce pokrywały się odciskami od wilgotnych pieluch.

Przeżyliśmy dzięki cudowi. Każdego ranka przy progu pojawiało się coś nowego dzbanek mleka, worek kaszy, wiązka drewna. Wieśniacy pomagali cicho, bez słów i wyjaśnień.

Najczęściej przychodziła Tania. Pomagała myć niemowlęta, nauczyła przygotowywać mieszankę, gdy moje mleko się wyczerpało.

Trzymaj się, Walciu mówiła, zręcznie owijając Łukasza. Na wsi się nie poddajemy. Twój Feliks to głupiec, a ty szczęśliwa. Bóg pobłogosławił cię dziećmi.

Dziadek Grzegorz codziennie wieczorem sprawdzał, czy piec jest rozpalony, czy dach nie przecieka. Pewnego razu przywiózł kilku mężczyzn naprawili stodołę, wymienili zepsute deski, zaszczelili okna.

Gdy nadeszły pierwsze mrozy, Wiera przyniosła wełniane skarpetki po trzy pary w każdym rozmiarze. Dzieci rosły nie po dniach, ale po godzinach, mimo ograniczonego jedzenia i trudności codziennego życia.

Wiosną zaczęły się uśmiechać. Alicja wyróżniała się spokojem, już jako niemowlę patrzyła na świat, jakby wszystko rozumiała.

Wiktoria była natomiast głośna, wymagająca, przyciągała uwagę głośnym płaczem. Łukasz był nieustępliwy i ciekawski; zaraz po tym, jak nauczył się przewracać, od razu eksplorował wszystko wokół.

Lato tego roku nauczyło mnie żyć od nowa. Przypinałam jedną nosidełko do pleców, drugie dwa dzieci wkładałam do domowego wózka i szłam na pole. Pracowałam między karmieniami, praniem i krótkimi drzemkami.

Feliks nie pojawiał się. Od czasu do czasu dochodziły pogłoski widziano go w sąsiedniej wsi: przybrudzony, nieogolony, z zamglonym spojrzeniem. Nie miałam już na niego gniewu. Nie było sił, by się na niego wzburzyć. Pozostała mi tylko miłość do dzieci i walka o każdy kolejny dzień.

Do piątej zimy życie zaczęło się układać. Dzieci dorastały, stawały się coraz samodzielniejsze. Pomagały sobie nawzajem, bawiły się razem, a potem poszły już do przedszkola. Ja znalazłam pracę w wiejskiej bibliotece przynajmniej na część etatu. Wieczorami przywoziłam książki do domu i czytałam je dzieciom przed snem.

Zima przyniosła nowego ślusarza Andrzeja. Wysoki mężczyzna z siwą brodą, zmarszczkami wokół oczu. Wyglądał na czterdzieści lat, ale był tak sprawny, iż wyglądał młodziej. Po raz pierwszy pojawił się w bibliotece w lutym, gdy na dworze szalała zamieć.

Dzień dobry odezwał się lekko chrapliwym głosem. Czy znajdzie się coś interesującego do czytania wieczorem? Może Dumas?

Podaję mu podniszczony tom Trzej muszkieterowie. Podziękował i odszedł. Następnego dnia wrócił z drewnianą zabawką w ręku.

To dla waszych maluchów powiedział, podając rzeźbionego konika. Mam rękę do stolarki.

Od tej pory często zaglądał wymieniał książki, przynosił nowe zabawki. Łukasz od razu go pokochał, rzucał się na niego, łapał za rękę, przyciągając skarby. Dziewczynki były ostrożniejsze, ale i one niedługo podążyły za nim.

W kwietniu, gdy śnieg już topniał, Andrzej przyniósł worek ziemniaków.

To dla was rzekł po prostu. Dobry gatunek, idealny do sadzenia.

Zaczerwieniłam się, przyzwyczajona już do braku męskiej pomocy po doświadczeniach z Feliksem.

Dziękuję, ale i tak radzę sobie sama

Wiem skinął głową. Wszyscy wiedzą, jaka jesteś silna. Czasem przyjęcie pomocy to też siła.

Wtedy zza rogu wybiegł Łukasz z kijem w ręku:

Andrzeju! Patrz, jaki miecz! Zrobimy prawdziwy?

Oczywiście! uśmiechnął się Andrzej i usiadł obok. A dla twoich sióstr zrobimy coś pięknego.

Pojechali do stodoly, rozmawiając o przyszłych projektach. Patrzyłam na nich i po raz pierwszy od dawna poczułam w sercu ciepło.

Lato Andrzej przychodził częściej. Pomagał w ogrodzie, naprawiał płot, spędzał czas z dziećmi. Alicja i Wiktoria przestały być nieśmiałe opowiadały mu swoje sekrety. Ja czułam się spokojnie przy nim bez zamieszania, bez nadmiaru słów.

We wrześniu, gdy dzieci już spały, siedzieliśmy na ganku. Nad głowami rozgwieżdżone niebo, w oddali szczekały psy.

Walciu powiedział Andrzej pozwól, iż będę przy tobie nie tylko gość. Kocham twoje dzieci jak własne.

Jego oczy lśniły szczerością, nie było w nich ani kropli wątpliwości. Milczałam, patrząc w gwiazdy. Czasem los zabiera, by potem dać znacznie więcej. Trzeba tylko poczekać.

Piętnaście lat od narodzin trojaczek minęło jak chwila. Nasz podwórko przeszło przemianę mocny płot, nowy dach, solidny stodoł z kurami. Andrzej zbudował werandę z dużymi oknami. Teraz spędzaliśmy tam każdy wieczór razem. Łukasz, wysoki nastolatek, już dorósł nad Andrzeja. Jego ręce były pełne odcisków po całym lecie w kuźni.

Alicja szykowała się do studiów pedagogicznych, a Wiktoria, twórcza i niespokojna, wypełniała zeszyty wierszami. Ja pracowałam cały dzień w bibliotece. Dzieci zwracały się do mnie z szacunkiem: Pani Walentyno Mikołajewna. Czasem zastępowałam nauczycieli prowadziłam lekcje literatury, dzieliłam się przemyśleniami o życiu, wyborach, sile ducha.

Andrzej stał się rzemieślnikiem wszechstronnym. Otworzył warsztat, naprawiając wszystko zamki, silniki, meble. Łukasz spędzał godziny przy nim, przyswajając umiejętności. Już od dawna nazywał AndrzejaAndrzej, patrząc na rosnące dzieci, poczuł, iż dzięki wspólnej pracy i miłości ich mała rodzina stała się nie tylko przetrwaniem, ale prawdziwym domem pełnym spokoju i nadziei.

Idź do oryginalnego materiału