Wiesławę we wsi osądzili już tego samego dnia, gdy brzuch zaczął jej się zaokrąglać pod swetrem. W wieku czterdziestu dwóch lat! Wdowa! Co za hańba!
Jej męża, Stanisława, pochowali na cmentarzu dziesięć lat wcześniej, a tu proszę – z brzuchem wróciła.
Od kogo to? szeptały baby przy studni.
Kto by tam zgadł! przytakiwały inne. Cicha, skromna… A jednak! Narobiła sobie!
Córki do wydania, a matka się bawi! Skandal!
Wiesława nie patrzyła na nikogo. Wracała z poczty ciężką torbę dźwigała na ramieniu i wzrok wbijała w ziemię. Tylko usta ściągnięte miała w wąską linię.
Gdyby wiedziała, jakie to wszystko przyniesie skutki, może by się w to nie wmieszała. Ale jakże miała nie pomóc, gdy własna krew zalewała się łzami?
A wszystko zaczęło się nie od Wiesławy, ale od jej córki, Izabeli…
Izabela nie była zwykłą dziewczyną, była niczym obrazek. Wykapana po ojcu, Stanisławie. Tamten też piękny był, chłop jak dąb, pierwszy do tańca we wsi. Jasnowłosy, niebieskooki. Izabela na niego cała.
Cała wieś na Izabelę patrzyła z podziwem. Natomiast młodsza córka, Celina ta cała po matce. Czarnowłosa, piwne oczy, cicha, poważna, jakby niewidzialna.
Wiesława w córkach duszy nie miała. Obie kochała, wszystko dla nich. Ciągnęła sama, jak wół: za dnia listonoszka, wieczorami na gospodarstwie u sąsiadów. Wszystko, by dziewczyny miały lepiej.
Wy się, dziewczyny, musicie uczyć! powtarzała. Nie chcę, żebyście całe życie, jak ja, z torbą latały i w błocie się nurzały. Do miasta z wami! Do ludzi!
Izabela faktycznie do miasta pojechała. Lekko, jakby odleciała. Dostała się do Akademii Handlowej. Od razu ją tam zauważono.
Fotki przysyłała: a to w restauracji, a to w modnej sukience. niedługo i narzeczony się pojawił. Nie byle kto, syn jakiegoś kierownika. Mamo, obiecał mi futro! pisała.
Wiesława cieszyła się. Celina natomiast posmutniała. Została po szkole na wsi, poszła do szpitala jako salowa chciała zostać pielęgniarką, ale nie starczyło pieniędzy.
Cała renta rodzinna po mężu i groszówka z pensji Wiesławy szły na Izabelę, na jej miejskie życie.
***
Tamtego lata Izabela przyjechała. Nie tak, jak zwykle radosna, wystrojona, z prezentami. Teraz cicha, bledziutka.
Dwa dni z pokoju nie wychodziła, a trzeciego rano Wiesława weszła i zastała ją płaczącą w poduszkę.
Mamo… mamo… jestem zgubiona…
I opowiedziała. Narzeczony, ten złoty, zabawił się i porzucił ją. A ona już w czwartym miesiącu.
Usunąć już za późno, mamo! jęczała Izabela. Co robić? On mnie nie zna, nie chce widzieć!
Powiedział, iż jak urodzę, to nie da ani grosza. A mnie z uczelni wyrzucą! Moje życie… skończone!
Wiesławę wmurowało.
Ty… ty córeczko… nie upilnowałaś się?
No i co z tego! wykrzyczała Izabela. Co teraz?! Do domu dziecka mam oddać? Albo pod płot podrzucić?!
Wiesławie serce mało nie pękło. Jak to do domu dziecka? Wnuka?
Tej nocy nie spała. Chodziła po kuchni, jak duch. Nad ranem usiadła przy łóżku Izabeli.
Nic nie szkodzi powiedziała stanowczo. Urodzimy.
Mamo! Jak?! Izabela zerwała się. Przecież wszyscy się dowiedzą! Hańba będzie!
Nikt nie musi wiedzieć odparła Wiesława. Powiemy… iż mój.
Izabela nie wierzyła własnym uszom.
Twój? Mamo, ty rozumiesz, co mówisz? Masz czterdzieści dwa lata!
Mój powtórzyła. Pojadę do ciotki do powiatu, niby pomóc. Tam urodzę, tam trochę pobędę. A ty wracaj do miasta, ucz się.
Celina przez cienką ścianę wszystko słyszała. Leżała w łóżku, zagryzła poduszkę i łzy płynęły jej po twarzy. Żal jej było matki, a do siostry czuła tylko gorycz.
***
Po miesiącu Wiesława wyjechała. Wieś pogadała i zapomniała. Po pół roku wróciła. Nie sama. Z niebieskim rożkiem.
No, Celinko, powiedziała do bladej córki. Poznaj braciszka… Miłosza.
Cała wieś oniemiała. Oto i cicha Wiesława! I wdowa!
Od kogo to? znowu pytały baby. Może od sołtysa?
Niee, za stary! Pewnie od agronoma! Facet po przejściach, przystojny!
Wiesława milczała i znosiła wszystko. Życie zaczęło się od nowa nie do pozazdroszczenia. Miłosz był wymagający, płaczliwy. Wiesława padała z nóg.
Torba listonoszki, gospodarstwo, a teraz i nieprzespane noce. Celina pomagała, jak mogła prała pieluchy, kołysała brata, choć w środku aż wrzało.
Izabela pisała z miasta. Mamusiu, jak się macie? Tęsknię! Nie mam pieniędzy, ledwie się utrzymuję. Ale wyślę wam zaraz!
Pieniądze przyszły po roku… Tysiąc złotych. I dżinsy dla Celiny o dwa rozmiary za małe.
Wiesława się kręciła, Celina była przy niej. Życie Celiny także się posypało. Chłopacy na nią patrzyli, ale gwałtownie rezygnowali. Komu potrzebna panna z takim dodatkiem? Matka z opinią, brat podrzutek…
Mamo, powiedziała kiedyś Celina, już mając dwadzieścia pięć lat, może już czas powiedzieć prawdę?
O Boże, dziecko! wystraszyła się Wiesława. Nie można! Zniszczylibyśmy życie Izabeli! Ona wyszła za dobrego człowieka…
Izabela rzeczywiście się ustawiła. Skończyła studia, wyszła za mąż za jakiegoś przedsiębiorcę. Wyjechała do Warszawy.
Przesyłała zdjęcia: tu Egipt, tam Turcja. Na zdjęciach – Warszawianka z klasą.
O brata nie pytała. To Wiesława pisała: Miłosz poszedł do pierwszej klasy, same szóstki przynosi.
Izabela w rewanżu przysyłała drogie, ale w wiejskim domu bezużyteczne zabawki
Lata gwałtownie mijały. Miłosz miał już osiemnaście.
Wyrósł cud, miód. Wysoki, niebieskooki, jak… Izabela. Wesoły, pracowity. Uwielbiał matkę (czyli Wiesławę) i siostrę Celinę też.
Celina w międzyczasie przywykła. Pracowała już jako starsza pielęgniarka w powiatowym szpitalu.
Stara panna, śmiali się za plecami. Sama postawiła na sobie krzyżyk. Całe życie u matki i Miłosza.
Miłosz skończył liceum z wyróżnieniem.
Mamo! Jadę do Warszawy! Chcę na studia! oznajmił.
Wiesławie ścisnęło się serce. Warszawa… Tam Izabela.
Może do naszego, wojewódzkiego? zaproponowała nieśmiało.
Nie, mamo! Muszę walczyć o swoją przyszłość! śmiał się Miłosz. Zobaczysz, będziemy kiedyś w pałacu mieszkać!
I gdy Miłosz wrócił z ostatniego egzaminu, pod bramą zatrzymało się luksusowe, czarne auto.
Z samochodu wysiadła… Izabela. Wiesława aż westchnęła. Celina, która stała w progu z ręcznikiem, zamarła.
Izabela była już pod czterdziestkę, ale wyglądała jak z okładki kolorowego magazynu szczupła, w drogim garniturze, w złocie.
Mamo! Celinka! Cześć! zaśpiewała całując oszołomioną Wiesławę w policzek. A gdzie…
Zobaczyła Miłosza. Chłopak właśnie wycierał ręce po naprawie w stodole.
Izabela zamilkła. Patrzyła na niego jak zahipnotyzowana. Potem łzy napłynęły jej do oczu.
Witam grzecznie powiedział Miłosz. Pani… Izabela? Siostra?
Siostra… powtórzyła odbitym głosem Izabela. Mamo, musimy porozmawiać.
Usiedli w kuchni.
Mamo… Mam wszystko. Dom, pieniądze, męża… Ale dzieci nie mam.
Rozpłakała się, rozmazując drogą maskarę.
Próbowaliśmy wszystkiego. In vitro, lekarze… Bezskutecznie. Mąż się złości, a ja nie mam już siły.
Po co przyjechałaś, Izabelo? spytała Celina.
Izabela spojrzała zapłakanymi oczami.
Przyjechałam po syna.
Oszalałaś?! Po jakiego syna?!
Mamo, nie krzycz! Izabela też podniosła głos. On jest mój! Urodziłam go! Chcę mu dać życie! Mam znajomości!
Przyjmą go na każde studia! Kupimy mu mieszkanie w stolicy! Mąż wie, wszystko mu wyznałam!
Wszystko? zdziwiła się Wiesława. A o nas powiedziałaś? Jak mnie po wsi zniesławiano? Jak Celinie…
Daj spokój Celinie! machnęła ręką Izabela. I tak tylko na wsi siedzi, będzie siedziała dalej! A Miłosz ma szansę! Mamo, oddaj! Ty uratowałaś mi wtedy życie dziękuję! Teraz oddaj syna!
On nie jest rzeczą! krzyknęła Wiesława. Jest moim dzieckiem! Noce nie spałam, wychowałam go! On jest…
I nagle wszedł Miłosz. Słyszał wszystko. Stał w drzwiach blady jak kartka papieru.
Mamo? Celino? O czym ona mówi? Jaki syn?
Miłosz! Synku! Ja jestem twoją matką! Słyszysz? Rodzoną matką!
Miłosz patrzył na nią jak na ducha. Potem zwrócił wzrok na Wiesławę.
Mamo… to prawda?
Wiesława zakryła twarz dłońmi i rozpłakała się. Wtedy wybuchła Celina.
Cicha, zawsze spokojna Celina, podeszła do Izabeli i spoliczkowała ją tak, iż aż ta się osunęła na ścianę.
Ty potworze! wrzasnęła i w tym krzyku było całe osiemnaście lat upokorzeń, złamane życie, żal do Matki. Matka? Jaka ty mu matka?!
Zostawiłaś go bez słowa, jak szczeniaka! Wiedziałaś, iż przez ciebie mama po wsi chodzić nie mogła, palcami pokazywali?! Myślałaś, iż przez twoją winę ja zostałam sama?! Ani męża, ani dzieci! A teraz wracasz?! Zabierać?!
Celinka, nie trzeba! szeptała Wiesława.
Trzeba, mamo! Dość już! Celina zwróciła się do Miłosza: Tak! To twoja matka! Która oddała cię mojej matce, żeby mogła się bawić w mieście!
A tamta, wskazała na Wiesławę, to twoja babcia! Która dla was obu poświęciła własne życie!
Miłosz długo milczał. Potem podszedł do płaczącej Wiesławy, ukląkł i objął ją.
Mamo… wyszeptał. Kochana mamusiu.
Podniósł głowę, spojrzał na Izabelę, która osuwała się po ścianie, trzymając się za policzek.
Nie mam matki w stolicy powiedział cicho, ale stanowczo. Mam jedną matkę. Tu. I siostrę.
Wstał, ujął Celinę za rękę.
A pani… proszę już jechać.
Miłosz! Synku! zawodziła Izabela. Daję ci wszystko!
Wszystko mam odrzekł Miłosz. Mam wspaniałą rodzinę. A pani nie ma nic.
***
Izabela odjechała wieczorem. Jej mąż, który widział całą scenę z auta, nie wyszedł choćby z samochodu.
Mówią, iż po roku i tak ją zostawił. Znalazł inną, urodziła mu dziecko. Izabela została sama, z pieniędzmi i swoją urodą.
Miłosz nie pojechał do Warszawy. Dostał się na inżyniera w wojewódzkim mieście.
Mamo, tu jestem potrzebny. Musimy postawić nowy dom.
A Celina? Tego wieczoru, gdy się wykrzyczała, jakby zrzuciła z siebie ciężar. Ożyła. Rozkwitła, mając już trzydzieści osiem lat.
Zainteresował się nią choćby ten sam agronom, o którym plotkowały baby wdowiec, sympatyczny.
Wiesława patrzyła na nich i płakała już tylko ze szczęścia. Grzech był, to prawda. Ale serce matki potrafi wszystko objąć i przebaczyć.
Bo w życiu najważniejsza jest miłość i oddanie one z czasem leczą choćby najgłębsze rany.













