Vitalek miał zaledwie trzy lata, gdy został osierocony przez matkę

newsempire24.com 9 godzin temu

Miałem zaledwie trzy lata, kiedy straciłem matkę. Zginęła mi na oczy, odrzucając mnie w ostatniej chwili, gdy nadjechał głośny motocykl. Jej czerwone suknie wystrzeliły jak płomień, po czym nastąpiła ciemność i cisza.

Lekarze walczyli, by przywrócić mi przytomność, i w końcu otworzyłem oczy. Wszyscy bali się chwili, gdybym zapytał o mamę, wywołał jej imię, ale milczałem. Milczałem pół roku, aż pewnej nocy w przeraźliwym krzyku wyrwałem się z głębi snu: Mamo!.

Wspomnienie wróciło niczym pożar, a w moich oczach znów zabłysło czerwone światło. Do tego czasu zamieszkiwałem już w domu dziecka w Krakowie i nie rozumiałem, po co mnie tu przywieziono. Nabrałem nawyku: co dzień podchodziłem do dużego okna, z którego widała się ulica i główna aleja, i wpatrywałem się w dal, napięty i czujny.

No co tu tak stoisz, chłopcze? warczała stara opiekunka Stasia, machając mopa.

Czekam na mamę. Przyjdzie po mnie.

Ach, co ty, wiesz? westchnęła Stasia. Nie stój tu bezczynnie. Pójdę ci podać herbaty.

Pójdę przytaknął dzieciak, po czym znów wracał pod okno, drżył, jeżeli ktoś podchodził do domu dziecka.

Dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, a ja wciąż pilnowałem swego miejsca, czekając, aż w szarym, beznadziejnym dniu znów zjawi się czerwona suknia i mama wyciągnie do mnie rękę, mówiąc: W końcu cię znalazłam, synu!.

Stasia płakała, patrząc na mnie, i żałowała mnie bardziej niż innych dzieci, ale nie mogła nic zrobić. Lekarze, psychologowie i kolejni doradcy tłumaczyli, iż nie wolno tak długo czekać, iż nie powinienem stać przy oknie cały dzień i noc, bo są inne zajęcia, gry, przyjaźnie.

Patrzyłem na tych dziwnych, niepojętych dorosłych, kiwałem głową, zgadzałem się, a gdy ich puścili, wracałem do swojego okna. Ile razy Stasia, przychodząc do pracy, widziała przez szybę mój cień, nie potrafiła zliczyć, ile razy po wyjściu machała mi na pożegnanie.

Pewnego dnia kobieta odwróciła się, spojrzała na mnie i pospiesznie ruszyła w stronę domu, powoli przesuwając zmęczone nogi. Jej droga wiodła przez most nad torami kolejowymi, przez który rzadko przechodziło się, ale dziś stała tam młoda kobieta i napięcie patrzyła w dół. Nagle wykonała nieuchwytny gest, a Stasia pojąła, czego pragnie.

Co ty, głupia? powiedziała, podchodząc nieco bliżej.

Co? Co pan powiedział? zapytała nieznajoma, surowo wpatrzona w staruszkę wyblakłymi oczami.

Głupia, mówię! Co ci w głowie siedzi, łobuziaku?! Nie wiesz, iż to grzech, by pozbawiać siebie życia? To nie ty wybrałaś ją, nie ty ją kończysz!

A jeżeli już nie mogę? wykrzyknęła kobieta z nagłą determinacją. jeżeli sił nie ma? I sensu nie widzę! Co wtedy?

Wtedy chodź do mnie. Mieszkam przy przejściu. Porozmawiamy. Tu nie ma sensu stać.

Stasia szła cicho, nie odwracając się i wstrzymując oddech. Za nią rozległy się kroki kobiety, a Stasia westchnęła z ulgą, iż zdążyła na czas.

Jak się nazywasz, głupia?

Ola.

Ola tak nazywała się moja córka. Zmarła pięć lat temu. Zachorowała poważnie i w ciągu roku spłonęła, zostawiając mnie sierotą, bez wnuków, dzieci i męża. Nazywam się Stasia. Wejdź, to moje skromne gniazdo, nie pałac, ale własny. Przemienię się i nakryję stół, zjemy i napijemy się herbaty, a wszystko się ułoży. Ola spojrzała na staruszkę z wdzięcznością i uśmiechnęła się.

Dziękuję, ciociu Stasio.

Nie ma za co Och, mój kochany, życie kobiet na ziemi zawsze ciężkie. Ile łez, ile cierpień trzeba znosić. ale rzucać się w skrajności to ostatnia rzecz.

Nie pomyślcie źle mówiła Ola, ogrzewając dłonie kubkiem pachnącej herbaty jestem silna. Ale to jakby szaleństwo mnie dopadło.

Ola urodziła się w małej wiosce pod Krakowem i do siedmiu lat nie znała smutku. Ojciec i matka kochali ją, bo była jedynakiem. Potem wszystko runęło. Ojciec opuścił rodzinę, wyjechał gdzieś, a okazało się, iż od lat ma drugą rodzinę i dzieci. Matka, nie wytrzymawszy ciosu, zaczęła pić i wyładowywać gniew na córkę.

W odwecie za męża, z którym nigdy się nie rozwiodła, zaczęła sprowadzać do domu obcych mężczyzn. Porzuciła gospodarstwo, nie gotowała, nie sprzątała, a ciężar spadł na młodą córkę. niedługo sąsiedzi matki rozniosły wszystkie oszczędności ojca.

Ola musiała po pracy u sąsiadów przycinać ogród, pomagać przy drobnych pracach, dostając w zamian jedzenie. Karmiła matkę, nie otrzymując za to podziękowań. Wiedziała, iż normalnej rodziny już nie będzie, bo ojciec nigdy nie zadzwonił, nie pytał, jak żyją. Słyszała, iż wyjechał za granicę, i zrozumiała, iż już go nie zobaczy.

Uprzedniała ją wrogość i upokorzenia, a bieda nie pozwalała jej mieć przyjaciół. Chłopcy omijali ją, bo była córką pijanej matki, więc samotność przygniotła ją jak nigdy wcześniej. Wieś była względnie zamożna, a rodziny takie jak jej były nieliczne. Dlatego od najmłodszych lat stała się wyrzutkiem.

Pewnej nocy, gdy Ola spała w małym pokoiku, do domu wpadł pijany znajomy matki. Ledwie udało jej się wyrwać i wyrwać się przez okno, unikając fatalnych konsekwencji. Do świtu siedziała przy zrujnowanej szopie, a gdy w domu zapadła cisza, zakradła się do swojego pokoju, wzięła dokumenty, wyjęła z ukrytego schowka trochę pieniędzy, spakowała kilka rzeczy i nie odwracając się uciekła, nie chcąc już wracać.

Wieczorem przyjechał jej ojciec Iwan, by spotkać się z córką. Zobaczywszy bałagan, spanikował i szukał Oli, przesłuchując sąsiadów, ale nikt nic nie wiedział. Dopiero wtedy dowiedział się, jak żyła jego dziewczynka przez lata. Siedział w drogim samochodzie i łkał, przeklinając siebie za późne przebudzenie.

Iwan był kierowcą ciężarówek i w jednej z tras poznał bogatą, niezamężną kobietę Grażynę. Korzystała wielokrotnie z usług jego firmy i zawsze nalegała, by przyjeżdżał właśnie Iwan. Przypaść jej do gustu zarówno wyglądem, jak i charakterem, Grażyna zrobiła wszystko, by go zdobyć. Z czasem urodziła dwójkę synów, a potem oznajmiła Iwanowi, iż wyjeżdża z Rosji.

Chcesz z nami żyć? Jedźmy razem. A jeżeli nie wróć do żony. Kocham cię, Waniu, i będzie mi trudno bez ciebie, ale nie będę cię zmuszać. Wybór twój.

Iwan wybrał ją. Żal z powodu zostawienia Oli był wielki, ale nie chciał już dzielić życia na dwie rodziny. Matka Oli zmęczyła go stałymi pretensjami i zazdrością, a do tego nabrała nałogu, wlewając alkohol w każde smutne dni.

Pewnego dnia, gdy Ola była w szkole, Iwan wrócił do domu i przyłapał żonę z jakimś mężczyzną. To rozstrzygnęło wszystko. Gdy dziewczyna wróciła, zobaczyła matkę w stanie upojenia i usłyszała, iż ojciec ich porzucił i nie wróci. Nie chciała wracać do domu i wyjechała do miasta.

Tam, dzięki dobrej, samotnej staruszce Zinidzie, dostała mały pokój, za który zapłaciła na trzy miesiące z góry. Gdy termin minął, babcia zaproponowała Oli opiekę w zamian za darmowy dach nad głową. Przez pięć lat Ola zajmowała się Zinidią, a w ostatnich dwóch była już leżąca. Po jej śmierci, płacząc ze współczucia, Ola dowiedziała się, iż odziedziczyła mieszkanie małe, na obrzeżach miasta, ale własne.

Pewnego wieczoru Ola poznała Jurka, przystojnego młodzieńca pracującego w banku. Uznała, iż los znów się uśmiecha. Dwa lata szczęśliwego małżeństwa przerwał dzień, gdy Ola przyłapała Jurka z inną kobietą. Jurek nie przepraszał, wyrzucił kochankę, a potem pobił Olę tak mocno, iż trafiła do szpitala. Nie zdążyła mu powiedzieć, iż jest w ciąży. Straciła dziecko; lekarze twierdzili, iż kolejna ciąża jest mało prawdopodobna. Nie miała już rodziny, domu, a mieszkanie od Zinidii Jurk sprzedał po roku i kupił sobie nowy samochód. Ola nie protestowała, bo wciąż go kochała i wierzyła, iż będą razem.

Po wypisaniu z szpitala Ola szła bez celu, aż nogi same zaprowadziły ją na kolejowy most. Stasia wysłuchała jej, nie przerywając, a gdy dziewczyna ucichła, rzekła:

To jeszcze nic. Żyć trzeba, rozumiesz? Jesteś młoda, przed tobą wszystko miłość, szczęście. Zobaczysz. Zostań ze mną, ja pracuję cały dzień i wracam dopiero wieczorem.

Dwie tygodnie Ola mieszkała u Stasi. Kolejny człowiek nowy policjant Grzegorz przybył, by poznać mieszkańców dzielnicy. Stasia nie było, więc rozmawiał z Olą, obiecując, iż wróci, kiedy właścicielka wróci. Rzeczywiście, przychodził kilka razy i gwałtownie stał się dla Oli jak brat.

Pewnego dnia Grzegorz zadzwonił do Oli i zapytał, czy zna Jana Andrzeja Sawelskiego.

Tak, to mój ojciec.

Ola, on od lat cię szuka.

Wtedy Ola stała się szczęśliwa i bogata. Ojciec, radosny, iż odnalazł córkę, kupił jej dobre mieszkanie, otworzył solidne konto w banku, pomógł znaleźć prestiżową pracę i obiecał częstsze wizyty.

Kilka lat później Ola postanowiła odwiedzić Stasię, przynieść jej smakołyki i porozmawiać z dobrą staruszką. Przyszła na czas. Stasia leżała z wysoką gorączką, chorą i słabą.

Coś mnie dopadło, Olaś! Boję się, iż nie przeżyję.

Nie, ciociu Stasio. Zadzwoniłam po karetkę, już jedzie, wszystko będzie dobrze. Wierzycie mi?

Wierzę. A teraz posłuchaj. Pracuję w domu dziecka. Jest tam chłopiec, Witalek, ma pięć lat. Chcę mu zostawić swoją kawalerkę, w szafie zostawiłam testament. Niech cię to obejmie.

Kim jest ten chłopiec? Jak go rozpoznam?

Rozpoznasz. On sam przy oknie na drugim piętrze stał od dwóch lat, czekając na zmarłą matkę. Mówi, iż przyjdzie w czerwonej sukni

Karetka zabrała Stasię do szpitala. ale po długim pobycie trafiła do sanatorium Ola pokryła koszty i wyjazd. Po powrocie do pracy zobaczyła puste okno. Witalka ktoś adoptował.

Dzieciaki opowiadały, iż w końcu przybyła jego matka. Rzeczywiście, pewnego poranka, gdy Witalek stał przy oknie, na drogę wysunęła się sylwetka kobiety. Chłopiec krzyknął, przyciskając rękę do mocno bijącego serca: kobieta w czerwonej sukni spojrzała prosto na niego i machnęła ręką.

Mamoooo!

Witalek pobiegł w jej stronę, bojąc się, iż nie zdąży, iż odejdzie i zostawi go. Ona, rozkładając ramiona, podbiegła do niego.

Mamo! Mamusia, kochana! Wiedziałem, wierzyłem, iż przyjdziesz! Czekałem na ciebie, mamo!

Ola płakała, przytulając chudą postać, i wiedziała, iż zrobi wszystko, by ten maluch już nigdy nie poznał smutku. Od tego czasu minęło wiele lat. Ola i Grzegorz mieszkali w dużym domu, wychowując Witalka, który szykował się do szkoły i z niecierpliwością czekał na przyjście młodszego braciszka. Z nimi mieszkała babcia Stasia, wdzięczna Oli i Grzegorzowi za wszystko. A spokojne szczęście tej rodziny tkwiło w miłości, którą codziennie sobie dawali.

Idź do oryginalnego materiału