Vitali siedział wygodnie przy biurku z laptopem i filiżanką kawy, kończąc ważne sprawy. Niespodziewanie przerwał mu telefon z nieznanego numeru: „Czy pan Witalij Dmitriewicz? Dzwonimy z porodówki. Zna pan Annę Izotową?” – głos starszego mężczyzny. „Nie… o co chodzi?”. „Anna zmarła wczoraj przy porodzie. Poinformowaliśmy jej mamę. Powiedziała, iż jest pan ojcem dziecka.” Zszokowany Witalij zaczyna gorączkowo analizować swoją przeszłość – dziewięć miesięcy temu wrzesień, pobyt w Sopocie, blondynka Anna… Nigdy nie planował dzieci, nie chciał zmieniać życia przez czyjąś decyzję. Jednak wobec śmierci Anny i dramatu nowo narodzonej córki musi podjąć decyzję. W szpitalu spotyka mamę Anny, która błaga: „Nie odmawiaj córki. Ja jej nie dostanę – sama mam chore serce, ale błagam, przyznaj się do niej. Pomogę jak będę mogła”. Formalności, test DNA, w końcu bierze na ręce swoją córeczkę: kopia ojca. Gdy mała mu się uśmiecha, Witalij podejmuje przełomową decyzję – razem z babcią zabiera córkę do domu i zaczyna nowe życie jako ojciec.

newskey24.com 4 godzin temu

Witold siedział wygodnie przy biurku z laptopem i kubkiem świeżo zaparzonej kawy. Musiał dokończyć kilka pilnych spraw. Nagle jego spokój przerwał dźwięk telefonu. Numer był nieznany.

Słucham, przy telefonie odezwał się z lekką rezerwą.
Czy rozmawiam z panem Witoldem Dąbrowskim? Dzwonię ze Szpitala Klinicznego przy Karowej. Zna pan może Zofię Witkiewicz? zapytał starszy mężczyzna, sądząc po głosie.

Zofii Witkiewicz? Nie kojarzę żadnej Zofii Witkiewicz. O co chodzi? zdziwił się Witold.
Sprawa jest poważna Niestety, pani Zofia zmarła wczoraj przy porodzie. Skontaktowaliśmy się z jej mamą, a ona podała pańskie nazwisko jako ojca dziecka głos w słuchawce zamilkł, wyczekując jego reakcji.

Ojca? Jakiego dziecka? coraz bardziej zdenerwowany dopytywał Witold.

Zofia urodziła dziewczynkę. Wczoraj. jeżeli jest pan Witoldem Dąbrowskim, to pan jest ojcem tej dziewczynki. Prosimy, by przyjechał pan jutro do szpitala na Karowej. Trzeba podjąć decyzję mówił lekarz powoli, każdego słowa ważąc.

Jaką decyzję? Witold zupełnie nie rozumiał, co się dzieje.

Proszę jutro przyjechać, zapytać o doktora Pawła Nowaka, to ja. Wszystko wyjaśnimy.

Telefony się rozłączył. Witold długo gapił się na ekran komórki, potem odłożył ją na blat i spróbował poukładać to, co usłyszał.

Zofia kto to jest Zofia? mruczał pod nosem, chodząc w tę i z powrotem po pokoju. Przecież nie znam żadnej Zofii

Wreszcie usiadł, pogładził brodę. Ile trwa ciąża? Dziewięć miesięcy. Teraz jest maj więc to byłby wrzesień. Co robiłem we wrześniu?

Podniósł kubek kawy do ust, skrzywił się i odstawił na bok.

We wrześniu byłem nad Bałtykiem. Dwa tygodnie w Sopocie No tak! Zosia!

Obraz jej twarzy był już zamglony, tylko niebieskie oczy w tej chwili wydały mu się niespodziewanie wyraziste. Ile już podobnych przygód miał? Każdą miał zapamiętać? Sam. Nigdy nie miał żony, nie myślał o dzieciach. Ułożone życie, własny świat. Na byle Zofię nie miał zamiaru go poświęcać. Ale ona nie żyje. To jakiś żart?

Jak mogła umrzeć rzucił w ciszę pokoju, nie kierując słów do nikogo konkretnego. Pewnie dwadzieścia lat ledwo skończyła

Zapaliłby, ale przecież rzucił już dawno. Coś dziwnego ścisnęło mu serce żal? Smutek? Poczucie winy?

Dziecko No, niech matka Zosi je weźmie! Przecież to jej wnuczka. A skąd w ogóle wiadomo, iż to moje dziecko?

Już wszystko sobie poukładał. Jutro pójdzie do szpitala, spotka się z lekarzem, podpisze oświadczenie o zrzeczeniu się praw, zamknie ten rozdział i wróci do swojego życia.

A jednak długo nie mógł zasnąć tej nocy. Myśli kłębiły się w głowie, w środku wiercił się jakiś niepokój

Chłód prosektorium zdawał się przeszywać na wskroś, kiedy spojrzał na Zosię. Suchy węzeł ściskał mu gardło; czuł, jak żal rozlewa mu się po całym ciele. Przypomniał sobie, jak śmiała się na plaży i jak patrzyła na niego zakochanymi oczami Z taką beztroską, jakiej już dawno nie widział u nikogo. Teraz leżała tu młodziutka, martwa.

Wybiegł na korytarz, gestem poprosił doktora Nowaka o chwilę sam na sam.

Pierwszej napotkanej osobie pożyczył papierosa, kilka desperackich zaciągnięć i odrzucił niedopałek na schody przed szpitalem. Głębokimi krokami ruszył w stronę gabinetu ordynatora.

Chce pan zobaczyć córkę? zapytał doktor Nowak.

Nie, najpierw chcę porozmawiać z matką Zosi. Gdzie ją znajdę? odpowiedział Witold, uparcie omijając to pytanie.

Czeka na korytarzu. Mijał ją pan rzucił lekarz.

Zaraz wracam powiedział Witold i gwałtownie wyszedł.

Od razu dostrzegł chudą kobietę w czarnym żałobnym nakryciu głowy, skuloną na krześle kilka metrów dalej.

Dzień dobry wydusił Witold, z trudem łapiąc oddech.

Matka Zosi spojrzała na niego. Witold poczuł, iż tonie w bólu, który zobaczył w jej oczach. Tak bardzo przypominała Zofię rysy twarzy niemal te same.

Wera. Wera Witkiewicz wydusiła z siebie cicho. Jestem mamą Zosi.

Witold. Dąbrowski przedstawił się niezręcznie.

Zosia mi o panu opowiadała. Już nigdy niczego mi nie opowie szepnęła, po czym rozpłakała się cicho.

Witold stał jak sparaliżowany, nie wiedząc, co zrobić ze sobą i z tym wszystkim.

Wera ociera łzy i mówi błagalnie:
Proszę, niech pan nie odrzuca swojej córki! Nie mogę pozwolić, by moja wnuczka trafiła do domu dziecka, rozumie pan?

Dlaczego do domu dziecka? Przecież jest pani babcią, na pewno ją pani przyjmą próbował ją uspokoić, a jednak w głowie kręciła mu się myśl: Ona wygląda na moją rówieśnicę

Nie pozwolą, mam II grupę inwalidzką, wrodzoną wadę serca Tylko pan może ją uznać Ale proszę się nas nie obawiać! Ja ją wychowam, nie będziemy panu przeszkadzać, tylko proszę Wera wyciągnęła do niego ręce, niemal padając na kolana.

Chodźmy powiedział tylko, prowadząc ją do gabinetu ordynatora.

Doktor Nowak uniósł wzrok znad papierów.
Co potrzeba do uznania ojcostwa? zapytał niepewnie Witold.

Test DNA odpowiedział lekarz, patrząc mu prosto w oczy. A jak państwo chcą dziecko nazwać?

Jak nazwać? zmieszał się znowu Witold.

Dziewczynka uśmiechnął się ordynator. Nadaliście już imię?

Chce pan ją zobaczyć? ponowił lekarz pytanie.

Witold spojrzał na Werę, pokręcił głową:
Nie nie chcę.

Formalności załatwili wyjątkowo szybko. Wyniki testu nie pozostawiały złudzeń to była jego córka. Witold poczuł się kompletnie nieprzygotowany do nowej roli, ale nie potrafił tak po prostu zostawić dziecka Werze, wymazać je z życia. Nie potrafił choćby wypowiedzieć słowa córka. To po prostu dziecko.

Pomogę im, ile się da, wyślę pieniądze, kupię wózek, ubranka obiecywał sobie jeszcze przed wypisem ze szpitala.

Kiedy zobaczył pielęgniarkę niosącą zawiniątko w różowym kocyku, pokryte koronkami i kokardkami, w gardle zaschło mu momentalnie.

Wera wzięła dziecko na ręce, odwinęła róg kocyka i zapytała:

Chcesz zobaczyć maleńką?

Witold nie zdążył odpowiedzieć. Drzwi gabinetu nagle się otworzyły i doktor Nowak poprosił Werę na chwilę do środka.

Wera oddała zawiniątko w jego ramiona i weszła do gabinetu.

Witold zamarł. Nie był w stanie mówić, choćby ruszyć ręką. Pęczek w jego ramionach okazał się ciepły i pachniał słodko. Nagle zawiniątko zaczęło się poruszać, wydało z siebie zduszony dźwięk, przypominający ciche miauczenie, po czym rozszlochało się głośno. Przestraszony zajrzał w maleńką twarz i zobaczył siebie. Dziewczynka była jego lustrzanym odbiciem.

Poczuł, jak pod nim miękną nogi; przysiadł na krześle obok i lekko pokołysał dziecko. Mała ucichła, spojrzała w jego oczy i jakby uśmiechnęła się do niego.

Po minucie Wera wróciła z gabinetu.

Proszę, oddaję ją panu wyciągnęła ręce po wnuczkę.

Nie, ja ją potrzymam Ona właśnie do mnie się uśmiechnęła! wykrzyknął Witold, po raz pierwszy od dawna naprawdę szczęśliwy. Jedziemy razem do domu, Wero powiedział cicho, ściskając córkę mocniej. Razem wracamy do domu.

Idź do oryginalnego materiału