— W naszej rodzinie cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty co wnosisz? — Galę, — szepnęła cicho Anna, głaszcząc brzuch. — Nazwiemy ją Galinka. — Znowu dziewczynka? To jakiś żart! — Pani Helena rzuciła wynik USG na stół. — W naszej rodzinie od czterech pokoleń mężczyźni pracowali na kolei! A ty co przynosisz? — Galinkę, — odpowiedziała cicho Anna, gładząc brzuch. — Nazwiemy ją Galinka. — Galina… — przeciągnęła teściowa. — No, chociaż imię normalne. Ale co z niej pożytek? Komu ona będzie potrzebna, twoja Galinka? Maksymilian milczał, wpatrzony w telefon. Gdy żona zapytała go o zdanie, tylko wzruszył ramionami: — Jest, jak jest. Może następne będzie chłopcem. Anna poczuła, jak coś ściska jej serce. Następne? A to maleństwo co, próba generalna? Galinka pojawiła się w styczniu — maleńka, z wielkimi oczami i burzą ciemnych włosków. Maksymilian pojawił się tylko po odbiór ze szpitala, przyniósł bukiet goździków i torbę z niemowlęcymi ubrankami. — Śliczna, — powiedział ostrożnie zaglądając do wózka. — Podobna do ciebie. — A nosek twój, — uśmiechnęła się Anna. — I uparte podbródek. — Daj spokój, — machnął ręką Maksymilian. — Wszystkie dzieci są takie same w tym wieku. Pani Helena przywitała ich w domu z kwaśną miną. — Sąsiadka Walentyna pytała, wnuk czy wnuczka. Wstyd było odpowiadać, — mruknęła. — W moim wieku bawić się lalkami… Anna zamknęła się w pokoju dziecięcym i cicho zapłakała, tuląc córeczkę do piersi. Maksymilian coraz więcej pracował. Dorabiał na bocznicy, brał dodatkowe zmiany. Tłumaczył, iż utrzymanie rodziny, zwłaszcza z dzieckiem, to spory koszt. Wracał późno, zmęczony i milczący. — Ona czeka na ciebie, — mawiała Anna, gdy mąż przechodził obok pokoju dziecięcego choćby nie zaglądając. — Galinka ożywa na dźwięk twoich kroków. — Jestem zmęczony, Aniu. Jutro muszę wcześnie wstać do pracy. — Ale choćby się z nią nie przywitałeś… — Jest mała, nie zrozumie. Ale Galinka rozumiała. Anna widziała, jak córka odwraca główkę do drzwi, słysząc tatę. A potem patrzy długo w pustkę, gdy jego kroki odchodzą. Miała osiem miesięcy, gdy zachorowała. Najpierw gorączka do trzydziestu ośmiu, potem do trzydziestu dziewięciu. Anna wezwała pogotowie, ale lekarz uznał, iż można jeszcze walczyć w domu. Następnego ranka temperatura podskoczyła do czterdziestu. — Maks, wstawaj! — Anna ciągnęła męża. — Galinka jest w fatalnym stanie! — Która godzina? — Maksymilian z trudem rozkleił oczy. — Siódma. Nie spałam całą noc. Trzeba do szpitala! — Tak wcześnie? Może poczekamy do popołudnia? Dziś mam istotną zmianę… Anna patrzyła na niego jak na obcego. — Twoja córka płonie od gorączki, a ty myślisz o pracy? — Przecież nie umiera! Dzieci często chorują. Anna zamówiła taksówkę sama. W szpitalu od razu przyjęli Galinkę do oddziału zakaźnego. Podejrzenie poważnego zapalenia — konieczna była punkcja lędźwiowa. — Gdzie ojciec dziecka? — zapytał ordynator. — Potrzebna zgoda obojga rodziców. — On… pracuje. Zaraz przyjedzie. Anna dzwoniła cały dzień. Telefon nie odpowiadał. Dopiero po siedemnastej Maksymilian odebrał. — Aniu, jestem w depo, mam robotę… — Maks, Galinka ma podejrzenie zapalenia opon mózgowych! Potrzebna twoja zgoda na punkcję! Lekarze czekają! — Co? Jaka punkcja? Nic nie rozumiem… — Przyjeżdżaj! Natychmiast! — Nie mogę, zmiana do jedenastej. Potem umówiony jestem z kolegami… Anna rozłączyła się bez słowa. Sama podpisała zgodę — jako matka miała prawo. Punkcję robiono pod narkozą ogólną. Galinka wyglądała tak maleńko na dużym łóżku zabiegowym. — Wyniki będą jutro, — powiedział lekarz. — jeżeli potwierdzi się zapalenie, leczenie potrwa długo — półtora miesiąca w szpitalu. Anna została na noc w szpitalu. Galinka leżała pod kroplówką, blada i bez ruchu. Tylko klatka piersiowa słabo unosiła się w górę i w dół. Maksymilian pojawił się dopiero w południe następnego dnia. Niezgolony, wygnieciony. — I jak tam… co się dzieje? — zapytał, niepewnie przekraczając próg sali. — Źle, — powiedziała krótko Anna. — Wyniki jeszcze nie ma. — A co jej robili? Ta… jak to… — Punkcja lędźwiowa. Płyn pobrano do badania z kręgosłupa. Maks zbladł. — Boli ją to? — Była pod narkozą. Nic nie czuła. Podszedł do łóżeczka i zamarł. Galinka spała, maleńka rączka leżała na kocyku, do nadgarstka przyczepiony był wenflon. — Ona… taka malutka, — wyszeptał Maksymilian. — Nie myślałem… Anna milczała. Na szczęście wyniki były dobre — nie ma zapalenia opon mózgowych. Zwykła infekcja wirusowa, ale z powikłaniami. Leczenie w domu pod kontrolą lekarza. — Szczęście w nieszczęściu, — stwierdził ordynator. — Jeszcze dzień czy dwa zwłoki i byłoby znacznie gorzej. W drodze do domu Maks milczał. Dopiero pod blokiem cicho zapytał: — Naprawdę jestem taki zły? Jako ojciec? Anna poprawiła śpiącą córeczkę i spojrzała na męża. — A jak ty myślisz? — Myślałem, iż mam jeszcze czas. Że ona malutka, niczego nie pojmuje. A okazuje się… — urwał. — Kiedy zobaczyłem ją tam, z tymi rurkami… Zrozumiałem, iż mogę ją stracić. I iż jest co tracić. — Maks, ona potrzebuje ojca. Nie żywiciela, nie tego, co przynosi pieniądze. Ojca. Takiego, który zna jej imię. Wie, jakie ma ulubione zabawki. — Jakie? — zapytał cicho. — Gumowy jeżyk i grzechotka z dzwoneczkami. Gdy słyszy twoje kroki, zawsze pełznie do drzwi. Czeka, aż ją podniesiesz. Maksymilian spuścił głowę. — Nie wiedziałem… — Teraz wiesz. W domu Galinka się przebudziła i zapłakała — cicho, żałośnie. Maks odruchowo sięgnął do niej, ale zawahał się. — Mogę? — zapytał żony. — To twoja córka. Wziął ją delikatnie. Dziewczynka zaszlochała i ucichła, patrząc na niego wielkimi, poważnymi oczami. — Cześć, maleńka, — szepnął Maks. — Przepraszam, iż mnie nie było, gdy się bałaś. Galinka sięgnęła rączką jego twarzy i dotknęła policzka. Maks poczuł, iż ściska go w gardle. — Tata, — powiedziała nagle wyraźnie. To było jej pierwsze słowo. Maks spojrzał szeroko otwartymi oczami na żonę. — Powiedziała… — Mówi już od tygodnia, — uśmiechnęła się Anna. — Ale tylko, gdy cię nie było. Widocznie czekała na adekwatny moment. Tego wieczoru, kiedy Galinka zasnęła w ramionach taty, Maks ostrożnie zaniósł ją do łóżeczka. Dziewczynka nie obudziła się, tylko mocniej chwyciła jego palec przez sen. — Nie chce mnie puścić, — zdziwił się Maks. — Boi się, iż znowu znikniesz, — wyjaśniła Anna. Posiedział przy łóżeczku jeszcze pół godziny, nie śmiąc oswobodzić palca. — Jutro biorę wolne, — powiedział żonie. — Pojutrze też. Chcę… chcę lepiej poznać córkę. — A praca? Nadgodziny? — Znajdziemy inny sposób, albo będziemy żyć skromniej. Najważniejsze, by nie przegapić, jak rośnie. Anna podeszła i objęła go. — Lepiej późno niż wcale. — Nigdy bym sobie nie darował, gdyby coś się stało, a ja nie wiedziałbym nawet, iż ma ulubione zabawki, — powiedział cicho Maks, patrząc na śpiącą córkę. — Albo iż umie powiedzieć „tata”. Tydzień później, gdy Galinka odzyskała siły, całą trójką poszli do parku. Mała siedziała tacie na barana i śmiała się, łapiąc rękami jesienne liście. — Patrz, jak pięknie, Galinko! — pokazywał Maks na żółte klony. — Tam jest wiewiórka! Anna szła obok, myśląc, iż czasem trzeba prawie stracić to, co najcenniejsze, by zrozumieć jego wartość. W domu przywitała ich niezadowolona pani Helena. — Maks, Walentyna mówiła, iż jej wnuk już w piłkę gra. A twoja… tylko lalkami się bawi. — Moja córka jest najwspanialsza na świecie, — spokojnie odpowiedział Maks, sadzając Galinkę na podłodze i podając jej gumowego jeżyka. — I lalki są świetne. — Ale ród się skończy… — Nie skończy się. Będzie trwał dalej. Inaczej, ale będzie. Pani Helena chciała zaprotestować, ale Galinka podpełzła do niej i wyciągnęła rączki. — Babcia! — zawołała i szeroko się uśmiechnęła. Teściowa zdezorientowana wzięła wnuczkę. — Ona… ona mówi! — zdziwiła się. — Nasza Galinka jest bardzo mądra, — dumnie powiedział Maks. — Prawda, córeczko? — Tata! — zaklaskała w dłonie Galinka. Anna patrzyła na tę scenę, myśląc, iż szczęście czasem przychodzi przez trudności. A największa miłość dojrzewa powoli, przez ból i strach przed stratą. Wieczorem, układając córkę do snu, Maks cicho śpiewał jej kołysankę. Głos miał miękki, trochę zachrypnięty, a Galinka słuchała z szeroko otwartymi oczami. — Nigdy wcześniej jej nie śpiewałeś, — zauważyła Anna. — Wcześniej wielu rzeczy nie robiłem, — odpowiedział. — Teraz mam czas nadrobić. Galinka zasnęła, mocno trzymając taty palec. I Maks nie wyrywał się — siedział w ciemności, wsłuchując się w oddech córeczki i myśląc, jak wiele można przeoczyć, jeżeli nie zatrzymasz się w porę i nie spojrzysz na to, co naprawdę ważne. A Galinka spała i uśmiechała się przez sen — bo wiedziała już, iż tata nigdzie nie pójdzie. To historię nadesłała do naszej redakcji jedna z Czytelniczek. Czasem los zmusza nas do trudnych wyborów i wielkich prób, by obudzić w człowieku najpiękniejsze uczucia. A czy Wy wierzycie, iż człowiek może się zmienić, gdy poczuje, iż może stracić to, co najcenniejsze?

newsempire24.com 3 dni temu

W naszej rodzinie cztery pokolenia mężczyzn pracowały na kolei! A ty co przyniosłaś? Janka, odpowiedziała cicho Anna, głaszcząc się po brzuchu. Nazwiemy ją Janka.

Znów dziewczynka? To jakiś żart! Teresa Michałowna rzuciła wynik USG na stół. W naszej rodzinie od pokoleń faceci byli kolejarzami! A ty co?

Janka powtórzyła Anna szeptem. Już wybraliśmy imię.

Janka przeciągnęła teściowa. No, chociaż imię normalne. Ale co z niej za pożytek? Komu będzie potrzebna ta twoja Janka?

Tomek milczał, wpatrzony w komórkę. Kiedy żona poprosiła o słowo, tylko wzruszył ramionami:

Jak jest, tak jest. Może następnym razem będzie chłopak.

Anna poczuła, jak coś ją ściska w środku. Następny? A ta malutka to co, próba?

Janka pojawiła się w styczniu maleńka, o wielkich oczach i kłębie ciemnych włosów. Tomek przyszedł tylko na wyjście ze szpitala, przyniósł bukiet goździków i reklamówkę z ubrankami.

Ładna, powiedział, zaglądając ostrożnie do wózka. Cała ty.

Ale twój nos, uśmiechnęła się Anna. I uparte podbródek.

Daj spokój, machnął ręką Tomek. Wszystkie dzieci wyglądają tak samo w tym wieku.

Teresa Michałowna przywitała ich w domu z grymasem.

Sąsiadka Zosia pytała, czy wnuczek czy wnuczka. Wstyd odpowiadać, burknęła. W twoim wieku bawić się w lalki

Anna zamknęła się w pokoju dziecinnym i rozpłakała cicho, tuląc córkę do piersi.

Tomek coraz więcej pracował. Dorabiał na bocznicy, brał dodatkowe zmiany. Mówił, iż rodzina to spory wydatek, zwłaszcza z dzieckiem. Do domu wracał późno, zmęczony i małomówny.

Ona na ciebie czeka, mówiła Anna, gdy mąż przechodził obok pokoju dziecięcego, choćby nie zaglądając. Janka ożywia się na dźwięk twoich kroków.

Jestem wykończony, Aniu. Jutro wcześnie do pracy.

Ale choćby się z nią nie przywitałeś

Jest za mała, nie rozumie.

Ale Janka rozumiała. Anna widziała, jak córka odwraca główkę do drzwi, słysząc kroki ojca. A potem długo patrzy w pustkę, gdy oddala się echo jego stóp.

W ósmy miesiąc Janka poważnie zachorowała. Najpierw gorączka podskoczyła do trzydziestu ośmiu, potem do trzydziestu dziewięciu. Anna wezwała pogotowie, ale lekarz stwierdził, iż na razie wystarczą leki przeciwgorączkowe. Rankiem temperatura dobiła do czterdziestu.

Tomku, wstawaj! szturchała męża Anna. Janka jest bardzo słaba!

Która godzina? Tomek otworzył z trudem oczy.

Siódma. Nie zmrużyłam oka całą noc. Musimy do szpitala!

Tak wcześnie? Może poczekamy do wieczora? Dziś mam istotną zmianę

Anna spojrzała na niego jak na obcego.

Twoja córka płonie z gorączki, a ty myślisz o zmianie?

No przecież nie umiera! Dzieci często chorują.

Anna zadzwoniła po taksówkę sama.

W szpitalu lekarze natychmiast przyjęli Jankę na oddział zakaźny. Podejrzewali poważne zapalenie konieczna była punkcja lędźwiowa.

A gdzie ojciec dziecka? spytał ordynator. Potrzebujemy zgody obojga rodziców.

Jest w pracy. Zaraz przyjedzie.

Anna dzwoniła do Tomka cały dzień. Telefon milczał. O siedemnastej wreszcie odebrał.

Aniu, jestem w parowozowni, mam robotę

Tomku, Janka może mieć zapalenie opon! Potrzebna twoja zgoda na punkcję! Lekarze czekają!

Co? Punkcja? Nic z tego nie rozumiem

Przyjedź! Natychmiast!

Nie mogę, zmiana do jedenastej. Potem miałem iść z chłopakami

Anna bez słowa się rozłączyła.

Zgodziła się sama jako matka miała prawo. Zabieg wykonali w pełnym znieczuleniu. Janka wyglądała na operacyjnej ławce tak krucho.

Wyniki będą jutro powiedział lekarz. jeżeli się potwierdzi czeka nas długie leczenie. Z półtora miesiąca.

Anna została na noc przy córce. Janka leżała pod kroplówką, blada i spokojna. Tylko jej klatka unosiła się i opadała cicho.

Tomek zjawił się następnego dnia w porze obiadu. Niewyspany, wymięty.

No i co jak sytuacja? zapytał, nie śmiejąc wejść do sali.

Źle, odpowiedziała Anna krótko. Wyniki jeszcze nie są gotowe.

Co jej robili? Ta jak to się mówi

Punkcję kręgosłupa. Pobrali płyn do analizy.

Tomek zbladł.

Bolało ją?

Była nieprzytomna. Nie poczuła.

Podszedł do łóżeczka i zamarł. Janka spała, maleńka rączka wystawała spod kołderki, do nadgarstka przyklejony wenflon.

Ona taka mała, wymamrotał Tomek. Nie sądziłem

Anna milczała.

Wynik badania wyszedł dobry nie było zapalenia opon. Zwykła infekcja wirusowa, choć z komplikacjami. Leczenie możliwe w domu, pod stałą opieką lekarza.

Mieliście szczęście, powiedział ordynator. Gdyby jeszcze parę dni zwlekać, mogło być dużo gorzej

W drodze do domu Tomek milczał. Dopiero pod klatką szepnął:

Czy naprawdę jestem takim złym ojcem?

Anna ułożyła śpiącą córkę wygodniej i spojrzała mu w oczy.

A ty jak myślisz?

Myślałem, iż jeszcze mam czas. Że ona taka malutka, nic nie pojmuje. A jednak zamilkł. Kiedy ją zobaczyłem z tymi rurkami Zrozumiałem, iż mogę naprawdę ją stracić. I iż miałbym co stracić.

Tomku, ona potrzebuje ojca. Nie tylko żywiciela. Ojca, który wie, jak ma na imię. Który umie opowiedzieć o jej ulubionych zabawkach.

Jakich? zapytał cicho.

Gumowy jeżyk i grzechotka z dzwoneczkami. Gdy wracasz do domu, zawsze czeka pod drzwiami, żebyś ją podniósł.

Tomek spuścił głowę.

Nie wiedziałem

Teraz już wiesz.

W domu Janka obudziła się i płakała cienkim, żałosnym głosikiem. Tomek odruchowo wyciągnął po nią ręce, po czym spojrzał pytająco na żonę.

Mogę?

To twoja córka.

Wziął Jankę na ręce. Dziewczynka pociągnęła nosem i ucichła, patrząc na niego szeroko otwartymi oczkami.

Cześć, maleńka wyszeptał Tomek. Przepraszam, iż nie było mnie przy tobie, gdy się bałaś.

Janka wyciągnęła rączkę i dotknęła jego policzka. Poczułem, jak gardło mi się ściska.

Tata powiedziała nagle wyraźnie.

To było jej pierwsze słowo.

Tomek spojrzał na Annę szeroko otwartymi oczami.

Ona ona powiedziała

Mówi tak już od tygodnia, uśmiechnęła się Anna. Ale tylko, gdy cię nie ma. Widać czekała na ten moment.

Wieczorem Janka zasnęła na rękach ojca. Ostrożnie zaniósł ją do łóżeczka. Nie obudziła się, tylko mocniej ścisnęła jego palec we śnie.

Nie chce puścić, zdziwił się Tomek.

Boi się, iż znów znikniesz, wyjaśniła Anna.

Siedział przy jej łóżeczku jeszcze pół godziny, nie odważając się wyswobodzić palca.

Jutro biorę wolne powiedział żonie. I pojutrze też. Chcę chcę lepiej poznać moją córkę.

A praca? Nadgodziny?

Znajdziemy inny sposób na życie. choćby jeżeli trzeba będzie oszczędzać. Najważniejsze, żeby nie przegapić, jak ona rośnie.

Anna objęła go cicho.

Lepiej późno niż wcale.

Nie wybaczyłbym sobie, gdyby coś się stało, a ja choćby nie wiedział, jaka jest jej ulubiona zabawka, powiedział Tomek, patrząc na śpiącą Jankę. Albo iż już umie powiedzieć “tata”.

Tydzień później, gdy Janka całkiem wyzdrowiała, poszli razem do parku. Janka siedziała na ramionach ojca i głośno śmiała się, łapiąc rękoma złote liście.

Widzisz, Janko, jaki piękny klon! pokazywał jej Tomek. A tam, popatrz, wiewiórka!

Anna szła obok i myślała, iż czasami trzeba prawie stracić najcenniejsze, by docenić, jak wiele to znaczy.

Teresa Michałowna przywitała ich w domu z niezadowoloną miną.

Tomku, Zosia mi mówiła, iż jej wnuczek już w piłkę gra, a twoja tylko lalki.

Moja córka jest najlepsza na świecie, odpowiedział Tomek spokojnie, sadzając Jankę na podłodze i podając jej gumowego jeżyka. A lalki są świetne.

Ród się skończy

Nie skończy. Będzie trwał tylko inaczej.

Teściowa chciała coś jeszcze powiedzieć, ale Janka podczołgała się do niej i wyciągnęła rączki.

Babciu! zawołała i szeroko się uśmiechnęła.

Zaskoczona Teresa Michałowna wzięła ją w ramiona.

Ona ona mówi! zdziwiła się.

Nasza Janka jest bardzo mądra, powiedział dumnie Tomek. Prawda, córeczko?

Tata! krzyknęła radośnie Janka i zaczęła klaskać.

Anna patrzyła na ten obrazek i myślała, iż szczęście często rodzi się przez próbę. A największa miłość nie pojawia się od razu, ale dojrzewa powoli przez ból i lęk przed stratą.

Wieczorem, kładąc córkę do łóżeczka, Tomek cicho śpiewał jej kołysankę. Miał lekko zachrypnięty głos, ale Janka słuchała z szeroko otwartymi oczami.

Nigdy wcześniej jej nie śpiewałeś, zauważyła Anna.

Wcześniej wielu rzeczy nie robiłem, odparł Tomek. Teraz mam czas nadrobić.

Janka zasnęła, trzymając mocno jego palec. A ja nie odważyłem się jej wyswobodzić siedziałem w półmroku i słuchałem jej oddechu, myśląc, ile można stracić, jeżeli za późno dostrzeże się, co naprawdę ważne.

A Janka spała i uśmiechała się przez sen już wiedziała, iż tata nigdzie nie odejdzie.

Tę historię przesłała jedna z naszych czytelniczek. Czasem los potrzebuje nie tylko wyboru, ale wielkiej próby, by obudzić w człowieku najjaśniejsze uczucia. A wy, czy wierzycie, iż człowiek może się zmienić, kiedy zrozumie, iż może stracić to, co najcenniejsze?

Idź do oryginalnego materiału