Dziś znowu myślę o tym naszym mieszkaniowym absurdzie i nie mogę powstrzymać złości, ale też pewnego przyzwyczajenia przecież od lat żyję w takim świecie, więc nic już mnie nie zaskakuje. Niby cała rodzina ma dach nad głową razem pięć mieszkań a ja z Michałem od kilku lat tkwimy w ciasnej wynajmowanej kawalerce na Pradze, pochłaniającej prawie całą naszą pensję. Jak to w ogóle jest możliwe?
Teściowie, czyli rodzice Michała, mieszkają w swojej, większej, zadbanej nieruchomości na Mokotowie, ale mają też dwa inne mieszkania jedno na Bemowie, drugie na Ursynowie, oba od lat wynajmują obcym ludziom. Zawsze powtarzają nam z uśmiechem, iż sami sobie zapracowali na cały ten majątek, więc młode pokolenie również powinno się postarać. Czasem mam wrażenie, iż zupełnie nie rozumieją, jak zmieniły się czasy już nie dostaje się mieszkań z urzędu czy za zasługi w fabryce, a ceny wszystkiego rosną szybciej niż nasze możliwości. Oszczędzanie na własne cztery kąty graniczy z cudem, gdy co miesiąc opłacasz wynajem.
Moja rodzina wcale nie jest inna. Gdy zmarła moja babcia Helena, zapisała mieszkanie przy Placu Zbawiciela właśnie mi tyle iż wtedy byłam jeszcze nastolatką. Rodzice, Elżbieta i Wiktor, zdecydowali, iż do mojej osiemnastki będą je wynajmować, tłumacząc się tym, iż pieniądze się przydadzą. No i ostatecznie już skończyłam studia, a mieszkania od dawna nie widziałam na oczy bo mama i tata w końcu bardzo polubili te dodatkowe przelewy co miesiąc i za nic w świecie nie pozwolą mi tam zamieszkać.
Przez to wszystko od dawna wynajmujemy z Michałem małą kawalerkę, w której ledwo możemy się obrócić, a kosztuje nas to tyle, iż niejednokrotnie zdarzało się jeść najtańszy chleb z dżemem. Teraz jestem na urlopie macierzyńskim, Zofia śpi przy mnie, a ja patrzę na nią z troską, bo pieniądze idą głównie na rachunki, nie na witaminy czy świeże owoce. Zawsze było krucho, ale jakoś wiązaliśmy koniec z końcem, dopóki nie przyszło dziecko. Michał haruje od świtu do nocy, łapie się dwóch etatów brak wykształcenia mocno go ogranicza, bo zaraz po technikum poszedł do wojska, a potem się poznaliśmy i już nie było szans na dalszą naukę.
Najgorsze jest to, iż mama co tydzień dzwoni i prosi, żebym poszła z nią do sklepu po jakąś nową bluzkę, a ja patrzę na swoje konto i wiem, iż nie mogę sobie pozwolić ani na porządną kawę, ani na witaminy. W kółko słyszę, iż „musimy być niezależni finansowo”, a ona i tata powtarzają, iż powinniśmy im pomagać, bo chcą trochę pojeździć po Europie, mieć życie bez stresu.
Naprawdę boli mnie, iż obie rodziny mają wszystko mieszkania, oszczędności, stabilność ale nie ma w nich miejsca na wsparcie dla dzieci. Nie oczekuję, iż oddadzą mi wszystko i będą sobie czegoś odmawiać, ale zwykła chęć pomocy tego się spodziewałam. Dla mnie to zupełnie obce podejście i wiem, iż moim dzieciom oddam wszystko, choćby więcej niż mam. Nie chcę powielać tego zimnego schematu.
Znajomi pocieszają, mówią: „Przecież kiedyś odziedziczycie to wszystko, będziecie bogaci.” Ale ja? Chyba już nie potrzebuję ani tych mieszkań, ani tej iluzji przyszłego majątku. jeżeli to jest cena, jaką płacimy za relacje niech trzymają te klucze choćby po drugiej stronie.


