Jeśli miałabym z branży gastronomicznej wybrać osobę, która jest dobitnym ucieleśnieniem hasła „człowiek orkiestra”, byłby to Grzegorz Łapanowski. Nie da się na jednym oddechu wymienić wszystkich jego zajęć zawodowych, wyliczę kilka: kucharz, organizator eventów, tv host, dziennikarz, działacz na rzecz dobrego odżywiania. Nam opowiada o stawaniu się tatą, o tym, jak godzi życie zawodowe z rodzinnym, i oczywiście o tym, co jedzą jego córki, sześcioletnia Jadzia i czteroletnia Janka.

Agata Napiórska: Ojciec córek! Czy dziewczynki są córeczkami tatusia?
Grzegorz Łapanowski: Na pewno tworzą superteam. Różnica dwóch lat między nimi jest idealna. Cenne są dla mnie spotkania z każdą z osobna, ale jako drużyna działają wspaniale, są bardzo zgrane.
Pamiętasz ten czas, gdy stawałeś się ojcem?
Początki nie były łatwe. Miałem nadzieję – i takie wyobrażenie – iż podobnie jak u kobiety, która rodzi, u mnie też pojawią się od razu endorfiny i oksytocyna, iż zaleje mnie miłość. Nie od razu tak się stało. Poczułem, iż bycie ojcem jest zupełnie nową rolą i iż to wielka odpowiedzialność. Na początki naszego rodzicielstwa nałożyła się pandemia, był to dość stresujący dla wszystkich czas. Do tego wiele zmienia się między partnerami. Ta relacja na jakiś czas schodzi na drugi plan, to już nie jest tylko związek dwojga ludzi – jest dziecko i większość spraw toczy się wokół niego, potem drugie i świat kręci się wokół tej dwójki. Teraz, kiedy nasze córki mają po cztery i sześć lat, lepiej rozumiem swoją funkcję w tym układzie.
Na czym dokładnie ta funkcja polega?
Dobre pytanie, złożone, pewnie nie ma na nie jednej odpowiedzi. Dziś ojcostwo to dla mnie bycie zaangażowanym, pomocnym rodzicem, wspierającym żonę i dzieci w ich rozwoju. To więcej niż tylko przynoszenie „chleba” do domu. Owszem, to też, ale myślę, iż przede wszystkim chodzi o wartościowy czas razem, sport, edukację, kulturę – ciało, duch i umysł; o to, iż możemy razem się rozwijać. Kiedyś przeczytałem na naklejce w którymś kościele, iż bycie ojcem to rodzaj powołania. Podoba mi się to porównanie. To rodzaj służby na rzecz rodziny – służby często nieudolnej i trudnej, jednak satysfakcjonującej i motywującej.
Kiedy nastąpił przełom?
Kiedy pierwsza córka miała około dwóch lat – zaczęła się wtedy relacja jak z małym człowiekiem. Potem jest już tylko lepiej, można robić z dziewczynami więcej rzeczy, jak z partnerkami. Rozumiem teraz, dlaczego w ludach pierwotnych mężczyźni „przejmowali” dzieci później. Teraz mogę iść z nimi na basen, na rolki, robić rzeczy, które są mi bliższe, a nie siedzieć na dywanie, bawić się klockami i czytać bajki.


Od razu czuć, iż masz ADHD.
Dlatego tacierzyństwo było dla mnie w pierwszej chwili jak zderzenie z pociągiem, wjazd do zupełnie innego świata. Ten, z którego wyszedłem, to było 200 eventów rocznie, gotowanie, podróże, telewizja i nagle bach – dziecko, monotonny cykl dnia i tygodni, zamknięcie w domu z powodu pandemii. Nie było to dla mnie łatwe. Kiedy miałem 30 lat, zrezygnowałem z alkoholu, a imprezy zamieniłem na pracę, od dziecka zresztą lubiłem dopaminę, przez lata jeździłem ekstremalnie na rolkach i desce – nagle, kiedy zostałem ojcem, nastąpiło cięcie. Zanim to zrozumiałem i nauczyłem się z tym sobie radzić, upłynęło sporo czasu.
A dopadł cię kryzys wieku średniego?
Zrozumiałem, iż przejście między trzydziestym i czterdziestym rokiem życia to przejście od ja do my, od działania na rzecz siebie do działania na rzecz rodziny i wspólnoty. Ten naturalny egoizm – i mój własny egoizm, który wydawał mi się normalny – nie był wcale taki zdrowy. To tak jak z uprawianiem sportu: 20-latek i 30-latek mogą to robić nieobowiązkowo i dla frajdy, a 40-latek po prostu musi ćwiczyć, inaczej będzie workiem bez energii. To niezbędne. W przypadku singla egoizm jest OK. W rodzinie jego powściągnięcie jest do pewnego stopnia potrzebne. Mówię o tym, ale nie twierdzę, iż to potrafię. Dziś przynajmniej widzę i wiem, iż tego się trzeba uczyć. Szczególnie przy dzieciach – do nich trzeba dostosować czas wolny, wakacje i wieczory, inaczej są niezadowolone, a niezadowolone dzieci… Wiemy, jak jest. Trzeba szukać kompromisu.
Późno decydujemy się na dzieci. Nasze dzieci są małe, a jednocześnie rodzice się starzeją.
Akurat ja się cieszę, iż moje dzieci urodziły się, gdy miałem 36-38 lat. Wcześniej nie byłem gotowy, ani mentalnie, ani ekonomicznie. To i tak było wyzwanie, ale wcześniej to byłoby szaleństwo. A tak czuję, iż pod względem czasu i miejsca one się pojawiły w idealnym momencie – jakby na styku starego i nowego życia, młodości i dorosłości.
Skoro jesteśmy przy dorosłości, powiedz, czym się teraz zajmujesz.
Jestem kucharzem, przez ostatnie 20 lat pracowałem na styku mediów, kulinariów, przemysłu spożywczego, eventów, marketingu i organizacji pozarządowych, co pozwoliło mi zebrać dość unikalne doświadczenie, którym dziś dzielę się z moimi klientami. To, co mnie fascynuje, to droga jaką przebywa jedzenie z pola na stół, każdy etap – logistyka, technologia, marketing, design, rolnictwo, etyka, medycyna i rzemiosło kulinarne rzecz jasna. Robię warsztaty, pokazy, sesje foto i wideo, pracuję w telewizji, ale też z przemysłem spożywczym i branżą gastronomiczną – przy projektach szkoleniowych i doradczych. Prowadzę imprezy kulinarne, biorę udział w targach i konferencjach. Właśnie otworzyłem Studio Agro – agencję kreatywną i studio kulinarne w gospodarstwie moich teściów. Oni od pokoleń są rolnikami, mistrzami w swoim fachu. Produkują wspaniałe warzywa – gotujemy z nich w duchu „z pola na stół”. Do końca roku, mam nadzieję, uda się otworzyć sklep z jakościowymi utensyliami kuchennymi i jakościową żywnością. Będzie to swojego rodzaju kreatywny hub z obszaru food. Pracujemy także nad powołaniem Centralnej Biblioteki Gastronomicznej.
Dużo! Jaki macie podział obowiązków z twoją partnerką Magdą, która przecież też pracuje w branży gastronomicznej?
Najczęściej ja odwożę dziewczyny rano do przedszkola. Sprzątamy wspólnie, choć pewnie Magda lepiej i więcej. Ja zajmuję się praniem, rozwieszaniem, składaniem czystych ubrań. Gotujemy razem, ja więcej dla nas, Magda więcej dla dzieci. Głupio się przyznać, ale przez wiele lat nie sprzątałem. Kiedyś zatrudniałem w swojej firmie 15 osób, mieszkałem sam i zawsze miałem kogoś do pomocy w domu, w tym sprzątania. Nauczyłem się jednak tego sam. Sprzątanie jest jak medytacja w ruchu, to także lekcja pokory. Dziś sobie to chwalę. To dzięki dzieciom uczymy się prostych rzeczy, o których myśleliśmy, iż potrafimy je wykonać, a jednak wcale nie są tak proste, jak nam się wydawało.
A jak najchętniej spędzacie czas z dziećmi? Dużo zajęć dodatkowych czy jednak nuda jest ważna?
Nie przesadzamy z zajęciami po przedszkolu. Dziewczynki chodzą na akrobatykę, a starsza Jadzia ma angielski. Do tego basen raz w tygodniu. Wiosną i latem jeździmy na rowerach i rolkach. Nie dociskamy córek. Są zwinne i wytrzymałe, podoba im się kultura sportowa. Uwielbiają też rysować, Janka robi ze mną książki kucharskie, konstruuje różne rzeczy. Wierzę, iż w świecie, w którym jest wiele intelektualnych wyzwań, kultura fizyczna jest ważna.
Myślicie już o szkole podstawowej?
Tak, sprawdzamy placówki w okolicy. Myślimy o szkole publicznej. Ursynów, gdzie mieszkamy, ma świetną infrastrukturę i usługi w cenie zbilansowanej względem jakości, jest kompaktowy, pozwala funkcjonować w ramach dzielnicy, i dobrze przystosowany do rodzin z dziećmi.
Wyspokojniałeś jako ojciec?
Bardziej zmieniłem proporcje i przewartościowałem swoje życie. Wcześniej wszystko kręciło się wokół pracy, teraz chcę być z Magdą i dziećmi. W tym tygodniu na przykład mógłbym już wrócić do pracy, ale jadę jeszcze z dziewczynami sam pod namiot i cieszę się na to. Warto mieć życie zbudowane na kilku fundamentach – rodzina, przyjaciele, praca, dom. Kiedy jeden z nich się zawali, mamy inne, które trzymają nas w pionie. Ważna jest harmonia. Dawniej, kiedy prowadziłem fundację Szkoła na Widelcu, chciałem zmieniać rzeczywistość żywienia zbiorowego, dziś mam inną perspektywę. Jest takie powiedzenie: kiedy człowiek jest młody, chce zmienić cały świat, kiedy ma więcej lat, chce zmienić najbliższe otoczenie, a kiedy jest dojrzały, chce zmieniać wyłącznie siebie.


Na którym etapie jesteś?
Jest mi coraz bliżej do ostatniego. Coraz lepiej rozumiem, iż nie da się decydować za innych, można edukować, bawić i uczyć, dawać wybór. Instytucje publiczne, szkoły, szpitale, więzienia mogą zapewniać lepszy dostęp do dobrego jedzenia – tam, gdzie na jedzenie wydaje się publiczne pieniądze, można kształtować gust i wpływać na zdrowe nawyki. Pytanie tylko, ile mamy energii i czasu w to, żeby się szarpać z systemem.
Teraz, kiedy masz córki w placówkach, nie chcesz wpływać na jakość jedzenia w stołówkach?
Chciałem, kiedy miałem cały czas świata, bo w organizacjach pozarządowych pracuje się do utraty sił za nieduże pieniądze. Oczywiście przez cały czas o tym myślę, robię popularnonaukowy program telewizyjny „Jedzenie ma znaczenie”. W jego ramach spotykamy się z najlepszymi w Polsce ekspertami do spraw żywności i żywienia i rozmawiamy o tym, jak złożony, a jednocześnie czasem paradoksalnie prosty jest to temat. W kontekście jedzenia istotnym wyzwaniem często są wiedza i umiejętności, ale też, nie oszukujmy się, czas i finanse – kiedy mówimy zarówno o żywieniu indywidualnym, jak i zbiorowym.
A jak wygląda odżywianie w waszym domu?
Czekałem na to pytanie! Początki to było BLW [ang. baby-led weaning, bobas lubi wybór – przyp. red.] i to było niezwykłe doświadczenie obserwować, jak dzieci pochłaniają brokuły, marchewki i buraki, rozcierając je po każdej możliwej płaszczyźnie. Potem nadszedł czas kanapek z masłem i makaronu z parmezanem. Dzieci są jednak różne. Janka jest smakoszką, chce pisać książki kucharskie, gotować ze mną, eksperymentuje, mówi „najpierw jem warzywa”, bo Magda idzie tropem glukozowej rewolucji, więc ona to kopiuje. Dla starszej córki zaś jedzenie kompletnie nie ma znaczenia. Nie robimy jednak halo wokół tego: chcesz jeść, to jedz, nie chcesz, to nie jedz. Potem to się i tak zmieni.
Co dziewczynki najchętniej jedzą?
Rosół, makaron bolognese, zupę jarzynową u babci, frytki, zupę ogórkową, pomidorową. Janina lubi risotto. Obie lubią owsiankę i jajka na twardo, kiszone ogórki i wszelkie owoce.
A jak z cukrem?
Dałyby się pokroić, wiadomo. W domu raczej rzadko są słodycze, latem dziewczyny jadają lody, dużo lodów. Ciasto i prawdziwe desery jedzą, ale żelki i słodycze ze sklepu staramy się ograniczać. To trudne, kiedy żyje się w społeczeństwie, w którym jest na to powszechne przyzwolenie. Chodzimy z dziećmi na urodziny, które są przecież co chwilę, a tam na stole sam cukier. Co zrobić, gdy inne dzieci jedzą? Co powiedzieć innym rodzicom – iż moje nie może? Na tyle, na ile się da, staramy się ograniczać cukier. W naszej diecie też.
Dbacie o wspólne posiłki w domu?
Absolutnie. To jedna z najpiękniejszych rzeczy w jedzeniu – iż można siąść przy stole z bliskimi. W kuchni mamy dwie wyspy kuchenne, jedna jest Magdy, druga moja. Dzieciaki mają kitchen helpery i pomagają nam w przygotowywaniu posiłków. To nas łączy z Magdą, pochodzimy z domów, w których ważna była kultura jedzenia, to, żeby razem jeść śniadania, obiady i kolacje. To piękna część naszej rzeczywistości, warto się nią cieszyć na co dzień – na tyle, na ile to możliwe w tej pędzącej rzeczywistości.
Grzegorz Łapanowski
Ojciec, kucharz, przedsiębiorca, dziennikarz kulinarny, założyciel i były prezes fundacji Szkoła na Widelcu, właściciel marki Old Friends Kimchi, inicjator Gastro Garden i organizator Warszawskiego Festiwalu Kulinarnego. Autor licznych książek kulinarnych, a także wielu
programów telewizyjnych i radiowych. Juror i prowadzący polską edycję programu „Top Chef”.

![Wkrótce otwarcie nowej wystawy w Muzeum Armii Krajowej [ZDJĘCIA]](https://krknews.pl/wp-content/uploads/2026/02/628005872_1852332922187251_9091874312598494104_n.jpg)










