Wczesna wiosna
Mała Zuzia, czteroletnia dziewczynka, przyglądała się nowemu sąsiadowi, który kilka dni temu pojawił się w naszym podwórku. To był siwy emeryt, siedzący na ławeczce przy kamienicy przy ulicy Jana Pawła II. W ręku trzymał laskę, na której opierał się niczym czarodziej z opowieści.
Dziadku, czy pan jest czarodziejem? zapytała natychmiast.
Gdy usłyszała, iż nie, nieco się zamieszkała.
To po co pan tę laskę? dopytała dziewczynka.
Potrzebuję jej do chodzenia, żeby było łatwiej uzupełnił pan Eugeniusz Kowalski, przedstawiając się Zuzii.
Czyli jest pan bardzo stary? ponownie spytała ciekawska Zuzia.
Według twojego podziału tak, stary, ale według mojego jeszcze nie tak bardzo. Po prostu bolała mnie noga, niedawno ją złamałem. Nieszczęśliwie spadłem. Dlatego teraz chodzę z laską.
Wtedy wyszła babcia dziewczynki, pani Marta Nowak, wzięła ją za rękę i poprowadziła do parku. Marta pozdrowiła nowego sąsiada, on uśmiechnął się. Jednak przyjaźń sześćdziesięcioletniego pana Kowalskiego zawiązała się przede wszystkim z Zuzią. Dziewczynka, czekając na babcię, wychodziła na podwórko nieco wcześniej i potrafiła opowiedzieć starszemu przyjacielowi wszystkie nowinki: o pogodzie, co babcia ugotowała na obiad, i czym zachorowała jej koleżanka tydzień temu
Pan Eugeniusz nieustannie ofiarowywał małej sąsiadce dobrą czekoladową cukierkę. Zauważył, iż za każdym razem Zuzia dziękuje, odrywa dokładnie połowę, a drugą starannie zawija w papier i chowa do kieszeni kurtki.
Dlaczego nie zjesz całej? Nie smakowała? pytał Eugeniusz.
Pyszna, ale muszę dać i babci odpowiedziała dziewczynka.
Emeryt był wzruszony i następnym razem podarował jej dwie cukierki. Znowu mała Zuzia odgryzła połowę i schowała resztę.
A teraz komu oszczędzasz? zapytał, zadziwiony gospodarnością dziecka.
Teraz mogę dać mamie i tacie. Choć sami kupią sobie coś, to i tak cieszy ich, iż dostaną smakołyk wyjaśniła Zuzia.
Rozumiem. Macie prawdopodobnie bardzo zżytą rodzinę domyślił się sąsiad. Masz szczęście, dziewczynko. I dobre serce.
I babci również, bo ona wszystkich kocha zaczęła opowiadać, ale babcia już wyszła z klatki i podała rękę wnuczce.
Aha, panie Eugeniuszu, dziękujemy za przysmaki. Ale ani wnuczka, ani ja nie powinniśmy jeść słodyczy. Proszę wybaczyć
Co więc mam zrobić? Mam dylemat Co wam podać? zapytał.
W domu mamy wszystko Dziękujemy, nic nie potrzebujemy uśmiechnęła się Marta.
Nie mogę tak zostawić, naprawdę chciałbym was poczęstować. Buduję sąsiedzkie relacje i nie ukrywam tego odpowiedział z uśmiechem Eugeniusz.
Przejdźmy więc na orzechy. Będziemy je jeść w domu, czystymi rękami. Dobrze? zwróciła się do sąsiada i wnuczki.
Zuzia i Eugeniusz skinęli się zgodnie, a następnym razem Marta znajdowała w kieszeniach wnuczki kilka włoskich orzechów laskowych albo włoskich.
Och, moja mała wiewiórko, nosi orzeszki. Wiesz, iż to dziś drogi przywilej, a pan potrzebuje lekarstw, bo jest nieco kulejący?
Nie, nie jest stary i nie kuleje. Jego noga się już poprawia wtrąciła się Zuzia w obronie przyjaciela i chce na zimę znów wstać na narty.
Na narty? zdziwiła się babcia. To świetnie.
A czy kupisz mi narty, proszę? poprosiła Zuzia. Chcę jeździć z panem Eugeniuszem. Obiecał mnie nauczyć
Marta, spacerując w parku z wnuczką, zauważyła sąsiada, który już chodził po alei bez laski.
Dziadku, ja też z tobą! goniła Eugeniusza i szła obok niego energicznym krokiem.
Poczekajcie na mnie, pośpieszyła Marta za wnuczką.
Tak trójka zaczęła regularnie spacerować, a Marta polubiła tę wspólną wędrówkę, a Zuzia zmieniła ją w wesołą zabawę. Dziewczynka potrafiła jednocześnie pobiegać, zatańczyć na ścieżce, wskoczyć na ławkę, spotkać babcię i sąsiada, a potem znów iść obok nich, rozkazując:
Jeden, dwa, trzy, cztery! Silniejszy krok, patrz przed siebie!
Po przejściu na ławkę w podwórku babcia i pan Kowalski siadali, a Zuzia bawiła się z koleżankami, zawsze dostając od Eugeniusza kilka orzeszków przed pożegnaniem.
Sprowadzacie ją za bardzo zakłóciła babcia. Zostawmy tę tradycję na święta, proszę.
Eugeniusz opowiadał Marcie, iż pięć lat temu został wdowcem i dopiero teraz postanowił wymienić swój trzypokojowy kawalerka na dwie: jedną małą, do której się przeprowadził, i dwupokojowe mieszkanie dla rodziny syna.
Lubię to. Nie bardzo szukam towarzystwa, ale przyjaźnie potrzebne są, zwłaszcza w sąsiedzkich sprawach.
Po dwóch dniach pod drzwi Eugeniusza zapukała Zuzia i Marta z tacą pierogów.
Chcemy pana poczęstować przywitała się Marta.
Czy macie czajnik? zapytała Zuzia.
Oczywiście, zaraz podam! otworzył drzwi Eugeniusz.
Herbata rozgrzała wszystkich. Zuzia z zaciekawieniem przyglądała się bibliotece i kolekcji obrazów pana Kowalskiego, a Marta obserwowała euforia wnuczki i cierpliwość, z jaką sąsiad tłumaczył każdą sztukę.
Moi wnuki są już daleko studenci. Tęsknię dodał. A twoja babcia wciąż młoda!
Pogłaskał dziewczynkę i podał jej kredkę i kartkę.
Jestem dopiero dwa lata na emeryturze, więc nie ma czasu w nudę zauważyła Marta, wskazując na Zuzję. Poza tym córka już oczekuje drugiego dziecka. Szczęśliwi, iż mieszkamy w sąsiednich kamienicach. To jakbyśmy byli jedną rodziną.
Lato minęło w rozmowach, a zimą babcia, jak obiecała, kupiła Zuzie narty, i trójka zaczęła treningi na przygotowanej w parku szlaku narciarskim.
Eugeniusz i Marta stali się tak blisko, iż chodzili po prostu razem. Zuzia, nie chodząca do przedszkola, prawie zawsze była u babci. Codziennie się spotykali, aż pewnego dnia Eugeniusz wyjechał w gościnę do rodziny w Warszawie.
Zuzia tęskniła i nieustannie pytała babcię, kiedy wróci pan Kowalski.
Pojechał na dłużej. Mówi, iż będzie miesiąc w stolicy, bo musiał pojechać. My pilnujemy jego mieszkania, bo przyjaciele wyjaśniła Marta. Marta przyzwyczaiła się do obecności uważnego sąsiada i cieszyła się jego odwiedzinami, uśmiechem i zawsze dobrą energią. Pan Eugeniusz pomagał im: wieszał gniazdka, wymieniał przepalone żarówki w żyrandolu.
Tydzień minął, a Marta i Zuzia już brakowało ich przyjaciela. Patrzyły na pustą ławkę, na której zwykle czekał, i czuły się nieco puste.
Ósmego dnia Marta wyszła z klatki, spiesząc się do wnuczki, i zobaczyła Eugeniusza na swoim stałym miejscu.
Witaj, drogi sąsiedzie zdziwiła się Marta nie spodziewałam się tak szybko! Mówiłeś, iż zostaniesz dłużej.
Ach, hałaśliwe miasto mnie znudziło. Wszyscy w pracy, zajęci. Co mam czekać aż do wieczora sam? Posiedziałem trochę, pogadałem, i już jestem. Tęskniłem za wami, jakbyście byli rodziną
Dziadku, co podarowałeś swoim wnukom? Cukierki? zapytała Zuzia.
Dorośli roześmiali się.
Nie, kochana Cukierki im też nie służą. Są już dorośli. Musiałem podarować pieniądze. Lepiej im tak, by mogli się uczyć i rozwijać przyznał Eugeniusz. Niech zbierają doświadczenie.
Cieszę się, iż wróciłeś szybko, jakbyś nie zostawił ducha dodała Marta.
Zuzia przytuliła Eugeniusza, co go bardzo wzruszyło.
Dziś mamy dużo naleśników z różnymi nadzieniami. To nie gorsze od pierogów. Są delikatne i lekko posmarowane. Chodźmy na herbatę, a przy okazji opowiesz, jak jest w Warszawie zaproponowała Marta.
Co to za Warszawa? Piękna stolica odpowiedział. Przyniosłem wam małe upominki i niespodzianki wziął Martę za rękę, a Zuzę wzięła za rączkę i ruszyli, bo spadł pierwszy wiosenny deszcz. Odwilż była nieoczekiwana, wczesna, przedwczesna.
Dlaczego dziś tak ciepło? zapytał Eugeniusz, patrząc na Martę.
Bo niedługo wiosna! odpowiedziała dziewczynka niedługo Dzień Kobiet, a babcia przygotuje stół i zaprosi gości. I ciebie, dziadka, także.
Och, jak bardzo was kocham, drogie sąsiadki rzekł Eugeniusz, wchodząc po schodach.
Po naleśnikach wręczono pamiątki: Zuzie piękną, kolorową drewnianą babinkę, a Marcie srebrny broszkę. Trójka znów wyszła na dwór i podążyła znanym, jak mówił pan Kowalski, utwardzonym szlakiem w parku. Śnieg zszarzał, nasiąkł wodą niczym gąbka, a ścieżki odsłoniły się. Zuzia skakała po mokrych kostkach, ciesząc się ciepłym powietrzem:
Babciu, dziadku, łapcie mnie! Jeden, dwa, trzy, cztery! Silniejszy krok, patrzcie przed siebie!













