Wczesna Wiosna w Serce Polski

twojacena.pl 11 godzin temu

28 kwietnia, wiosna dopiero się budzi. Dziś po raz pierwszy zauważyłam nowego sąsiada, który od rana siedział na ławce przy naszym podwórzu w Warszawie, w dzielnicy Mokotów. Miał siwe włosy i trzymał w ręku laskę, jakby była magiczną różdżką z bajki. Zastanawiałam się, kim jest, więc podeszłam i zapytałam:

Dziadku, czy pan jest czarodziejem?

Usłyszałam, iż nie, a serce mi zabiło nieco szybciej, bo przynajmniej coś się zmieniło w naszym cichym zakątku. Nie mogłam się jednak powstrzymać i dopytałam dalej:

A po co pan ma laskę?

To mi pomaga w chodzeniu, żeby nie musieć tak mocno się męczyć odpowiedział pan Stanisław Kowalski, przedstawiając się uprzejmie.

To znaczy, iż jest pan bardzo stary? dopytałam z ciekawością.

Według twoich miar może i tak, ale ja czuję się jeszcze całkiem sprawnie. Po prostu złamałem nogę, kiedy niezdarnie spadłem ze schodów, więc muszę używać laski, dopóki nie wyzdrowieję odparł, lekko uśmiechając się.

Wtedy podeszła moja babcia, Maria Nowak, i chwyciła mnie za rękę, prowadząc w stronę parku Łazienki. Pan Kowalski przywitał się z nią serdecznym skinieniem, ale prawdziwe przywiązanie wydawało się budować właśnie ze mną. Zanim babcia dotarła do mojego pokoju, wychodziłam wcześniej na podwórko i już wtedy mogłam podzielić się z panem Kowalskim wszystkimi nowinkami: o pogodzie, o zupie pomidorowej, którą babcia dziś ugotowała, i o tym, iż moja koleżanka Ania zachorowała tydzień temu.

Pan Kowalski zawsze ofiarowywał mi po jednej dobrej czekoladowej cukierce. Zawsze wyciągałam ją, odgryzłam dokładnie połowę, a resztkę starannie zawijałam w papier i chowałam do kieszeni kurtki.

Dlaczego nie zjesz całości? Nie smakowała? pytał, przyglądając się mi.

Jest pyszna, ale muszę podzielić się z babcią odpowiadałam.

Jego serce się roztoczyło, więc następnym razem przyniósł mi dwie cukierki. Znowu zjadłam po połowie i schowałam resztę.

A teraz komu to zostawiasz? zapytał, zdumiony moją oszczędnością.

Można by podzielić się z mamą i tatą. Oni i tak mogą sobie kupić coś słodkiego, ale bardzo się cieszą, kiedy dostają małą niespodziankę wyjaśniłam, rozmyślając nad planami.

Rozumiem, macie naprawdę przyjazną rodzinę zauważył pan Kowalski. Masz szczere serce, Zosiu.

I babcia też, bo kocha wszystkich dodałam, ale babcia już wybiegła z klatki i wyciągnęła mi rękę.

Panie Kowalski, dziękujemy za słodkości, ale my i wnuczka nie powinniśmy jeść za dużo cukru. Proszę wybaczyć

Co mam zrobić? Co mogę przynieść? spytał, niepewnie.

W domu mamy wszystko, nie musi pan nic przynosić uśmiechnęła się babcia.

Nie mogę tak po prostu odejść. Chciałbym was poczęstować. Pracuję nad dobrymi sąsiedzkimi stosunkami i nie ukrywam tego odparł, uśmiechając się szeroko.

Spróbujmy orzechów. Będziemy je jeść w domu, rękami czystymi. Dobrze? zasugerowała babcia, zwracając się zarówno do mnie, jak i do pana Kowalskiego.

Zgodziłyśmy się z entuzjazmem. Następny dzień babcia znalazła w mojej kieszeni kilka orzechów włoskich i laskowych, które pan Kowalski zostawił.

O, mała wiewiórko, nosisz orzechy! Wiesz, iż to dziś już nie lada przyjemność, a starszy pan potrzebuje lekarstw, bo jest trochę kulejący? zauważyła babcia.

Pan nie jest już taki stary i nie jest kulejący. Jego noga się zagoi, a on planuje już w zimę wstać na narty broniłem go, patrząc na pana.

Na narty? zdziwiła się babcia. To odważnie.

Czy mogłabyś kupić mi narty, proszę? poprosiłam, patrząc z nadzieją na pana Kowalskiego. Chciałbym razem z panem jeździć. Obiecał mnie nauczyć.

W parku, spacerując po alei, zobaczyłam pana Kowalskiego bez laski, pewnie krocząc z nową energią.

Dziadku, chodźmy razem! podbiegłam, trzymając się go mocno.

Poczekajcie na mnie wołała babcia, goniąc nas.

Zaczęliśmy chodzić we trójkę. Babcia przyzwyczaiła się do takiego tempa, a ja zamieniłam spacer w zabawę: biegałam, tańczyłam na ścieżce, wspinałam się na ławkę, a potem znów przyłączałam się do pana, dając rozkazy:

Jeden, dwa, trzy, cztery! Krok mocniej, patrz przed siebie!

Po spacerze babcia i pan Kowalski usiedli na ławce, a ja bawiłam się z koleżankami, zawsze biorąc kilka orzechów od pana przed rozstaniem.

Nie przesadzajmy z orzechami zareagowała babcia, zostawmy tę tradycję na święta.

Pan Kowalski opowiadał babci, iż od pięciu lat jest wdowcem i dopiero teraz podjął decyzję, by podzielić trójpokojowe mieszkanie na jednopokojowe dla siebie i dwupokojowe dla rodziny syna.

Lubię tę ciszę, choć nie przepadam za tłumem, ale przyjaciele są potrzebni, zwłaszcza przy sąsiedzkich sprawach przyznał.

Dwa dni później pod dzwonek zapukała babcia z Zosią, niosąc tacę pełną pierogów.

Chcemy cię poczęstować przywitała babcia.

Czy macie czajnik? zapytała Zosia.

Oczywiście, zapraszam! otworzył drzwi pan Kowalski.

Ciepło herbaty otuliło nas, a ja przyglądałam się bibliotece i obrazom pana, które z dumą pokazywał. Babcia obserwowała, jak z zainteresowaniem słucham jego opowieści o każdym dziele.

Moje wnuki już są daleko, studenci, tęsknię dodał pan Kowalski. A twoja babcia wciąż młoda!

Pocałował mnie w czoło, podając kredkę i kartkę.

Ja dopiero od dwóch lat na emeryturze, więc nie mam czasu w nudę zauważyła babcia, patrząc na mnie. Poza tym córka spodziewa się drugiego dziecka. Cieszę się, iż mieszkamy w sąsiednich blokach i możemy się wspierać.

Lato upłynęło nam w rozmowach i wspólnych wyprawach. Zimą babcia spełniła obietnicę i kupiła mi narty. Troje z nas trenowało na wybranej trasie w parkowym lesie, który zimą zamieniono w śliski korytarz.

Z czasem pan Kowalski i babcia stali się tak zżyci, iż chodziliśmy razem wszędzie. Ja, nie chodząc do przedszkola, byłam prawie cały czas u babci. Nasze codzienne spotkania stały się rytuałem. Pewnego dnia pan Kowalski wyjechał do rodziny w Warszawie, do stolicy.

Czułam tęsknotę i nieprzerwanie pytałam babcię, kiedy wróci.

Pojechał na dłużej, mówi, iż będzie miesiąc, bo w stolicy sporo się dzieje. Pilnujemy jego mieszkania, bo przyjaźń nas trzyma wyjaśniła babcia. Ja i Zosia cieszymy się na jego wizyty, uśmiechy i pomocy, którą zawsze oferuje od naprawy gniazdka po wymianę przepalonej żarówki.

Tydzień minął, a my już brakowało nam pana Kowalskiego. Patrzyłyśmy na pustą ławkę, którą zwykle zajmował.

Ósmy dzień, babcia wyszła z klatki, spiesząc się do mnie, a tam stał pan Kowalski, na swoim stałym miejscu.

Witaj, drogi sąsiedzie zaskoczyła się babcia. Nie spodziewałam się tak szybko.

No cóż, hałas w mieście mnie przytłoczył. Praca wciąga wszystkich, a ja nie chciałem czekać na was do samego wieczora. Wpadłem, bo tęskniłem uśmiechnął się, patrząc na nas.

Dziadku, co podarowałeś wnukom? Czekoladki? zapytała Zosia.

Śmialiśmy się.

Nie, kochana Czekolada nie jest zdrowa. Dali im trochę pieniędzy; niech się uczą i rozwijają przyznał, pokazując mały portfel.

Cieszę się, iż wróciłeś, serce w miejscu dodała babcia.

Zosia objęła go mocno, a on poczuł, jak serce rośnie.

Dzisiaj mamy dużo naleśników z różnymi nadzieniami. Nie są gorsze od pierogów są lekkie i delikatne. Chodźmy wypić herbatę, a przy okazji opowiesz, co słychać w Warszawie zaprosiła babcia.

Co tam w stolicy? To piękne miasto, wszystko w porządku. Przyniosłem wam małe upominki rzekł, biorąc babcię za rękę, a Zosię za rękę, i razem ruszyliśmy, gdy pierwszy wiosenny deszcz przeszył powietrze. Odwilż była niespodziewana, wczesna, jakby przedwczesna.

Dlaczego dziś jest tak ciepło? zapytał pan, spoglądając na babcię.

Bo wiosna już blisko! odpowiedziała Zosia. Niedługo Dzień Kobiet, babcia będzie serwować gości i zaprosi i ciebie, dziadka.

Kocham was, drogie sąsiadki powiedział, wchodząc po schodach.

Po naleśnikach otrzymaliśmy drobne upominki: Zosi dostałam piękną, manualnie malowaną matrycę, a babcię srebrną broszkę. Znowu poszliśmy naszą stałą trasą w parku, którą pan Kowalski nazywał szlakiem. Śnieg, który jeszcze zalegał, był jak gąbka rosła woda, a ścieżki odkrywały się. Skakałam po mokrych kamieniach, rozgrzewając się w powietrzu:

Babciu, dziadku, złapcie mnie! Jeden, dwa, trzy, cztery! Krok mocniej, patrz przed siebie!

Idź do oryginalnego materiału