Wiem, iż to moje dzieci” – powiedział, nie podnosząc wzroku. – „Ale… nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, między nami nie ma żadnej więzi

twojacena.pl 10 godzin temu

Wiem, iż to moje dzieci powiedział, nie podnosząc wzroku. Ale nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, ale nie czuję z nimi żadnej więzi.

Spójrz na nią! Jaka śliczna! wykrzyknęłam, tuląc do siebie ciepłe ciałko naszej nowo narodzonej córeczki. Anielka leżała w miękkim kocyku, zwinięta w kłębek jak mały skrawek życia, i cicho pochrapywała. Nie mogłam od niej oderwać wzroku. W tej chwili świat skurczył się dla mnie do jednej twarzy, jednego oddechu, jednej myśli: Ona jest moja. Mamy ją.

Obok stał Kuba. Patrzył na dziecko, ale w jego oczach mieszała się czułość z czymś jeszcze. Czymś nieokreślonym, niemal przerażonym. Wyciągnął rękę, delikatnie dotknął palcem policzka dziewczynki.

Podobna do ciebie szepnął cicho. Ale w jego głosie nie było tej jasnej radości, której się spodziewałam. Nie było tej euforii, która powinna tryskać z niego jak szampan z butelki. Wtedy nie zwróciłam na to uwagi. No co z tego, iż podobna do mnie? Ważne, iż nasza rodzina się powiększyła, iż córeczka jest zdrowa, a my zostaliśmy rodzicami.

Lecz lata mijały, a gdy urodziła się druga córka Zosia zaczęłam dostrzegać to, czego wcześniej nie chciałam widzieć. Obie dziewczynki były uderzająco podobne do siebie. Ich wielkie piwne oczy, zgrabny nosek, wysokie czoło, gęste ciemne włosy jakby żywcem wyjęte z dziecięcych zdjęć mojego ojca. Wyglądały, jakby wyszły z jednej ramy, w której utrwalono jego podobiznę. Nie było w nich ani śladu po Kubie. Ani jego błękitnych oczu, ani dołków w policzkach, ani choćby tego charakterystycznego wyrazu twarzy. Stało się to problemem. Poważnym i bolesnym.

Siedziałam przy kuchennym stole, mechanicznie mieszając dawno ostygłą herbatę. Za plecami słychać było równy oddech śpiących dziewczynek, a przede mną, z dziwnym wyrazem twarzy, siedziała teściowa Bronisława Januszowa. Tylko wpadłam na chwilę, jak zwykle mawiała. Ale wiedziałam: takie wizyty u niej nigdy nie były bez powodu. Zwłaszcza po ostatnich miesiącach, gdy między nami zaczęły gromadzić się niedomówienia, półsłówka i lodowata niechęć.

Wiola zaczęła, dobierając słowa tak ostrożnie, jakby bała się urazić dziewczynki są, oczywiście, śliczne. Ale jesteś pewna, iż to dzieci Kuby? Strasznie podobne do twojego taty. Jak dwie krople wody. Dziwne, co?

Łyżka w mojej dłoni zadźwięczała o brzeg kubka. Zamarłam. Te słowa już wcześniej pojawiały się w żartach, aluzjach, szeptach. Ale z jej ust, od kobiety, która nazywała mnie córeczką, brzmiały szczególnie boleśnie. Jak cios poniżej pasa.

Bronisławo Januszowo, co pani mówi? mój głos drżał. Oczywiście, iż to dzieci Kuby! Sami wiecie przecież! Tak długo na nie czekaliśmy, ja rodziłam, on sam odbierał je ze szpitala! Jak można wątpić?

Wzruszyła tylko ramionami, jakby mówiąc: A nuż coś. I w tym geście cała jej pewność, iż wątpliwość ma prawo istnieć. Czułam, jak w środku zaciska mi się żal, ale jeszcze większy był niepokój. Bo najgorsze nie były te słowa. Najgorsze było to, iż mój mąż też zaczął się odsuwać od naszych dzieci.

Kuba, dlaczego znowu nie odebrałeś Anielki z przedszkola? zapytałam, gdy wrócił do domu późno, niemal o świcie. Anielka już spała, Zosia drzemała cicho na kanapie. A ja, zmęczona po podwójnej zmianie, domowych obowiązkach i wiecznych nerwach, ledwo trzymałam się na nogach.

Zapomniałem, przepraszam rzucił obojętnie, rzucając kurtkę na krzesło, choćby na mnie nie patrząc. Było dużo roboty.

Zawsze jesteś zajęty nie wytrzymałam. Kiedy w ogóle spędzasz czas z dziećmi? Kiedy ostatnio bawiłeś się z Zosią? Albo chociaż przeczytałeś Anielce bajkę?

Milczał. Długie, przygniatające milczenie, które w końcu przerwał jego głos cichy, ale tak ciężki:

Nie ciągnie mnie do nich, Wiola. Nie wiem dlaczego. One wydają mi się obce. Staram się, próbuję, ale nie czuję, iż to moje.

Łzy stanęły mi w gardle. Jak można tak mówić o własnych córkach? O tych dzieciach, na które kiedyś czekał, o których marzył? Ale w pewnym momencie zrozumiałam mówi szczerze. Kuba naprawdę chciał, żeby miała córkę podobną do niego. Wyobrażał sobie, jak będzie się z nią bawić, jak będzie dumny, gdy odziedziczy jego rysy. Chciał widzieć siebie w niej. A zamiast tego dwie dziewczynki, które bardziej przypominały mojego ojca. Jakbym to ja je urodziła sama.

Zaczęłam grzebać w internecie, czytać o genetyce, dziedziczności, prawach genów dominujących i recesywnych. Okazało się, iż to możliwe. Czasem dziecko może bardziej przypominać babcię czy dziadka niż rodziców. Mój ojciec miał bardzo silne geny piwne oczy, wysokie czoło, ciemne włosy. I obie córki dostały je w spadku. Ale jak to wytłumaczyć Kubie i jego rodzinie, skoro już zdążyli wyrobić sobie zdanie?

Zaproponowałam test DNA. Nie dlatego, iż wątpiłam, ale żeby zamknąć temat raz na zawsze. On jednak odmówił.

Wierzę, iż to moje dzieci powiedział, wpatrując się w podłogę. Tylko nie potrafię tego wytłumaczyć. Nie czuję z nimi więzi.

A próbowałeś? prawie krzyczałam. Próbowałeś być z nimi, bawić się, rozmawiać, być ojcem? Czy tylko czekasz, iż same do ciebie przylgną?

Znów milczał. A w tej ciszy czułam, jak nasza rodzina się rozpada, jak między nami rośnie przepaść.

Jeszcze gorzej było z jego rodziną. Teściowa i szwagierka zachowywały się, jakby Anielka i Zosia nie były z nimi spokrewnione. Przychodziły rzadko, a gdy już się pojawiały, tylko komentowały, iż dzieci wcale nie są w Kubę. Pewnego razu Kasia, szwagierka, zaśmiała się:

Wiola, na pewno nie urodziłaś ich od swojego dziadka? i wybuchnęła śmiechem, jakby to był najlepszy żart świata.

Nie wytrzymałam:

Kasia, to

Idź do oryginalnego materiału