Dzisiaj znów wróciła ta myśl, ta ciężka, niewypowiedziana wątpliwość. „Wiem, iż to moje dzieci” powiedział, nie podnosząc wzroku. „Ale nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, między nami nie ma więzi.”
„Spójrz na nią! Jaka ona piękna!” wykrzyknęłam, przytulając do siebie ciepłe ciałko naszej nowo narodzonej córeczki. Ania leżała w miękkim kocyku, zwinięta w kłębek jak malutka kuleczka życia, cicho pochrapując. Nie mogłam oderwać od niej wzroku. W tej chwili świat skurczył się dla mnie do jednej twarzy, jednego oddechu, jednej myśli: „Ona jest nasza. Wreszcie ją mamy.”
Obok stał Marek. Patrzył na dziecko, ale w jego spojrzeniu mieszała się czułość i coś jeszcze. Coś nieokreślonego, niemal przerażonego. Wyciągnął rękę, delikatnie dotknął palcem policzka dziewczynki.
„Podobna do ciebie” szepnął cicho. Ale w jego głosie nie było tego jasnego zachwytu, którego się spodziewałam. Nie było tej radości, która powinna aż kipieć. Wtedy jeszcze nie przywiązałam do tego wagi. No cóż, podobna do mnie i co z tego? Ważne, iż nasza rodzina się powiększyła, iż córeczka jest zdrowa, a my staliśmy się rodzicami.
Lata mijały, a gdy urodziła się druga córka Ola zaczęłam dostrzegać to, czego wcześniej nie chciałam widzieć. Obie dziewczynki były uderzająco podobne do siebie. Ich duże brązowe oczy, zgrabny nosek, wysokie czoło, gęste ciemne włosy wszystko to jakby żywcem wyjęte z dziecięcych zdjęć mojego ojca. Jakby wyszły z tej samej ramki, w której on został uwieczniony jako dziecko. Ani jednej cechy Marka. Nie jego niebieskich oczu, nie dołeczków w policzkach, choćby tego charakterystycznego wyrazu twarzy. To stało się problemem. Poważnym i bolesnym.
Siedziałam przy kuchennym stole, mechanicznie mieszając dawno wystygłą herbatę. Za plecami słychać było równy oddech śpiących dziewczynek, a przede mną, z dziwnym wyrazem twarzy, siedziała teściowa Danuta. „Tylko wpadłam na chwilę” jak zwykle mówiła. Ale wiedziałam: takich wizyt u niej nie było. Zwłaszcza po ostatnich miesiącach, gdy między nami zaczęły gromadzić się niedopowiedzenia, półsłówka i chłodna niechęć.
„Ewa” zaczęła, dobierając słowa tak ostrożnie, jakby bała się urazić „dziewczynki są oczywiście śliczne. Ale jesteś pewna, iż to dzieci Marka? Tak bardzo przypominają twojego ojca. Jak dwie krople wody. To wręcz niesamowite, prawda?”
Łyżeczka w mojej dłoni zadźwięczała o brzeg kubka. Zamarłam. Te słowa już wcześniej pojawiały się w żartach, aluzjach, szeptach. Ale z jej ust, kobiety, która nazywała mnie „córką”, zabrzmiały szczególnie boleśnie. Jak cios poniżej pasa.
„Danuta, co pani mówi?” mój głos drżał. „Oczywiście, iż są Marka! Sami wiecie! Tak długo na nie czekaliśmy, ja rodziłam, on sam odbierał je ze szpitala! Jak można wątpić?”
Wzruszyła tylko ramionami, jakby mówiąc: „A kto tam wie.” W tym geście cała jej pewność, iż wątpliwość ma prawo istnieć. Czułam, jak w środku zaciska się uraza, ale jeszcze większy był niepokój. Bo najgorsze nie było w tych słowach. Najgorsze było to, iż mój mąż też zaczął się odsuwać od naszych dzieci.
„Marek, dlaczego znowu nie odebrałeś Ani z przedszkola?” zapytałam, gdy wrócił do domu późno, niemal o świcie. Ania już spała, Ola drzemała cicho na kanapie. A ja, zmęczona po podwójnej zmianie, domowych obowiązkach i ciągłym niepokoju, ledwo trzymałam się na nogach.
„Zapomniałem, przepraszam” rzucił obojętnie, rzucając kurtkę na krzesło, choćby na mnie nie patrząc. „Było dużo pracy.”
„Ty zawsze jesteś zajęty” nie wytrzymałam. „Kiedy w ogóle spędzasz czas z dziećmi? Kiedy ostatnio bawiłeś się z Olą? Albo chociaż przeczytałeś Ani bajkę?”
Milczał. Długie, przytłaczające milczenie, które w końcu przerwał jego głos cichy, ale tak ciężki:
„Nie ciągnie mnie do nich, Ewa. Nie wiem dlaczego. One wydają mi się obce. Staram się, próbuję, ale nie czuję, iż są moje.”
Łzy napłynęły mi do gardła. Jak można tak mówić o własnych córkach? O tych samych dzieciach, na które kiedyś czekał, o których marzył? Ale w pewnym momencie zrozumiałam mówi szczerze. Marek naprawdę chciał, żeby córka była do niego podobna. Wyobrażał sobie, jak będzie się z nią bawić, jak będzie dumny, gdy odziedziczy jego rysy. Chciał widzieć siebie w niej. A zamiast tego dwie dziewczynki, które bardziej przypominały mojego ojca. Jakbym urodziła je sama.
Zaczęłam szperać w internecie, czytać o genetyce, dziedziczeniu, prawach genów dominujących i recesywnych. Okazało się, iż tak bywa. Czasem dziecko może bardziej przypominać dziadków niż rodziców. Mój ojciec miał bardzo silne geny brązowe oczy, wysokie czoło, ciemne włosy. I obie córki dostały właśnie je. Ale jak to wytłumaczyć Markowi i jego rodzinie, skoro już wyciągnęli wnioski?
Zaproponowałam test DNA. Nie dlatego, iż wątpiłam, ale by zamknąć temat raz na zawsze. On jednak odmówił.
„Wierzę, iż są moje” powiedział, patrząc w podłogę. „Po prostu nie umiem tego wytłumaczyć. Nie czuję z nimi więzi.”
„A próbowałeś?” prawie krzyczałam. „Próbowałeś być z nimi, bawić się, rozmawiać, być ojcem? Czy tylko czekasz, iż same się do ciebie zbliżą?”
Znowu milczał. A w tym milczeniu czułam, jak nasza rodzina się rozpada, jak między nami rośnie przepaść.
Jeszcze gorzej było z jego rodziną. Teściowa i szwagierka zachowywały się, jakby Ania i Ola nie były z nimi spokrewnione. Przychodziły rzadko, a jeżeli już, to tylko po to, by komentować, iż dzieci „nie w Marka”. Pewnego razu Kasia, szwagierka, zaśmiała się:
„Ewa, na pewno nie urodziłaś ich od swojego dziadka?” i roześmiała się, jakby to było zabawne.
Nie wytrzymałam:
„Kasia, to już nie żarty. To moje dzieci, i są twojego brata. Jeśli











