Drogi pamiętniku,
Moje życie, choć jeszcze krótkie, zaczęło się od odrzucenia. Bez żadnego powodu, po prostu tak. Matka urodziła mnie w środku nocy, po kilku godzinach łamania się w nocnych toalecie, i jeszcze zanim zdążyła sprawdzić, czy jeszcze oddycha, zawinęła mnie w zgniecianą szmatę i kazała współlokatorowi wyrzucić pakunek na śmietnik.
Rano wywiezą śmieci i już nic nie będzie! Co robisz? Idź, zanim ludzie wstaną!
Na szczęście mieszkańcy Warszawy wstają wcześnie. Mój współlokator człowiek o małej bystrości, ale z dobrą wolą nie wrzucił mnie do kosza. Położył mnie obok, przykrył starym płaszczkiem, który ktoś porzucił. Dzięki temu nie zmarzłem i czekałem, aż przyjdzie ciocia Basia, sąsiadka, która rano wyprowadzała swojego nieustraszonego psa Bureka.
Burek nagle poczuł, iż nie wytrzyma już dłużej. Szczekał tak głośno, iż nie dało się go uspokoić. Ciocia Basia, w pośpiechu, przycisnęła mokry nosek psa w dłoni, wyrzuciła go na dwór w szlafroku i kapciach, jednocześnie narzekając na prezent od męża mógłby być ładniejszy, przydatniejszy i spokojniejszy niż to futrzane zamieszanie.
Burek, szczęśliwy jak dziecko, biegał po podwórku, a potem nagle stanął przy śmietniku, zignorował ciocię i wydał się, iż szuka czegoś w środku.
Dokąd tak pędzisz, szalona?! Stań! Komu to krzyczysz?!
Burek nie słuchał. Pobiegł do koszy, obrócił się wokół zwiniętego pakunku, w którym leżałem, i nagle wydał z siebie taki jęk, iż ciocia Basia podskoczyła, trzymając się za serce.
Panie Boże! Co to? Co znalazłaś?!
Ciekawość pokonała ostrożność. Basia zerwała płaszczyk, podniosła krawędź szmaty i wykrzyknęła tak głośno, iż cały dziedziniec rozbrzmiał jej wołaniem:
O ludzie dobrzy! Co to się stało? Pomocy!
Mąż cioci, wujek Marek, zwykle spał jak suseł. Żaden szczek Bureka, żaden wiertarkowkrętak z sąsiedniego warsztatu ani domowe obowiązki nie mogły go obudzić. Jedynie płacz żony go wyrywał ze snu.
Basia! Idę! zaspany, w kolorowych, kwiecistych slipach, które uszyła mu żona, wpadł w podwórko, nie do końca rozumiejąc sytuację, ale pewny, iż potrzebna jest pomoc.
Co zobaczył, nie tylko obudziło go w pełni, ale i rozwiało plany na wieczorne spotkanie z zięciem. Otrzymał więc dodatkowy porządek, za co żona nie skarżyła się, a w zamian podała mu solidną kanapkę z kiełbasą, żeby nie zmarzł.
Po krótkim przytuleniu żony i otrzaskaniu łez, Marek rozkazał:
Uspokój się i zdejmij szlafrok!
Marek!
Basia, nie kłótnij! Zmarznie!
Ja, nieświadomy jeszcze, jaką rolę odegrają ci ludzie w moim życiu, wydałem z siebie słaby piszczący dźwięk, który nie był lamentem, a raczej wezwaniem po pomoc.
Marek, przyjmując od żony ciepły szlafrok, owinął mnie w niego i pośpiesznie ruszył w stronę klatki schodowej, krzycząc do Bureka:
Do domu!
Karetka przyjechała szybko. Zabrali mnie do szpitala. Ciocia Basia płakała na ramieniu męża, po czym zabrała się do przygotowywania śniadania, karmiąc Bureka resztką kiełbasy z lodówki z litości.
Kogo bardziej żałowała Basia Bureka, porzuconego noworodka, czy siebie samą? choćby ona nie wiedziała.
Myślałem, iż to koniec, bo nie miałem już wracać do podwórka, które prawie mnie pozbawiło życia. ale los, jak niegdyś mówią co nagle, to po diable, miał inne plany. Chłopiec, któremu tak rzadko przychodziło się płakać, leżał w szpitalnym łóżku, patrzył w biały sufit, jadł z apetytem i spał spokojnie, wzbudzając sympatię pielęgniarek.
Złoto, nie dziecko! Jaki spokój! Nie płacze, a inne płaczą jak szalone. Kto odważy się odmówić takiego daru? szepnęły pielęgniarki.
Nie miałem pojęcia o żadnych rodzicach. Nie wiedziałem, iż istnieje matka i ojciec, którzy rozrzucili po całej Polsce dzieci jak liście na wiosnę. Nieznani mi ludzie zniknęli w odmętach losu, a moją nazwę wybrała pielęgniarka Kaczmarczyk, a nazwisko nadał opiekun prawny.
W domu małych chorych kochali mnie, rozpieszczali, bo nie robiłem kaprysów. Pielęgniarki szeptały:
Taki gwałtownie przyjmą, piękny i zdrowy. Gdzież lepsi rodzice, co przyjdą?
Los wziął mnie w ramiona i niedługo został odebrany. Po pół roku nowa mama, po załatwieniu papierów, odrzuciła mnie, mówiąc, iż nie chce wychowywać dziecka, które nie jest jej. Zwróciła mnie do miejsca, skąd go wzięła jak zabawkę, której nie podoba się w sklepie.
Ojciec nie protestował. Cieszył się, iż niedługo zostanie prawdziwym ojcem, choć lekarze twierdzili, iż nie jest do tego predysponowany. Ja nie rozumiałem, dlaczego przestali mnie brać na ręce i śpiewać kołysanki. gwałtownie to zapomniałem, jak to zwykle ludzie zapominają dobre chwile, pamiętając tylko te złe.
Znowu patrzyłem w sufit, jadłem kaszkę i cieszyłem się, gdy ktoś mnie dotykał. Ręce były zawsze pożądane, a niekiedy brakowało ich tak, iż trzeba było działać, a nie narzekać.
Po raz drugi przybyli, gdy miałem trzy lata.
Ja Witek! oświadczyłem, wyciągając rękę przed mężczyznę, który chciał zostać moim ojcem. Jesień!
Co? Szaleństwo? podniósł brew przyszły ojciec, patrząc na piękną żonę. Nie, potrzebujemy zdrowego dziecka, ten nie pasuje.
Nie wiedziałem, iż chciałem tylko podzielić się nową wiedzą od niani, która pokazywała mi liście na szybie i mówiła:
Widzisz, Witek, przyszła jesień! Deszcz łka, liście spadają. To piękne, prawda? Jesień jest twoją przyjaciółką! Urodziłeś się we wrześniu, może los przyniesie ci szczęście i dobrą rodzinę.
Los, słysząc to, odwrócił się od mnie. Ci, co chcieli mnie zabrać, odwrócili się i odeszli. Nie rozumiałem, kim byli, ale już następnego dnia zapomniałem o nich, nie zdając sobie sprawy, iż los znów dotyka okna, które nie było czyste, i postanowił zadbać o szczęście swego siostrzeńca.
Najpierw zajrzała do podwórka, w którym mnie znaleziono.
Co zobaczyła? Ciocię Jadwigę, która rankiem wyprowadzała Bureka. Stała pośrodku, patrząc w stronę koszy i wzdychała, jakby sama losu historia ją dotknęła.
Kiedyś, młoda, Jadwiga była pełna życia, uczęszczała na studia, pracowała i marzyła o wielkiej miłości. Nie była najładniejsza, ale wierzyła, iż piękno tkwi w sercu. Mama zawsze mówiła:
Krótsza suknia, piękniejsza? Nie, potrzebujesz długich nóg i pięknego wzrostu. Masz gęste włosy, dobre oczy, jasne rzęsy. Skup się na tym, co masz, a przyciągniesz mężczyzn.
Jadwiga przyjęła te rady, wyszła z uczelnią, znalazła pracę, ale nie spotkała jeszcze tego jednego. Rodzice kupili jej używany samochód, który wymagał napraw, ale służył do przewozu na wieś, bo transport publiczny w małej miejscowości był słaby. Po kilku latach sama nauczyła się prowadzić, a mechanik, którego znalazła dzięki znajomym, to był Michał jej przyszły mąż.
Ich związek był spokojny kwiaty, czekoladki, spotkania z rodzicami. Kiedy Jadwiga ogłosiła, iż idzie w ślub, wszyscy gratulowali:
Jadwigu, gratulacje! Michał dobry człowiek! Pasujecie do siebie, miłość i rada!
Lata mijały, lekarze mówili, iż nie będą mieli dzieci. Spojrzeli na siebie, westchnęli i, trzymając się za ręce, podzielili ból tylko we dwoje, w ciszy sypialni.
Misiu chciałem dziecko
Ja ciebie chciałam, Jadżko. Dzieci przyjdą albo nie. Ważne, iż jesteśmy razem.
Nie poruszali już tego tematu. Każdy radził sobie po swojemu, trzymając się mocno.
Czas leczył rany, a ich dom wypełnił się Burekiem. Los jednak potrząsnął ich, kiedy Burek wydał donośny szczek w dniu, w którym przyszedł na świat Witek.
Od tego momentu Jadwiga nie mogła spać spokojnie. Często śniła chłodne, jesienne poranki, liście pachnące wilgocią, a w nocy słyszała cichy płacz dziecka, który wzywał ją gdzieś daleko. Budząc się w spocie, szukała odpowiedzi, a mąż pytał:
Co, Jadżko?
Sen
Zły?
Nie wiem, Michał nie wiem
Po raz pierwszy nie mówiła mu o swoich lękach. Trzymała małą główkę w dłoni, gdy Michał otulił dziecko w szlafrok, ale to wrażenie nie opuszczało jej.
Michał również milczał. Bał się wywołać u żony dodatkowy niepokój. Rozumiał, jak bolesne było trzymanie w ramionach obcego dziecka, którego ktoś wyrzucił bez żalu. Ona, gotowa stać się matką, została odrzucona. Dla kogoś innego to było bezcenne.
Możliwe, iż milczeli dłużej, chroniąc się nawzajem, ale nadeszła tragedia Burek zniknął. Jadwiga wypuściła go na podwórko, pozwoliła mu załatwić sprawy, a gdy się pochyliła, by posprzątać po nim, zorientowała się, iż pies nie ma już w ogrodzie.
Szukając go w sąsiednich podwórkach, zaglądała pod każdy krzak, wołała imię. Wróciła do domu i zadzwoniła do Michała, by razem kontynuować poszukiwania. Jednak Burek zniknął jak kamień w rzece.
Dwa dni i dwie noce Jadwiga płakała, przebiegając okolice, aż w trzeci dzień Burek sam wrócił mokry, brudny, ale żywy.
Bureczku! euforia moja! podniosła go, przytulając. Gdzie byłeś?!
Pies liżąc ją po nosie, przypomniał jej o tej jedynej chwili, kiedy trzymała w dłoniach noworodka tylko przez chwilę.
Michał! zawołała, ale już mąż przybiegł, wyczuwając, iż coś ważnego będzie powiedziane.
Tego wieczoru Jadwiga po raz pierwszy zdradziła mężowi wszystkie obawy, marzenia i myśl o chłopcu, którego znaleźli z Burekiem w jesienny poranek.
Czy myślisz, iż już go przyjęli do rodziny? mruknęła, wycierając łzy ręcznikiem.
Nie wiem, ale może się dowiemy. Moja praca przy opiece nad samochodem może pomóc. jeżeli już jest, niech Bóg nam podziękuje. jeżeli nie
Michał nie dokończył, po prostu objął żonę i rzekł:
Idźmy spać. Ranek przyniesie mądrość.
Po pół roku Witek spojrzał w oczy kobiecie, której nie pamiętał, i wyciągnął rękę do wysokiego, silnego mężczyzny:
Jestem Witek.
Michał delikatnie uścisnął wyciągniętą dłoń, po czym spojrzał na żonę:
Dość płaczu, kochanie! Ruszamy do domu.
Lekcja, którą wyniosłem z tych burzliwych lat, jest prosta: życie potrafi rzucać nas w nieznane wody, ale to od nas zależy, czy odważymy się podnieść się z wody i iść dalej, trzymając się za ręce z tymi, którzy naprawdę są przy nas.
Z wyrazami szacunku,
Wojtek KaczmarczykZrozumiałem, iż najważniejsze w życiu to miłość, która przetrwa wszelkie burze.














