Witalij wygodnie usiadł przy biurku z laptopem i filiżanką kawy, żeby dokończyć pilne sprawy. Niespodziewanie przerwał mu telefon z nieznanego numeru: „Dzień dobry, czy rozmawiam z Witalijem Dmitriewiczem? Dzwonię z porodówki przy ul. Sokołowskiej. Zna Pan Annę Izotową?” – w słuchawce odezwał się starszy mężczyzna. „Nie znam żadnej Anny. O co chodzi?” – zdziwił się Witalij. „Anna zmarła wczoraj podczas porodu. Skontaktowaliśmy się z jej matką — powiedziała, iż jest Pan ojcem dziecka…” Witalij zszokowany odkłada słuchawkę, próbując zrozumieć: nie był żonaty, dzieci nigdy nie planował, życie miał swoje. Jednak dziewięć miesięcy temu był w Sopocie… Anna, błękitnooka blondynka. A teraz ktoś mówi, iż urodziła mu córkę i odeszła… Co zrobić? W szpitalu spotyka załamaną matkę Anny, Werę, błagającą: „Proszę, niech Pan nie zrzeka się dziecka, nie chcę, by trafiło do domu dziecka!”. Formalności, test DNA, szok – to jego córka. „Będę pomagał, ale swoje życie zostawiam jak było…” Jednak kiedy dostaje córeczkę na ręce i patrzy w te same oczy, których widok wywraca jego świat — nagle pada decyzja: „Jedziemy razem do domu, Wero. My razem zaczynamy nowe życie!”

newsempire24.com 17 godzin temu

Siedziałem wygodnie za biurkiem z laptopem i filiżanką świeżej kawy. Musiałem dziś dokończyć parę pilnych spraw. W pewnym momencie zadzwonił telefon nieznany numer.

Halo, słucham?
Pan Adrian Michałowicz? Dzwonimy z oddziału położniczego. Zna pan może Annę Kowalewską? odezwał się starszy głos mężczyzny.
Nie kojarzę żadnej Anny Kowalewskiej. O co chodzi? zdziwiłem się.
Sprawa jest poważna. Anna zmarła wczoraj przy porodzie. Rozmawialiśmy z jej matką… Podała pana jako ojca dziecka przez chwilę panowała cisza, jakby rozmówca czekał na moją reakcję.
Jakiego dziecka? O czym pan mówi?! Nic z tego nie rozumiem! poczułem narastającą nerwowość.
Anna urodziła wczoraj dziewczynkę. jeżeli pan to Adrian Michałowicz, jest pan ojcem dziecka. Proszę jutro zgłosić się do szpitala na ulicy Kopernika. Trzeba podjąć decyzję mężczyzna mówił dobitnie, wolno, a ja starałem się zebrać myśli.
Jaką decyzję?
Proszę przyjść, spytać o doktora Jana Pietrzyka. Wszystko wyjaśnimy na miejscu.

Siedziałem z telefonem w dłoni dłuższą chwilę, próbując poukładać sobie w głowie całą rozmowę.
Anna Jaka Anna? mamrotałem, krążąc po mieszkaniu. Próbowałem sięgnąć pamięcią ile trwa ciąża? Dziewięć miesięcy. Maj, więc wrzesień Co się działo we wrześniu?

Spoglądam na kawę, którą ściskam trochę za mocno i stawiam ją na biurku. Przydałoby się coś mocniejszego, ale…
We wrześniu byłem nad Bałtykiem. Trzy tygodnie w Sopocie No tak! Anka!

Z trudem przypomniałem sobie jej twarz jasnowłosa, oczy jak niezapominajki… Ile już tych Aniek miałem w życiu? Każdą miałbym zapamiętać? Ani razu się nie ożeniłem, mając już czterdziestkę na karku i nie zamierzałem tego zmieniać. Dzieci? Nigdy! Miałem ustabilizowane życie, nie zamierzałem rewolucjonizować go przez jakąś Anię

Ale przecież ona nie żyje wybiło mi w głowie jak młotkiem.
Jak to mogła umrzeć? mruknąłem, wpatrzony w sufit. Ile ona mogła mieć lat? Może dwadzieścia?

Kusiło mnie, by zapalić, ale przecież rzuciłem. Coś dziwnego ścisnęło mnie w środku litość, zagubienie, może żal?
Dziecko powiedziałem na głos, rozmawiając sam ze sobą. Niech matka Ani zabierze dziecko do siebie. Przecież to babcia. I skąd pewność, iż to rzeczywiście moje dziecko?

Już sobie wszystko poukładałem. Pojadę jutro, podpiszę wszystkie papierki, zrzeknę się dziecka i wracam do swojego życia. Tak jak dawniej.

Mimo decyzji długo nie mogłem zasnąć. Myśli kłębiły się w głowie, w sercu coś nie dawało spokoju…

To zimne, martwe ciało nie mogło być Anią! Próbowałem jakoś połykać ten narastający w gardle ścisk… Nie dawałem rady. To coś rosło we mnie i rozpełzało się po całym ciele. Pieczenie w oczach… I nagle zobaczyłem ją wyraźnie jak się śmieje, jak biega po plaży, jak patrzy na mnie zakochanymi oczami. Wesoła dziewczyna, o której niemal natychmiast zapomniałem po powrocie do domu. To ona teraz leży w chłodni na stole. To na jej ciało patrzę…

Wybiegłem na korytarz. Ruchem ręki dałem znać doktorowi Pietrzykowi, iż potrzebuję chwili…

Poprosiłem papierosa od pierwszego lepszego faceta przed wejściem, zaciągnąłem się zachłannie na schodach szpitala, zgasiłem i szerokim krokiem ruszyłem do gabinetu ordynatora.

Nie chce pan podejść i zobaczyć córki? zapytał doktor Pietrzyk.
Najpierw chciałbym porozmawiać z matką Ani. Jest gdzieś tutaj? spojrzałem wyczekująco na lekarza.
Siedzi w korytarzu. Przed chwilą pan ją mijał.
Zaraz wracam, rzuciłem i wyszedłem z pokoju.

Od razu zauważyłem drobną kobietę w czarnym żałobnym nakryciu głowy. Siedziała bokiem, kawałek dalej od drzwi. W trzech krokach byłem przy niej.

Dzień dobry niemal wybełkotałem.
Podniosła na mnie zapłakane oczy, a ja niemal utonąłem w tym bólu…

Wygląda identycznie jak Anka przyszło mi do głowy.

Nazywam się Wiera. Wiera Michajłowicz odezwała się cicho. Jestem mamą Ani.
Ja Adrian. Adrian Michałowicz, dodałem niezręcznie.
Wiem. Anka mi o panu opowiadała. Teraz już nic nie opowie… rozpłakała się gorzko.

Stałem niezgrabnie, zupełnie nie wiedząc, co powinienem zrobić…

Wiera wytarła łzy i spojrzała na mnie błagalnie:
Proszę nie zrzekać się córki! Nie mogę pozwolić, żeby moja wnuczka trafiła do domu dziecka, rozumie pan?
Dlaczego do domu dziecka? Przecież jest pani babcią, powinna mieć pani prawo do niej! próbowałem ją uspokoić, choć sam byłem myślami zupełnie gdzieś indziej.

Nie dostanę jej. Mam grupę inwalidzką, serce mi szwankuje… Proszę, wystarczy, iż pan ją uzna, a ja zajmę się wszystkim sama. Nie będziemy pana niepokoić, obiecuję! wyciągnęła do mnie dłonie.

Chodźmy, poprowadziłem ją do gabinetu ordynatora.
Doktor Pietrzyk oderwał się od papierów.

Co jest potrzebne do uznania ojcostwa? zapytałem zdenerwowany.
Test DNA, spojrzał na mnie uważnie. Jak pan chce nazwać córkę?
Słucham?
Jak chcecie nazwać dziewczynkę? uśmiechnął się ordynator.
Może pan jej nie zobaczyć? dopytał.

Spojrzałem na Wierę i westchnąłem:
Nie. Na razie nie chcę…

Formalności poszły szybciej, niż się spodziewałem. Badanie potwierdziło moje dziecko. choćby nie wiedziałem, jak teraz żyć. Nie byłem gotowy na pojawienie się dziecka w moim świecie. Ale oddać ją, całkiem wymazać też nie umiałem. Ciężko mi było wypowiedzieć słowo CÓRKA. Po prostu dziecko.

Będę pomagał, ile dam radę. Przeleję pieniądze, kupię wózek, wszystko, co trzeba postanowiłem przed wypisem dziecka ze szpitala.

Gdy zobaczyłem pielęgniarkę niosącą zawiniątko w różowych koronkach i kokardkach, w gardle mi zaschło.
Wiera wzięła je na ręce, uchyliła rożek i spytała:
Chcesz zobaczyć małą?
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Drzwi gabinetu doktora Pietrzyka otworzyły się i poprosił Wierę na chwilę do środka.

Wiera podała mi dziecko w ramiona i wyszła. Zamarłem. Nie mogłem mówić, ani drgnąć. Zawiniątko było ciepłe i miało słodki zapach. Dziecko najpierw zaczęło cicho popiskiwać, a potem rozpłakało się głośno, jak maleńki kotek. Zaskoczony spojrzałem na twarz dziewczynki odbicie mojej twarzy! Jakbym widział siebie…

Zmiękły mi kolana, przysiadłem na pobliskim krzesełku i delikatnie pokołysałem dziecko. Dziewczynka się uspokoiła i spojrzała na mnie takim spojrzeniem… jakby się uśmiechnęła.

Młoda babcia wróciła do pokoju po chwili.

Daj, wezmę ją wyciągnęła ręce Wiera.

Sam potrzymam! wypaliłem. Przed chwilą mi się uśmiechnęła! i po raz pierwszy od długiego czasu poczułem się naprawdę szczęśliwy. Jedziemy wszyscy do domu, Wiera powiedziałem cicho. I już pewnym głosem dodałem: Jedziemy razem do domu.

Idź do oryginalnego materiału