Witalij zasiadł wygodnie przy biurku z laptopem i filiżanką kawy, chcąc dokończyć pilne sprawy. Nies…

newsempire24.com 12 godzin temu

Dziś wieczorem usiadłem wygodnie przy biurku z laptopem i kubkiem kawy miałem jeszcze kilka spraw do załatwienia w pracy. Nieoczekiwanie zadzwonił telefon. Numer całkiem obcy.

Halo, słucham?
Pan Krzysztof Wiktorowicz? odezwał się w słuchawce starszy mężczyzna o nieco chropowatym głosie. Dzwonię ze szpitala na Madalińskiego. Czy zna pan Marcelinę Jarosz?
Nie. Nie kojarzę żadnej Marceliny Jarosz. O co chodzi? zdziwiłem się.
Marcelina zmarła wczoraj przy porodzie. Skontaktowaliśmy się z jej matką. Twierdzi, iż to pan jest ojcem dziecka… Urwał, jakby czekał na moją reakcję.
Jakiego dziecka? Jest pan pewny, iż chodzi o mnie? zacząłem się denerwować.
Marcelina urodziła dziewczynkę. Wczoraj. A pan jest ojcem tej dziewczynki. jeżeli jest pan naprawdę Krzysztofem Wiktorowiczem, proszę jutro przyjechać do szpitala. Musimy coś zdecydować
Co zdecydować? zapytałem, wciąż nie rozumiejąc.
Proszę po prostu przyjechać na Madalińskiego, zapytać o doktora Nikodema Nowackiego to ja. Porozmawiamy.
Usłyszałem w słuchawce długi sygnał. Odłożyłem powoli telefon i próbowałem poukładać myśli.

Marcelina Kto to w ogóle jest? mruknąłem pod nosem, przechadzając się po pokoju. Nie znam żadnej Marceliny Czekaj, ile trwa ciąża? Dziewięć miesięcy Jest maj, więc to musiał być wrzesień Co się działo we wrześniu?
Spojrzałem na niedopitą kawę, skrzywiłem się i odstawiłem kubek. Przydałoby się coś mocniejszego, ale Wtedy nagle mnie olśniło.

We wrześniu byłem nad Bałtykiem, w Gdańsku, dwa tygodnie… To wtedy poznałem Marcelinę!
Jej twarz już zamglona, niby blondynka o jasnoniebieskich oczach Tyle tych dziewczyn na przestrzeni lat… W końcu nigdy się nie żeniłem, czterdziestka stuknęła, dzieci mieć nie chciałem i raczej nie planowałem miałem swoje poukładane życie i nie zamierzałem tego zmieniać z powodu dawno zapomnianego wakacyjnego romansu…

Ale przecież ona nie żyje pomyślałem, czując nieznane dotąd ukłucie smutku.

Jak Marcelina mogła umrzeć? Przecież miała dwadzieścia lat najwyżej półgłosem skierowałem pytanie do sufitu, szukając tam odpowiedzi.
Miałem ochotę zapalić, ale przecież rzuciłem palenie. Co to za uczucie, które we mnie narastało żal, rozbicie, smutek?

Dziecko mruknąłem do siebie, jakby do kogoś nieobecnego. Przecież matka Marceliny zabierze ją do siebie. Jest babcią. A zresztą Może to wcale nie moje dziecko?
Decyzję podjąłem. Jutro pojadę, porozmawiam z lekarzem, podpiszę zrzeczenie się praw rodzicielskich i wrócę do normalnego życia.
A jednak tej nocy długo nie mogłem zasnąć. Myśli kłębiły się w głowie, a w środku czułem jakiś dziwny ciężar.

To martwe, zimne ciało to chyba nie mogła być Marcelina! Próbowałem przełknąć gulę w gardle, ale tylko rosła i rozlewała się po całym ciele, docierając do oczu. Łzy. Przypomniałem sobie jej śmiech, jej bieg po chłodnym piasku po sztormie, to jak patrzyła na mnie z tym swoim ciepłem i młodzieńczą naiwnością. Dziś jej ciało leży na stole w prosektorium To na jej twarz zaraz spojrzę.

Po tym, co zobaczyłem, wybiegłem na korytarz. Dałem znak doktorowi Nowackiemu, iż potrzebuję chwili Złapałem pierwszego spotkanego na papierosa, wyszedłem na schody szpitala i zaciągnąłem się głęboko. Po chwili wróciłem do gabinetu ordynatora.

Chce pan zobaczyć córkę? zapytał Nikodem.
Nie. Najpierw chcę porozmawiać z matką Marceliny. Gdzie ona jest?
Jest w korytarzu, właśnie ją minął pan przed chwilą.
Zaraz wracam odparłem gwałtownie i wyszedłem.

Od razu ją zobaczyłem drobną kobietę w czerni, z zawiązaną na głowie apaszką. Siedziała parę metrów dalej na krześle.
Dzień dobry z trudem wydusiłem.
Podniosła na mnie oczy, w których zobaczyłem niewyobrażalny ból. Była do Marceliny bardzo podobna aż trudno się nie pomylić.

Jestem Zofia, Zofia Stanisławówna. Mama Marceliny wyszeptała.
Krzysztof Wiktorowicz odruchowo przedstawiłem się z pełnym nazwiskiem.
Wiem. Marcelina o panu opowiadała Teraz już nic nie opowie Zofia rozpłakała się.

Zupełnie nie wiedziałem, co mam robić stałem obok, zagubiony, jak dzieciak.
Zebrała się w sobie, otarła łzy i powiedziała:
Proszę, nie zrzekaj się córki! Nie mogę pozwolić, by moja wnuczka trafiła do domu dziecka Zrozum pan!
Przecież to niemożliwe, żeby trafiła do domu dziecka. Jest pani babcią, przyznają ją pani próbowałem ją uspokoić, sam zastanawiając się, jak młodo wygląda jak na babcię.
Nie przyznają Mam grupę inwalidzką, chore serce Proszę tylko uznać dziecko, ja sama wychowam. Nigdy już nie będziemy się z panem kontaktować, słowo! wyciągnęła do mnie drżące dłonie.

Chodźmy poprosiłem, prowadząc ją do gabinetu ordynatora.

Nikodem Nowacki oderwał się od dokumentów.
Co trzeba zrobić, żeby uznać ojcostwo? zapytałem nieco zdenerwowany.
Test DNA i wszystko jasne odpowiedział poważnie i uważnie mi się przyjrzał. Jak chcecie dziewczynkę nazwać?

Kogo nazwać? zdezorientowałem się.
Jak nazwiecie córkę? zapytał z życzliwym uśmiechem.
Może chce pan na nią zerknąć? dodał doktor.
Spojrzałem na Zofię i wyznałem cicho:
Nie, nie chcę…

Formalności przebiegły zaskakująco sprawnie. Test genetyczny potwierdził to moja córka. Kompletnie nie wiedziałem, co teraz ze sobą zrobić. Narodziny dziecka były czymś, czego nigdy w życiu nie planowałem. Nie umiałem choćby wymówić słowa córka dla mnie to po prostu dziecko.
Będę pomagał, ile będę mógł. Przeleję pieniądze, kupię wózek i potrzebne rzeczy postanowiłem po cichu tuż przed wypisem.

Kiedy pielęgniarka podała zawiniątko w kiczowato różowym kocyku pełnym koronek i kokardek, poczułem, iż zaschło mi w gardle.
Zofia wzięła na ręce maleństwo, odchyliła róg kocyka:
Chcesz zobaczyć małą? spytała.

Nim odpowiedziałem, drzwi gabinetu otworzył doktor Nowacki, prosząc Zofię do siebie na minutę.
Zofia bez wahania wcisnęła zawiniątko w moje ramiona.

Stałem nieruchomo, jak wmurowany, niezdolny do słowa. Kłębek był ciepły, cudownie pachniał. Nagle zawiniątko zaskrzypiało, z jękiem zamieniło się w płacz dźwięk, jaki wydaje mały kotek.
Wystraszony, spojrzałem na dziecko i zobaczyłem własne odbicie. Moja córka była moją kopią! Patrzyłem na nią i widziałem samego siebie

Gdy poczułem, iż nogi mam z waty, przycupnąłem na krześle i delikatnie pokołysałem małą. Uspokoiła się i spojrzała mi prosto w oczy. Przysięgłbym, iż się do mnie uśmiechnęła.

Po chwili Zofia wróciła.
Proszę, oddaj mi wnuczkę wyciągnęła ręce.
Sam ją poniosę! wypaliłem. Właśnie mi się uśmiechnęła! i, sam w to nie wierząc, uśmiechnąłem się najszerzej, jak umiałem. Jedziemy do domu, Zofio powiedziałem cicho, a potem dodałem zdecydowanie: Jedziemy razem.

Idź do oryginalnego materiału