Witalij zasiedział się wygodnie przy biurku z laptopem i filiżanką kawy, kończąc pilne sprawy, gdy nagle przerwał mu niespodziewany telefon z nieznanego numeru. – Dzień dobry, Witalij Dmitrijewicz? Dzwonimy ze szpitala położniczego. Zna pan Annę Izotową? – usłyszał głos starszego mężczyzny. Okazało się, iż Anna zmarła podczas porodu, a jej matka wskazała właśnie Witalija jako ojca dziewczynki. Zaskoczony, Witalij wyrusza następnego dnia do warszawskiego szpitala na ul. Słowackiego, by zmierzyć się z nowiną, która wywraca jego uporządkowane, kawalerskie życie do góry nogami. Przytłoczony emocjami i wspomnieniami z wrześniowego wyjazdu do Sopotu, gdzie poznał Annę – zabawną, niefrasobliwą dziewczynę – próbuje zrozumieć, co powinien zrobić. Spotkanie z matką Anny, Werą, uświadamia mu, jak bardzo obu kobietom zależy na dziecku. Formalności, testy DNA, rozmowy z lekarzem i odmowa zostawienia dziewczynki w domu dziecka prowadzą do przełomowej chwili, gdy trzymając w ramionach maleńką córkę, Witalij nagle odnajduje w sobie uczucia, o których istnieniu nie miał pojęcia. – Jedziemy razem do domu, Wero – postanawia w końcu, a szczęście niespodziewanie wkrada się do jego życia.

newsempire24.com 2 miesięcy temu

Wojciech wygodnie rozsiada się przy biurku, przed sobą ma laptopa i filiżankę kawy. Musi dokończyć kilka spraw służbowych. Nagle rozlega się dzwonek telefonu. Numer nieznany.

Halo, słucham?
Pan Wojciech Adamowicz? Dodzwoniliśmy się z porodówki. Zna pan Martę Lewandowską? głos starszego mężczyzny po drugiej stronie brzmi nieco szorstko.

Nie znam żadnej Marty Lewandowskiej. O co chodzi? pyta zdziwiony Wojciech.

Pani Marta zmarła wczoraj podczas porodu. Skontaktowaliśmy się z jej matką. Powiedziała, iż to pan jest ojcem dziecka w słuchawce zapada cisza.

Jakiego dziecka? O co chodzi? Nic nie rozumiem! w głosie Wojciecha słychać niepokój.

Marta urodziła wczoraj córeczkę. I ponoć jest pan jej ojcem, oczywiście jeżeli jest pan Wojciechem Adamowiczem. Proszę przyjechać jutro do szpitala na ul. Kopernika. Trzeba podjąć decyzję mówi powoli i wyraźnie rozmówca.

Jaką decyzję? dalej nie rozumie Wojciech.

Zapraszam jutro na oddział. Proszę pytać o doktora Stanisława Nowaka. To ja. Porozmawiamy na miejscu.

Wojciech patrzy w telefon, który już tylko pika w pustkę. Odkłada go i próbuje zrozumieć, co właśnie usłyszał.

Marta Jaka Marta? szepcze sam do siebie, krążąc nerwowo po pokoju. Nie kojarzę żadnej Marty Muszę inaczej do tego podejść. Ile trwa ciąża? Dziewięć miesięcy Teraz mamy maj, czyli wrzesień Wrzesień

Wojciech spogląda na niedopitą kawę, krzywi się i odstawia filiżankę na bok. Przydałoby się coś mocniejszego, ale…

We wrześniu byłem w Gdańsku Dwa tygodnie No tak! Marta!

Twarz Marty ledwo pamięta. Blondynka, niebieskie oczy Ile Marty się przewinęło przez jego życie? Przecież nie będzie wszystkich pamiętał Nigdy nie był żonaty, choć czterdziestka już dawno stuknęła, i nie zamierzał się żenić. Dzieci? Nigdy ich nie chciał! Ma przecież swoje poukładane życie. Niczego zmieniać nie zamierza przez żadną Martę.

Ale przecież ona nie żyje myśl uderza go jak młotkiem w skronie.

Jak to możliwe, iż zmarła? mówi głośno, wodząc wzrokiem po suficie, jakby szukał tam odpowiedzi. Ile ona mogła mieć lat? Dwadzieścia może trochę więcej.

Chciałoby się zapalić papierosa, ale przecież rzucił. W środku rozrasta się uczucie litość, dezorientacja, może żal?

Dziecko powtarza, jakby mówił do kogoś obok. Babcia niech się zajmie, przecież to jej wnuczka. Poza tym, skąd wiadomo, iż to akurat moje dziecko?

Wojciech podjął już decyzję. Jutro pojedzie, spotka się z lekarzem, podpisze zrzeczenie się dziecka i po sprawie. Dalej będzie żył po swojemu.

Choć niby wszystko zaplanowane, długo nie może zasnąć. Głowę zaprzątają mu różne myśli, coś ściska w piersi, nie daje spokoju…

Nie może uwierzyć, iż martwe ciało, które zobaczy, to Marta. Próbuje przełknąć narastającą gulę w gardle i nie potrafi. Coraz bardziej czuje ścisk, który przejmuje choćby oczy. Szklą się mu, gdy wraca wspomnienie jak Marta się śmiała, jak biegła brzegiem Bałtyku, jak patrzyła na niego zakochanym wzrokiem. Wesoła dziewczyna, o której zapomniał zaraz po powrocie do domu. To ona leży w prosektorium na stole To na nią musi patrzeć

Wojciech wychodzi na korytarz, gestem prosi doktora Stanisława Nowaka o chwilę dla siebie

Prosi o papierosa pierwszego lepszego przechodnia i łapczywie zaciąga się przed wejściem na porodówkę, wyrzuca niedopałek i wraca dużym krokiem do gabinetu dyrektora.

Nie chciałby pan zobaczyć córki? pyta doktor Stanisław.

Chciałbym najpierw porozmawiać z mamą Marty. Gdzie ona jest? Wojciech patrzy wyczekująco na lekarza.

Czeka w korytarzu. Przeszedł pan obok niej.

Zaraz wrócę mówi Wojciech i wychodzi.

Odnajduje od razu szczupłą kobietę w czarnej chuście, siedzącą kawałek dalej. Zbliża się w kilku krokach.

Dzień dobry wymawia z trudem.

Matka Marty spogląda na niego. Wojciech niemal tonie w bólu, który dostrzega w jej oczach.

Jaka ona podobna do Marty jak dwie krople wody myśli.

Nazywam się Zofia. Zofia Antoniak mówi cicho. Jestem mamą Martusi.

Jestem Wojciech. Także Adamowicz dodaje bezwiednie.

Wiem, Martusia o panu mi opowiadała. Teraz nic już nie opowie Zofia zaczyna cicho płakać.

Wojciech czuje się kompletnie zagubiony. Stoi obok, nie mając pojęcia, co dalej robić.

Zofia ściera łzy i mówi:

Proszę, nie rezygnuj z córeczki! Ja nie dam rady, żeby własna krew trafiła do domu dziecka! Rozumiesz?

Dlaczego do domu dziecka? Przecież jest pani babcią, oddadzą ją przecież pani! próbuje ją uspokoić, myśląc w duchu: Toż to moja rówieśnica niemal.

Nie oddadzą Mam grupę inwalidzką, chore serce Wystarczy, iż uznasz ją za swoją, a ja sama ją wychowam. Zobowiązuję się, nie będziemy ci przeszkadzać! Zofia wyciąga do niego błagalnie ręce.

Chodźmy! decyduje i prowadzi ją do gabinetu lekarza.

Doktor Stanisław podnosi wzrok znad papierów.

Co potrzeba, żeby uznać ojcostwo? pyta z niepokojem Wojciech.

Badanie DNA odpowiada lekko zamyślony lekarz. Jak chcecie nazwać córkę?

Jak nazwać? Wojciech znów błądzi myślami.

Jak ma mieć na imię? uśmiecha się ciepło doktor Nowak. Nie chce pan zobaczyć dziewczynki?

Wojciech odetchnął, spojrzał na Zofię i cicho odpowiedział:

Nie, nie chcę…

Formalności ruszyły zaskakująco szybko. Wyniki DNA nie pozostawiły wątpliwości: to jego dziecko. Wojciech nie ma pojęcia, co teraz robić, jak żyć? Nie był gotów na żadną rewolucję związaną z dzieckiem. Ale zupełnie odciąć się od Zofii i dziecka, udawać, iż go nie ma też nie potrafił. Słowo CÓRKA jeszcze długo nie może mu przejść przez gardło. Dla niego to tylko niemowlę.

Będę pomagać, ile zdołam. Będę wysyłać pieniądze, kupię wózek, wszystko, co trzeba postanawia tuż przed wypisem dziecka.

Gdy pielęgniarka niesie w kierunku Zofii zawiniątko w różowym kocyku, z falbankami i wstążkami, wszystkie myśli ulatują. Zofia bierze maleństwo, odchyla róg beciku i pyta:

Chcesz zobaczyć maleńką?

Wojciech nie ma czasu odpowiedzieć. Drzwi gabinetu nagle się otwierają, doktor Stanisław prosi Zofię na chwilę do środka.

Zofia podaje dziecko Wojciechowi i idzie.

Zdejmuje go nagła panika. Nie może mówić, nie może się ruszyć. Zawiniątko w jego ramionach jest cieplutkie i pachnie czymś słodkim. Nagle niemowlę zaskrzeczało, po czym wydało z siebie dźwięk przypominający miauczenie kotka, a w końcu rozpłakało się rozpaczliwie. Przestraszony Wojciech spogląda na twarz dziecka i widzi własną. Córka jest jak żywy obrazek jego samego! Patrzy na nią i widzi siebie

Czuje, jak nogi robią się z waty. Siada na krześle obok i lekko kołysze dziecko. Maleńka uspokaja się, patrzy prosto na niego i, jakby uśmiechając się, mruga oczkami.

Po chwili Zofia wraca z gabinetu.

Oddaj, zaniosę ją wyciąga ręce do wnuczki.

Ja sam rzuca nagle Wojciech. Przed chwilą się do mnie uśmiechnęła! a na twarzy ma najprawdziwszy, dziecięcy uśmiech. Wracamy razem do domu, Zosiu mówi do niej cicho, a potem zdecydowanie: Jedziemy razem do domu!

Idź do oryginalnego materiału