A ty nie myślałaś, Kingo, iż kiedy wszystko jest trudne, trzeba szukać prostych rozwiązań? Najprostszych, do których my, kobiety, często nie potrafimy się zniżyć, bo uważamy to za słabość.
Jakie tu proste rozwiązania? westchnęła Kinga. Prosić byłego męża o pomoc? Albo machnie ręką, albo zacznie wygłaszać wykład o mojej niezaradności.
Właśnie o to „prosić” mi chodzi. Ale nie tak, jak to robisz zwykle z pozycji szefowej wydającej polecenia podwładnemu. Dla nas, silnych i niezależnych, prośby i to całe „włączenie słabej dziewczynki” nie mają wartości. Uważamy to za upokarzające. I nie rozumiemy najważniejszego: mężczyźni właśnie tego bardzo potrzebują.
Kinga sceptycznie prychnęła. Marek potrzebuje jej próśb? No proszę. Weronika Piotrowska go po prostu nie zna. jeżeli już czegoś potrzebuje, to żeby go zostawić w spokoju. Przynosił pieniądze do domu spełniał swoją główną, a według niego jedyną, obowiązkowość.
***
Teraz, trzy lata po rozwodzie, Kinga patrzyła na ich związek innymi oczami. Wszystkie trudności były widoczne od początku, tylko nikt nie chciał tego zauważyć.
Poznali się na imprezie u znajomych: Kinga dusza towarzystwa, z iskrą w oku, Marek postawny, z uroczym uśmiechem, właśnie awansowany. Widział w niej piękną i inteligentną towarzyszkę, ona w nim solidne oparcie. Ślub był taki, o jakim mówi się „spełnienie marzeń”.
Ale marzenie gwałtownie zamieniło się w codzienność i nieumiejętność rozmawiania o konfliktach.
Kinga wychowała się w rodzinie, gdzie miłość mierzono ilością wykonanych obowiązków. Jej matka, samotna kobieta po odejściu ojca, dźwigała wszystko: pracę, dom, wychowanie córki. Jej głównym przekonaniem było: „Zawsze licz tylko na siebie. Mężczyźni przychodzą i odchodzą, a twoja niezależność to twoja twierdza”. Kinga budowała tę twierdzę od młodości: sama gotowała, sama naprawiała gniazdka, sama wybrała studia. Dorosła z ukrytą, niemal wypartą tęsknotą znaleźć kogoś, na kim wreszcie będzie mogła polegać. Marzyła o partnerstwie, gdzie można być słabą, nie obawiając się, iż to wykorzystają przeciw niej. Jej oczekiwanie wobec małżeństwa było proste i trudne zarazem: bezpieczeństwo. Nie materialne zarabiać potrafiła, ale emocjonalne. Możliwość zdjęcia wreszcie zbroi „silnej dziewczyny”.
Marek wyrósł w klasycznej patriarchalnej rodzinie. Ojciec żywiciel, jego słowo było prawem. Matka strażniczka domowego ogniska, niezmienny minister codzienności, emocji i wychowania. Wszelkie problemy rozwiązywano według schematu: matka zgłaszała, ojciec finansował lub używał swoich znajomości. Nikt nigdy nie siadał do stołu negocjacyjnego, nie szukał wspólnych rozwiązań. Marek przyswoił sobie jeden model: mężczyzna zapewnia pieniądze i status, reszta to nie jego strefa odpowiedzialności. W małżeństwie szukał komfortu. Żeby w domu było czysto, pachnąco, czekała na niego ładna żona, a problemy rozwiązywały się gdzieś na uboczu, nie zakłócając jego spokoju.
Nigdy o tym nie rozmawiali. Od pierwszej chwili Marek rozpoznał w Kindze tę silną, samowystarczalną dziewczynę, która nie będzie go obciążać drobiazgami. Ona zobaczyła w nim tego solidnego mężczyznę, który stanie się jej podporą. Mówili różnymi językami, choćby o tym nie wiedząc. Rozmawiali, w jakim kraju spędzą miesiąc miodowy, jak nazwą dzieci, w jakim stylu urządzą mieszkanie. Ale ani razu nie zapytali się nawzajem: „Jak będziemy rozwiązywać problemy, kiedy się pojawią?” czy tym bardziej „Jak podzielimy się obowiązkami?”.
Nikt nie chciał psuć romantycznej atmosfery. Kinga bała się wydać słaba i roszczeniowa, mówiąc o swoich głębokich oczekiwaniach wobec partnerstwa. Marek uważał za oczywistość, iż wszystko ułoży się tak, jak w jego rodzinie. Płynęli ku sobie z pełnym przekonaniem, iż widzą ten sam brzeg. A widzieli zupełnie różne lądy.
Gdy urodził się syn, Kinga, idąc za przykładem matki, wzięła wszystko na siebie: pracę zdalną, nocne karmienia, wizyty u lekarzy, zajęcia rozwojowe. Marek zaś istniał gdzieś obok. Coraz więcej czasu spędzał w pracy, a w domu odpoczywał leżał na kanapie, oglądał telewizję. Jego udział w domowych sprawach ograniczał się do pytania „Co na obiad?” i rzadkich zabaw z synem, gdy ten był wesoły i zadbany.
Kuba miał jakieś dziewięć miesięcy, gdy po raz pierwszy w życiu dostał gorączki prawie 39 stopni. Kinga, w panice, obudziła męża o trzeciej nad ranem: „Marek, pomóż, nie wiem, co robić! Wzywać karetkę?” On, nie otwierając oczu, burknął: „Jesteś matką, sama się tym zajmij. Nie przeszkadzaj mi spać, jutro mam ważne spotkanie”. Tę noc Kinga często później wspominała: jak sama kołysała synka i płakała z bezradności.
Potem bywało różnie. Banalnie, jak u wielu. Marek zawsze stawiał na pierwszym miejscu swoje potrzeby, Kinga prowadziła rachunek krzywd. Pewnego razu Marek nie pojawił się na przedszkolnej uroczystości. Kub














