Dziennik Tatiany
Dzisiaj znów myślałam o tym, co powiedziała mi Wanda, moja starsza koleżanka z pracy: Tatianko, czy nie przyszło ci do głowy, iż gdy wszystko jest trudne, trzeba szukać najprostszych rozwiązań? Takich, do których my, kobiety, często nie potrafimy się zniżyć, bo uważamy to za słabość.
Jakie tu mogą być proste rozwiązania? westchnęłam. Prosić byłego męża o pomoc? Albo machnie ręką, albo zacznie wykład o mojej niedojrzałości.
Właśnie o to proszenie mi chodzi odparła Wanda. Ale nie tak, jak to robisz zwykle z pozycji szefowej wydającej polecenia. Dla nas, silnych i niezależnych, prośby i to całe włączenie słabej dziewczynki nie mają wartości. Uważamy to za upokarzające. A nie rozumiemy najważniejszego: mężczyźni właśnie tego potrzebują.
Tatiana sceptycznie prychnęła. Krzysztof potrzebuje jej próśb? No tak, Wanda go po prostu nie zna. jeżeli czegoś potrzebuje, to żeby go zostawić w spokoju. Przynosił pieniądze do domu spełniał swoją główną, i jego zdaniem jedyną, obowiązkową rolę.
***
Teraz, trzy lata po rozwodzie, Tatiana patrzyła na ich związek innymi oczami. Wszystkie trudności były widoczne od początku, tylko nikt nie chciał tego zauważyć.
Poznali się na przyjacielskiej imprezie: ona dusza towarzystwa, z iskrą w oku, on postawny, z uroczym uśmiechem, właśnie awansowany. Widział w niej piękną i inteligentną towarzyszkę życia, ona w nim opokę. Ślub był taki, o jakim mówi się spełnione marzenie.
Ale marzenie gwałtownie zamieniło się w codzienność i nieumiejętność rozmowy o konfliktach.
Tatiana wychowała się w domu, gdzie miłość mierzono ilością wykonanych obowiązków. Jej matka, samotna po odejściu ojca, dźwigała wszystko: pracę, dom, wychowanie córki. Jej dewizą było: Zawsze licz na siebie. Mężczyźni przychodzą i odchodzą, a twoja niezależność to twoja twierdza. Tatiana budowała tę twierdzę od młodości: sama gotowała, sama naprawiała gniazdka, sama wybrała studia. W głębi duszy jednak tliła się w niej pragnienie znaleźć kogoś, na kim wreszcie będzie mogła polegać. Marzyła o partnerskim związku, gdzie będzie mogła być słaba, bez lęku, iż to wykorzystają. Jej oczekiwania wobec małżeństwa były proste i trudne jednocześnie: bezpieczeństwo. Nie materialne zarabiać umiała, ale emocjonalne. Możność zdjęcia wreszcie zbroi silnej dziewczyny.
Krzysztof dorastał w typowej patriarchalnej rodzinie. Ojciec żywiciel rodziny, jego słowo było prawem. Matka strażniczka domowego ogniska, niezmienny minister codzienności, uczuć i wychowania. Wszelkie problemy rozwiązywano według schematu: matka zgłaszała, ojciec finansował lub załatwiał przez znajomości. Nikt nigdy nie siadał do rozmowy, nie szukał wspólnych rozwiązań. Krzysztof przyswoił sobie jedną jedyną zasadę: mężczyzna zapewnia pieniądze i status, reszta to nie jego sprawa. W małżeństwie szukał wygody. Żeby w domu było czysto, pachniało jedzeniem, czekała na niego piękna żona, a problemy rozwiązywały się gdzieś na uboczu, nie zakłócając jego spokoju.
Nigdy o tym nie rozmawiali. Od pierwszej chwili Krzysztof widział w Tatianie silną, samowystarczalną kobietę, która nie będzie go obciążać drobiazgami. Ona zaś dostrzegła w nim opokę, na której będzie mogła się oprzeć. Mówili różnymi językami, nie mając o tym pojęcia. Rozmawiali o tym, w jakim kraju spędzą miesiąc miodowy, jak nazwą dzieci, w jakim stylu urządzą mieszkanie. Ale ani razu nie zapytali się nawzajem: Jak będziemy rozwiązywać problemy, gdy się pojawią? albo Jak podzielimy się obowiązkami?
Nikt nie chciał psuć romantycznej atmosfery. Tatiana bała się wydać słaba i wymagająca, mówiąc o swoich oczekiwaniach. Krzysztof uważał za oczywiste, iż wszystko ułoży się tak, jak w jego rodzinie. Płynęli ku sobie, pewni, iż widzą ten sam brzeg. A widzieli zupełnie inne lądy.
Gdy urodził się syn, Tatiana, idąc śladami matki, wzięła wszystko na siebie: pracę zdalną, nocne karmienia, wizyty u lekarzy, zajęcia rozwojowe. Krzysztof istniał gdzieś obok. Coraz bardziej zatapiał się w pracy, a w domu odpoczywał leżał na kanapie, oglądał telewizję. Jego udział w życiu rodzinnym ograniczał się do pytania Co na obiad? i rzadkich zabaw z synem, gdy ten był w dobrym humorze.
Kiedy Staś miał dziewięć miesięcy i po raz pierwszy w życiu dostał gorączki prawie 39 stopni, Tatiana w panice obudziła męża o trzeciej w nocy: Krzysiu, pomóż, nie wiem, co robić! Wzywać pogotowie? On, nie otwierając oczu, burknął: Jesteś matką, sama się tym zajmij. Nie przeszkadzaj mi spać, jutro mam ważne spotkanie. Tę noc Tatiana często wspominała później: jak sama kołysała syna i płakała z bezsilności.
Potem bywało różnie. Banalnie, jak u wielu. Krzysztof zawsze stawiał na pierwszym miejscu swoje potrzeby, Tatiana prowadziła rachunek krzywd. Pewnego dnia Krzysztof nie przyszedł na przedszkolne przedstawienie. Staś miał trzy lata i wyrecytował swój pierwszy wierszyk. Tatiana prosiła męża przez cały tydzień, żeby zwolnił sobie ranek. Oczywiście, kochanie odpowiedział. Rano, gdy już wiązała Stasiowi muszkę, zadzwonił telefon. Taniu, przepraszam, pilne wezwanie od klienta. Sam rozumiesz, bez mnie się nie obejdzie. Nagraj na telefon, później obejrzę. Później nigdy nie nadeszło. Dla Krzysztofa to była rutynowa sytuacja. Dla Tatiany kolejny gwóźdź do trumny ich małżeństwa.
Zimą Tatiana, złapawszy grypę, z gorączką 38 stopni, poprosiła Krzysztofa, żeby przywiózł chociaż podstawowe zakupy: mleko, chleb, leki. Zgodził się. Wrócił do domu o dziewiątej wieczorem z torbą, w której była butelka drogiej whisky i pudełko czekoladek dla sekretarki, która miała urodziny. O zakupach zapomniałem, wybacz. Jakoś sobie poradzisz. Właśnie tego wieczoru, patrząc na whisky i czując lodowate dreszcze, Tatiana zrozumiała: nie jest po prostu zmęczona, powoli umiera w emocjonalnej próżni.
Odeszła od męża gwał














