Wnuki owoce widują raz na miesiąc, a ona swoim kotom kupuje najdroższą karmę! denerwuje się Marta, moja synowa, próbując mnie zawstydzić moim rzekomym brakiem serca…
Synowa ostatnio zawzięła się, żeby zrobić ze mnie wyrodną babcię: podobno jej dzieci raz na ruski rok poczują smak jabłka, a ja dla kotów wybieram ekskluzywne jedzenie. No, ale jest mały szczegół dzieci mają mamy i tatusia, którzy powinni zadbać o ich codzienne witaminy, a moim kotom to tylko ja talerz napełnię. Gdy parę lat temu zasugerowałam synowi i jego ukochanej, iż może przystopują z tym rozmnażaniem się, kazali mi nie wtrącać się w nie swoje sprawy. Więc teraz ja się nie wtrącam. Karmię swoje koty i słucham narzekań wielce rodzinnej synowej.
Ślub syna odbył się, gdy już się coś pod sercem ukrywało. Oczywiście, na pytanie po co ten ślub, twierdzili, iż przecież to miłość, a brzuch to taki przypadek, taki los. Ja tam powstrzymywałam się od komentarzy, starsze dzieci większe problemy, chciałam im zostawić przestrzeń na własne błędy.
Marta do czasu macierzyńskiego pracowała jako kasjerka w Biedronce. Większość ciąży przechodziła na L4, bo skarżyła się, iż ciągłe pretensje klientów to nie dla niej. No, charakterek ma dziewczyna delikatnie mówiąc wybuchowy, więc w te afery wierzę.
Generalnie mało mnie obchodziło, jaki temperament ma synowa mieszkaliśmy osobno. Ja w moim blokowym M2, syn z Martą w ich nowym M3 na kredyt. Trzypokojowe kupili przed ślubem kiedyś razem zajmowaliśmy trzypokojowe na własność, potem mieszkanie sprzedałam, kupiłam sobie kawalerkę, synowi zostawiłam część na wkład własny i boom, hipotekę ma.
Próbowałam go przekonywać:
Po co ci od razu M3, to przecież ogromne wydatki! a on nic, potem się okazało, iż dziecko w drodze i już wszystko jasne.
Syn sam spłaca kredyt, bo Marta ciągle na zwolnieniach, niedługo w macierzyński, a z pieniędzmi w ich domu zawsze na styk. Konsumpcja za to pierwsza klasa. No, trudno skoro chce tak żyć, niech żyje. Ja im się do kaszy nie wtrącam.
Syn kupił mieszkanie niedaleko, więc czasem wpadał po pracy na obiad. Marta nie gotuje, bo mówi, iż ją od zapachów mdli. Wierzę, kłócić się nie będę nie każdy ma kulinarny dar.
Gdy urodził się pierwszy wnuk, sama chciałam pomóc, przecież świeżo upieczona matka, ale zostałam elegancko odesłana do kąta:
Poradzę sobie sama, mam internet i własną mamę do porad! usłyszałam.
No to żegnałam zapał. Przychodziłam co najwyżej, żeby się z wnukiem pobawić, drożdżówkę przynieść, prezent zostawić. O pomocy nie było mowy, więcej się nie narzucałam.
Syn miał pod górkę z tą hipoteką, żoną, dzieckiem, ale ciągnął sam tak wybrał. Ja mogłam co najwyżej nakarmić, pocieszyć, pokiwać głową: Za kilka lat Marta pójdzie do pracy i się polepszy mówiłam.
No ale pracować to Marta nie zamierzała. Gdy pierwszy wnuk miał ze dwa latka, znowu szykuje niespodziankę. Pokręciłam głową:
Może byście przez chwilę przestali ratować demografię kraju?
Oburzenie było natychmiastowe:
Niech się pani nie wtrąca! My sobie radzimy, pomocy nie potrzebujemy! burknęła.
Okej, nie moje małpy, nie mój cyrk. Od kontaktów się nie wyrywam, syn przyprowadza starszego wnuka do mnie, a ja do nich w odwiedziny się nie pcham.
Żyliśmy sobie oddzielnie jak przystało na cywilizowaną polską rodzinę. Syn czasem lamentował, iż pieniędzy w domu jak na lekarstwo, a i z żoną coraz częściej o to się kłócą. Co miałam doradzić rozwiedź się? Zmień żonę? Zmień pracę? Lepiej zamilczeć.
Urodził się drugi wnuk a mnie choćby nie zaprosili po wypis ze szpitala. Trochę zabolało, ale przecież nie będę się narzucać. W końcu matka, nie teściowa, nie będzie tu swojego ja narzucać. Po raz pierwszy młodszego wnuka zobaczyłam, gdy miał już siedem miesięcy. Na urodzinach starszego. Przyniosłam prezenty, kawałek domowego ciasta, żeby choć dzieci miały słodyczy. Synowa chodziła nadąsana jakby zrobiła mi ogromną przysługę, pozwalając wstąpić.
Nie będę przecież latała za każdą obrażoną Martą nie te lata, nie ta energia. Ja się nie narzucam, oni mnie nie zapraszają. Kontakt mam ze starszym wnukiem, tego młodszego na razie broni przede mną matka jak lew swojej młode.
A z pieniędzmi dalej u nich cienko. Ten cały kapitał macierzyński poszedł w dziurę hipoteczną, a wygody nie przybyło. Syn coraz częściej wspomina, iż Marta z pieniędzmi obchodzi się jak z wodą, a on raczej nie ropniak z Orlenu. Znowu milczę.
Ostatnio spotkałam Martę przypadkiem w Żabce i co widzę, brzuch zaokrąglony, po raz trzeci? Zerknęła do mojego koszyka:
No tak! Dzieci widzą owoce raz w miesiącu, a ona swoim kotom, proszę bardzo, luksusowy żarcie prawie wysyczała i odciągnęła syna za rękę.
No cóż, kto winien, iż mnie stać na dobrą karmę dla futrzaków, a ich dzieci muszą czekać do pierwszego na banana? Skoro wiedzą, iż ciężko z kasą, iż kredyt, iż z pracą syn marnie a kolejne dziecko w planach. Może by tak poszła do pracy, na truskawki zarobiła? Czemu ja mam się martwić, iż dzieci owoców nie widzą?
Teraz to już mam pewność, iż zabroni mi z wnukami się widywać przecież nie jestem prawdziwą babcią, która przelewa całe oszczędności na konto młodej rodzinki. Każdy żyje po swojemu, ale czasem mam wrażenie, iż czy Marta, czy mój syn tego własnego rozumu jednak za grosz nie mają…







