Wnuki widują owoce raz na miesiąc, a ja swoim kotom kupuję drogi pokarm gorączkuje się synowa, zarzucając mi bezduszność
Ostatnio synowa postanowiła mi robić wyrzuty, iż jej dzieci owoce widzą od święta, podczas gdy ja moim kotom kupuję dobre jedzenie. Ale jest tu zasadnicza różnica dzieci mają ojca i matkę, którzy powinni dbać o ich zbilansowaną dietę, a moje koty mają tylko mnie. Gdy kiedyś powiedziałam synowi i synowej, iż może czas już trochę przystopować z powiększaniem rodziny, usłyszałam tylko, żebym się nie wtrącała w nie swoje sprawy. No to się nie wtrącam. Karmię swoje koty, a wyrzutów wysłuchuję z coraz większym dystansem.
Ślub syna odbył się, gdy jego narzeczona, Justyna, była już w zaawansowanej ciąży. Oboje twierdzili, iż wzięli ślub z wielkiej miłości, a ciąża to po prostu przypadek, takie zbieżności się zdarzają. Prychnęłam tylko pod nosem, ale dalej nie komentowałam. Syn jest dorosły, niech sam odpowiada za swoje decyzje.
Justyna pracowała wcześniej jako kasjerka w Biedronce. Praktycznie całą ciążę spędziła na zwolnieniach, bo narzekała, iż kontakty z klientami ją wykańczają, a ludzie non stop się awanturują. Powiem szczerze, jej charakter zdecydowanie do najbardziej cierpliwych nie należy, więc w te kłótnie wierzę bez zastrzeżeń.
W końcu jednak nie miało to dla mnie większego znaczenia, bo nie mieszkaliśmy razem. Ja miałam swoją kawalerkę w Krakowie, syn z Justyną trzy pokoje na jednym z nowych osiedli w Nowej Hucie mieszkanie na kredyt, oczywiście. Przed ślubem sprzedałam trzypokojowe mieszkanie, które kiedyś należało do mnie. Kupiłam sobie jednopokojowe, resztę pieniędzy syn machnął na wkład do własnego mieszkania i pożyczkę hipoteczną.
Na co ci takie duże mieszkanie na początku? Przepłacasz! próbowałam mu tłumaczyć, jeszcze nie wiedząc o ślubie. Potem wszystko się wyjaśniło.
Raty kredytu spłacał syn sam, bo Justyna, ciągle będąc na zwolnieniach, potem na urlopie macierzyńskim, do domowego budżetu się nie dokładała, ale za to chętnie wydawała. Efekt? Wiecznie bez pieniędzy.
Starałam się w ich sprawy nie mieszać, bo potem i tak na końcu wszystko byłabym ja winna. Skoro syn wybrał sobie taką żonę, to widocznie mu odpowiada. Nie mieszkamy razem, więc garnków i łazienki dzielić nie trzeba. Niech żyją jak chcą.
Mieszkanie syn kupił niedaleko mnie, więc czasem wpadał po pracy na obiad. Justyna unikała gotowania, twierdząc, iż źle się czuje od zapachów. Może i tak, nie zamierzam się sprzeczać.
Gdy przyszedł na świat pierwszy wnuk, pomyślałem, iż mogę pomóc Justynie, w końcu to jej pierwsze dziecko. gwałtownie jednak zostałem wyproszony poradzi sobie, a rad ma w internecie i u swojej mamy. No to proszę bardzo. Przestałem się narzucać, wpadałem tylko czasem w odwiedziny, bawiłem się z wnukiem, zostawiałem słodycze, a z pomocą dałem sobie spokój.
Synowi było ciężko z kredytem, żoną i małym dzieckiem, ale się nie skarżył, rozumiał, iż sam sobie to życie ułożył. Pomagałem mu, jak mogłem czasem ciepły obiad, trochę pocieszenia, ot tyle mojego wsparcia. Powtarzałem mu tylko: mały podrośnie, Justyna pójdzie do pracy, trochę się sytuacja ustabilizuje.
Tyle iż do pracy synowa wracać nie zamierzała. Ledwie pierwszemu synkowi stuknęły dwa lata, już znowu była w ciąży. Znów podpowiedziałem delikatnie, iż chyba już podołali demografii kraju, można trochę zwolnić. Odpowiedzią były tylko fochy i wyrzut:
Niech pan się nie wtrąca, radzimy sobie, nie potrzebujemy pana niczego!
Syn coś mruczał o rodzinnym kapitale, iż na drugie dziecko to duże wsparcie. Jak chcą, ich sprawa. Relacje z Justyną zawsze były, delikatnie mówiąc, chłodne, a po tej rozmowie przestałem w ogóle się odzywać, tylko syn czasem przyprowadzał starszego wnuka. Młodszego Justyna do mnie nie puszczała.
Żyłem swoim życiem, syn swoim. Często narzekał na brak pieniędzy, coraz częściej przez przypadkowe wspomnienia wiedziałem, iż niestety i w ich domu nie jest kolorowo. Ale co miałem radzić? Rozwód? Rozmowa z żoną? Zmiana pracy? Jakby to wszystko było takie proste.
Po narodzinach drugiego wnuka choćby mnie na wyjście ze szpitala nie zaprosili. Bolało, ale nie chciałem się narzucać. Widocznie Justyna już mnie skreśliła, a syn nie miał odwagi stanąć w mojej obronie.
Drugiego wnuka zobaczyłem dopiero, gdy miał już siedem miesięcy. Łaskawie zaprosili mnie na urodziny starszego. Przyniosłem prezenty, trochę ciasta i sałatki na stół, wiedząc, jak krucho u nich z kasą. Posiedziałem dwie godzinki, Justyna obchodziła mnie z miną jak z marmuru, jakbym to ja miał jej dziękować za zaproszenie.
Nie jestem już w wieku, by biegać za obrażoną dziewuchą i przekonywać ją do czegokolwiek. Od tamtej pory nie zapraszali, ja sam też się nie pchałem. Utrzymuję kontakt tylko ze starszym wnukiem, gdy syn go przyprowadzi.
W kwestii pieniędzy u nich nic się nie zmieniło, choćby jak do kredytu dołożyli rodzinny kapitał. Syn coraz częściej skarżył się, iż z żoną kłócą się o pieniądze, iż ona nie potrafi oszczędzać i wcale nie zarabia, a on, jak to powiedział, nie jest prezesem Orlenu. A ja dalej milczałem.
Ostatnio, podczas zakupów w Lidlu, wpadłem przypadkiem na Justynę. Zauważyłem, iż znowu jest w ciąży. Zajrzała do mojego koszyka.
No tak! Wnuki domowe owoce widzą raz na ruski rok, a ona kotom kupuje drogi pokarm! niemal wycedziła przez zęby. Po chwili złapała starszego za rękę i zniknęła mi z oczu.
A kto jej broni kupować dzieciom tyle owoców, ile zapragnie? Wie doskonale, iż sytuacja finansowa trudna, kredyt w złotówkach, synowi nie idzie teraz w pracy najlepiej, a ona jedno dziecko za drugim. Może by zatrudniła się gdzieś i sama zarobiła na owoce? Dlaczego to ja mam się tym wszystkim przejmować?
Pewnie teraz w ogóle zabroni wnukom ze mną się widywać. Niby taka jestem zła babcia, bo nie śpieszę się, by oddać im wszystkie swoje środki. Trzeba żyć po swojemu, ale, niestety, tu synowa rozumu nie ma za grosz. A najbardziej boli, iż i mój syn chyba niespecjalnie
Dziś patrzę na te wszystkie rodzinne zawieruchy i widzę jasno, jak ważna w życiu jest umiejętność podejmowania własnych, samodzielnych decyzji i potem ponoszenia za nie konsekwencji, zamiast zrzucać winę na innych. To była dla mnie gorzka, ale ważna lekcja.





