Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć Wyobraź sobie, iż Ania wróciła z pracy tak jak zwykle, ale nie z pustymi rękami uwielbiała po pracy zahaczyć o sklep i kupić małą butelkę wina do kolacji, żeby sobie umilić wieczór. No i wchodzi do mieszkania, a tam taki widok: jej partner, Wojtek, pakuje walizki.
Znalazłeś w końcu jakąś robotę? Idziesz na nocną zmianę? pyta zdziwiona.
A on na to: Nie, odchodzę.
Dokąd idziesz, o tej godzinie? Przecież jest już dziesiąta wieczorem!
A on tylko warczy: Nie słyszysz? Mówiłem, iż odchodzę. Zostawiam cię, idiotko.
Nogi się Ani ugięły, osunęła się na krzesło Pytam: Wszystko w porządku? No bo wiesz, oni mają dwójkę małych dzieci.
A ona do Wojtka: Wojtek, chyba ci odbiło? Urodziłam ci dzieci. Ze stacji myjni samochodowej cię wzięłam. Umyłam cię, nakarmiłam, człowieka z ciebie zrobiłam. Cały czas siedziałeś w domu, podczas gdy ja harowałam i utrzymywałam nas wszystkich
A on: Dzieci nie zostawię, ale ciebie tak. Mam już dosyć twojego przychodzenia wieczorami z butelką i opowiadania, jak masz ochotę na wino. Jagoda taka nie jest od niej czuję coś słodkiego, a nie alkohol.
Czyli idziesz do niej? Wiesz w ogóle, kim ona jest? Zwiała z Łodzi, nikt nie wie, co się wydarzyło w tamtym mieście. Dasz się wpakować w kłopoty
Ale Wojtek już nie słuchał, trzasnął drzwiami i zniknął. To zupełnie załamało Anię. Od tamtej pory zaczęła pić więcej. Do pracy a jest krawcową przychodziła na kacu, palce jej się plątały, nie mogła się skupić na szyciu. Mijały tygodnie. Wieczorami Ania wypijała kolejne wino, czasem zapominała choćby ugotować coś dla dzieci, więc maluchy najadały się dopiero w przedszkolu.
Ania zupełnie zapuściła mieszkanie. Wszędzie czuć było dym i alkohol, w garnkach pleśń, a dzieci biegały umazane. W końcu przyszedł opiekun społeczny i zabrał jej dzieci, a Ani powiedziano, iż ma jeszcze jedną szansę. Miała pracę, miała mieszkanie musiała tylko stanąć na nogi i się ogarnąć. Wzięła z pracy krótki urlop. Kilka dni przeleżała w łóżku, nie była w stanie się ruszyć. Jednak w końcu zacisnęła zęby obiecała sobie, iż już nie sięgnie po butelkę.
Piątego dnia, gdy poczuła znowu głód i choć kusiło ją strasznie, zamiast pić wzięła się za sprzątanie i wróciła do pracy. Harowała pilnie, a popołudniami, by nie myśleć o alkoholu, sprzątała mieszkanie. Mijały miesiące, aż w końcu dzieci wróciły do niej, ale często ktoś sprawdzał, czy sobie radzi. Ania się nie poddała, nie myślała już o piciu dzieci były najważniejsze.
Nawet wtedy, gdy usłyszała, iż Wojtek oświadczył się Jadzi, nie ugięła się. Choć było jej ciężko, bo przecież ona rodziła mu dzieci, żyli razem osiem lat bez ślubu, tyle przeżyli Po kilku miesiącach Wojtek wrócił, z podbitym okiem: Ania, przepraszam Jagoda uciekła z Łodzi od męża. Przyszedł tu, pobił mnie, zaciągnął ją za włosy do auta.
A ona spokojnie: Wojtek, dzięki za dzieci i za trudną lekcję, którą mi dałeś. Ale do mnie już nie wracaj. Idź swoją drogą.Wojtek zbladł i przez moment wydawało się, iż coś powie, ale tylko skinął głową i wyszedł tak cicho, jakby w obawie, iż jeszcze przez chwilę zburzy delikatny spokój, który Ania z trudem odzyskała. Zamknęła powoli drzwi, oparła się o nie plecami i wypuściła powietrze z ulgą. Wiedziała, iż to nie koniec kłopotów, ale po raz pierwszy od dawna poczuła, iż jest wolna. Dzieci bawiły się w pokoju, śmiała się Zosia, coś opowiadał Staś dźwięki codzienne, zwykłe, a jednak kiedyś tak nieosiągalne. Z kuchni pachniał ciepły rosół, a z radia cicho sączyła się jej ulubiona piosenka z czasów młodości.
Poprawiła rozczochrane włosy, uśmiechnęła się do siebie w lustrze pierwszy raz od miesięcy z prawdziwą czułością. Czasami, pomyślała, trzeba stracić wszystko, żeby odkryć, co naprawdę ma wartość. Teraz wiedziała: jej siła, jej dzieci, zwyczajny dzień bez strachu. Usiadła z nimi przy stole. Zabawa zabawą, ale najpierw zjemy obiad zażartowała, a dzieci parsknęły śmiechem. Na chwilę, krótką jak mgnienie, przyszłość wydała się możliwa, a każdy wspólny posiłek był jak obietnica nowego początku. Ania nie bała się już siebie a tym bardziej powrotów, które nie są warte otwartych drzwi.







