30 sierpnia 2025
Dziś zapisuję to, co wciąż budzi we mnie niepokój i jednocześnie zdumienie, iż przetrwałem tak niesprzyjające losu początki. Moje imię Wiktor Kuzniarski nie ma jeszcze własnych wspomnień, a jedynie echa obcych słów, które otoczyły mój pierwszy oddech. Wszystko zaczęło się od odrzucenia, które przybrało formę ciszy i chłodu w małej kamieniczce przy ulicy Jana Pawła II w Łodzi.
Mój matki, nieprzygotowanej na nagłe macierzyństwo, urodziła mnie w środku nocy, walcząc z bólem przez ponad godzinę. Gdy w końcu wydała mnie z życia, nie rozważając, czy jeszcze bije serce, owinęła mały, drżący w balonie, w szmatę i kazała swojemu współlokatorowi wyrzucić mnie do śmietnika. Rano wywożą śmieci i wszystko będzie po staremu! Nie daj się wpaść, zanim ludzie się obudzą! krzyknęła, po czym odeszła.
Na szczęście wschód słońca przyciągnął przychodzących do pracy mieszkańców. Mój współlokator, choć nie najbystrzejszy, nie zepchnął mnie prosto do kosza, ale położył obok niego połamany, stary płaszcz, którego nic nie mogło mnie już zamrozić. Czekałem w cieple, aż zjawi się sąsiadka, ciocia Walusia. Zwykle rano wyprowadzała swoją nieposkramioną suczkę, Misję, na spacer. Dzisiaj Misja, nieszczęśliwa od potrzeby oddania moczu, wyciała tak donośnie, iż Walusia musiała przycisnąć jej mokry pysk, by przynajmniej na chwilę zaszeptać ciszę. Zwinęła się w szlafrok i kapcie, wymachując w stronę męża, którego prezent na rocznicę miał być poważniejszy niż ten mały chaos, który trzymała w rękach.
Misja, uwolniona od oporu, pobiegła po podwórku, obracając się w kółko, po czym nagle stanęła przy moim owijaniu, spojrzała na mnie i wydała z siebie jęk, który przeszył serce cioci. Panowie! Co to jest? Pomóżcie! krzyknęła, a ja, zawinięty w szmatę, drżałem jak liść na wietrze.
Mąż cioci, wujek Mikołaj, zwykle spał głęboko, nie budząc się na szczekanie ani dźwięk wiertarki, która zawsze pracowała w weekendy. Jedyną rzeczą, na którą reagował natychmiast, był płacz żony. Walusia! Idę! wymamrotał, jeszcze w barwnych, manualnie szytych bokserkach, które jej podarowała. Wyskoczył z łóżka i ruszył do podwórka, nie wiedząc jeszcze, iż w jego ręce spoczywa małe życie, które potrzebuje ocieplenia.
Zanim dotarł, przyjechała karetka. Przykuli mnie do szpitala, a Walusia, łamiąc się pod ciężarem łez, odprowadziła Misję, podając jej ostatni kawałek kiełbasy, jakby próbując wyrównać własny ból. Czy bardziej żałowała swojego psa, tego niemowlęcia czy siebie samej, nie potrafiłam powiedzieć.
W szpitalnym pokoju, leżąc na białym suficie, czułem jedynie ciepło koców i miękkie dotknięcia pielęgniarek. Złoto, a nie dziecko! Taki spokój! Inne płaczą, a on może i krzyknie, ale tylko w potrzebie. Nie rozumiałem, dlaczego los tak niechętnie spoglądał na mnie, ale przyzwyczaiłem się do ciszy, którą dawała mi jedynie obecność nieznanych ludzi. Nie wiedziałem nawet, iż mam matkę, a ojciec… nie chciał choćby o mnie słyszeć, rozrzucając dzieci po kraju.
Opiekunka, przypominająca imię, które nadała mi instytucja, nazwała mnie Kuzniarskim podobnie jak inne „odrzucone” dzieci w naszym mieście. W domu dziecka też mnie kochali, rozpieszczali, bo nie robiłem zamieszania i nie wymagałem niczego. gwałtownie go przyjmą, piękny i zdrowy. Może znajdą mu rodziców? szeptały pośród szeleszczących chusteczek.
Los jednak miał inne plany. Po pół roku moi nowi rodzice, po załatwieniu wszystkich papierów, uznali, iż nie chcą wychowywać obcego dziecka. Zabrali mnie z powrotem do miejsca, skąd przyszedłem, jakby to był zwrot niewłaściwy w sklepie z zabawkami. Mój nowy ojciec, choć chciał stać się prawdziwym ojcem, słyszał od lekarzy, iż nie jest w stanie mieć własnych dzieci, a natura go nie wspiera. Zrozumiałem, iż moje życie jest zbyt krótkie, by w pełni pojąć, co się ze mną dzieje. Zostawiłem jedynie wspomnienie o nocnych kołysankach, które przestały mnie przytulać.
Teraz, mając już trzy lata, kiedy ktoś zapytał mnie, kim jestem, odpowiedziałem: Jestem Wiktor! z powagą, którą nadał mi każdy, kto kiedykolwiek mnie przytulił. Ludzie patrzyli na mnie z niepokojem, zastanawiając się, czy nie jestem dziwny. Nie rozumieli, iż po prostu chcę się podzielić tym, co nowego dowiedziałem się od niania, kiedy pokazywała mi, jak liście spadają na jesień. Widzisz, Wiktorze, jesień to twoja przyjaciółka. Urodziłeś się we wrześniu, może los w końcu przyniesie ci szczęście i dobrą rodzinę.
Niania po raz pierwszy odwróciła się od tych, którzy chcieli mnie zabrać, i spojrzała w stronę starego podwórka, gdzie kiedyś znalazła mnie. Tam stała ciocia Walusia, wciąż wyprowadzająca Misję. Zauważyłam, iż jej twarz nosi ślady lat i rozczarowań, ale wciąż jest pełna nadziei. Jej matka kiedyś mówiła o krótkich spódnicach i długich nogach, ale Walusia nauczyła się kochać siebie taką, jaka jest, i nie szukała już walidacji w oczach mężczyzn. Ukończyła studia, znalazła pracę i w końcu kupiła używany samochód, który z pomocą mechanika Michała stał się jej własnością.
Michał był prostym człowiekiem, ale jego serce było pełne miłości do Walusi. Ich związek był spokojny, pełen bukietów i czekolad. Kiedy lekarze oznajmili im, iż nie będą mieli dzieci, pogodziwszy się ze sobą, trzymali się za ręce i szeptali, iż najważniejsze, iż są razem. Czasami jednak, w nocy, Walusia budziła się przerażona, słysząc ciche dziecinne płacze, jakby ktoś wołał ją w nieznane.
Pewnego dnia Misja zniknęła. Walusia szukała jej po podwórkach, pod krzakami, w szparach, ale pieska nie było. Dwa dni płakała, a trzeciego popołudnia Misja wróciła, brudna i mokra od deszczu, jakby przeszła przez burzę. Kiedy Walusia przytuliła ją, nagle przypomniała sobie twarz tego chłopca, którego przytuliła na chwilę w zimny poranek. Mikołaju! wykrzyknęła, ale on już był przy niej, gotów wysłuchać wszystkiego.
Po sześciu miesiącach wróciłem do domu, gdzie patrzyłem w oczy mężczyźnie, który wydawał się tak silny jak dąb, i powiedziałem: Jestem Wiktor. On, z lekkim uśmiechem, położył rękę na moim ramieniu i westchnął: Nie płacz już, kochanie, czas wracać do domu. I tak, w tej ciszy, zapisuję, iż moje życie, choć pełne odrzuceń i nieoczekiwanych zwrotów, wciąż szuka swojego miejsca.












