WYMARZONE SZCZĘŚCIE
Dzisiejszy dzień był jak baśniowy sen dla Weroniki. Jej twarz rozświetlała się nieziemskim blaskiem, a euforia w sercu była jak ciepły deszcz w maju. Przez dwanaście lat jej dom wyglądał, jakby skrywał ciszę i oczekiwanie, bo Weronika nie mogła zostać matką. Teraz wreszcie niespodziewana wiadomość! Będzie miała dziecko. Dla kobiety nie ma cudowniejszego momentu niż ten, gdy usłyszy, iż nosi w sobie życie. Każda Polka, która doświadczyła tej chwili szczęścia, potwierdzi: to magiczne spełnienie.
Weronika czuła się jakby lewitowała nad ulicami Krakowa. Kilka razy w ciągu dnia dotykała brzucha, rozmawiając z maleństwem, które miało już dwa i pół miesiąca. Szepcze mu wiersze, które kiedyś śpiewała jako dziecko swojej mamie, nie wiedząc nawet, czy to jawa czy sen.
Poznała Piotra jeszcze na uniwersytecie Jagiellońskim razem przewracali stare książki, razem zakończyli studia. Po trzech miesiącach od odebrania dyplomu wyprawili wesele w kameralnej restauracji nad Wisłą. Przez pierwsze pół roku byli niepodzielnie szczęśliwi. Ale potem Weronika zaczęła niepokoić się jej duszę dotykał smutek, iż nie może doczekać się dziecka. Piotr tulił ją do siebie, szeptał, iż wszystko się ułoży, przekonywał, iż jeszcze nadejdzie czas na malucha.
Dwa lata później Weronika słabła z nadziei, jak mleko rozlane na stole. Lekarka uspokajała ją, nie widząc poważnych przeszkód. Piotr próbował tchnąć życie w ich codzienność: spacery brzegiem Wisły, obiady w pachnącej kawiarni, wycieczki do Zakopanego. Jednak Weronika coraz bardziej zamykała się w sobie, a cisza w domu gęstniała niczym mgła nad Krakowem. Minęło dwanaście lat. Weronika nie zaznała pełni rodzinnego szczęścia.
Aż pewnego lipcowego popołudnia, gdy słońce topiło się w piasku Plant, Weronika wyszła na spacer, kiedy Piotr był w pracy. Szła powoli, z pochyloną głową, zatopiona w swych myślach, aż wokół niej świat zaczął się dziwnie rozmywać.
Nagle… słyszy głos zza mgły:
Może to pani jest moją mamą?
Zatrzymała się jakby przyszpiliła ją iskra. Podniosła wzrok widzi chłopca, może trzyletniego, trzymającego się za ogrodzenie kolorowego domu dziecka. Patrzy na nią oczami łagodnej nuty, jakby znał ją od zawsze.
Weronika zamarła, świat wokół zwolnił. Poderwała się ku niemu, gdzie na placu z dali widać inne dzieci w szalonych tańcach. Patrząc w oczy chłopca, nie potrafiła powiedzieć ani słowa. Myśli śmigały jej w głowie niczym pociągi na dworcu, czuła, iż ten moment może na zawsze odmienić jej los.
Po dłuższej chwili spytała cicho:
Nie pamiętasz swojej mamy? Jaka była?
Nigdy jej nie widziałem. Czekam tu, bo myślę, iż mnie rozpozna, gdy przejdzie obok.
Masz rację odpowiedziała Weronika, czując w sercu narastającą nadzieję, iż to ona zostanie jego mamą.
Jak masz na imię?
Ja jestem Kamil powiedział chłopiec.
Weronika poczuła, jak dziwaczna siła prowadzi ją dalej. Bez żadnych wątpliwości ułożyła w myślach plan: zrobi wszystko, by adoptować Kamila. To chyba przeznaczenie zatrzymało ją przy tym ogrodzeniu na Plantach.
Kilka lat temu miałam synka, ale go straciłam powiedziała łagodnie. On też miał na imię Kamil. Wciąż go szukam. Może to ty?
Chłopiec rozpromienił się, rzucił się do ogrodzenia, wyciągając rączki:
Tak! To ty jesteś! To na pewno ty! Moja mama!
Weronika, przez druty ogrodzenia, objęła go mocno i długo.
Idziemy do dyrektorki. Powiemy, iż się odnaleźliśmy! Zabiorę cię do domu.
Hurra! krzyknął Kamil, i cały dom dziecka jakby zatrzymał przez chwilę swoje tekturowe zegary.
Weronika weszła do budynku razem z Kamilem, a wychowawczyni z twarzą jak słodki sernik z Nowego Targu, szczerze cieszyła się z ich spotkania.
Potem zaczęły się kontrole dokumentów, komisje, rozmowy wszystko mijało Weronice jak we śnie, pełnym zawiłości i niejasnych symboli. Kamil trzymał ją za rękę, wierząc całą duszą, iż mama przyjdzie po niego na zawsze. Weronika przygotowała Piotra na nowego członka rodziny. Z ich mieszkania w bloku na osiedlu powstał pokój dla dziecka: świeże meble, wesołe zabawki. Piotr nie śmiał sprzeciwić się adopcji, widząc taką euforia w oczach żony.
Aż przyszedł wymarzony dzień! Kamil był już ich synem. Cała trójka, szczęśliwi, wracali do domu, splatając dłonie jak w dziecięcej grze. Mieszkanie uciekło przed wieloletnią ciszą: słychać było śmiech, tupot małych stóp, wołanie: Tata, patrz!. Weronika rozkwitała. Całą miłość, którą chowała przez lata, oddała chłopcu. Piotr stał się dla niego najlepszym ojcem wśród ojców.
Czas płynął dalej, Kamil rósł, dając rodzicom powód do dumy. Aż pewnego jasnego poranka Weronika poczuła się dziwnie słabo. Piotr zaniepokoił się, poszli do lekarza. Tam usłyszeli wieść nie z tej ziemi: Weronika zostanie mamą! Takiej euforii nie da się wypowiedzieć była jak finał Lajkonika na krakowskim rynku.
Wszyscy niecierpliwie czekali na narodziny następnego dziecka. Gdy w końcu przyszedł ten dzień, na świecie pojawiła się zdrowa dziewczynka. Nadano jej imię Pola imię, które tylko w polskiej krainie niesie szczęście. Rodzina była już pełna, a ich serca pękały od miłości.
Weronika wiedziała jedno: cud narodzin Poli zdarzył się właśnie dlatego, iż nie przeszła obojętnie obok chłopca przy ogrodzeniu w tym dziwnym, lipcowym śnie. Szlachetne czyny zawsze wracają. Szczęście nie trzyma się zegarka przychodzi do tych, którzy otwierają swoje serce na miłość bez żadnych warunków, choćby jeżeli wszystko dzieje się jak w surrealistycznym śnie pod wawelskimi gwiazdami.





