Wygodne babcie
Halina Nowak obudziła się od śmiechu. Nie, nie od jakiegoś chichotu z mema na Facebooku, tylko od głośnego, ogłuszającego rechotu, totalnie nie licującego z powagą sali szpitalnej dokładnie tego typu śmiechu, którego nie znosiła przez całe świadome życie. Śmiała się jej współlokatorka, ściskając przy uchu telefona i wymachując drugą ręką, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć.
Basia, no nie mogę, ty to masz gadane! Serio? Tak po prostu przy wszystkich?
Halina zerknęła na zegarek. Za piętnaście siódma rano. Do pobudki jeszcze kwadrans. Idealny czas, żeby zebrać myśli przed operacją zamiast tego, ma tu kabaret.
Wczoraj wieczorem, kiedy ją wwieźli do pokoju, nowa sąsiadka już leżała na swoim łóżku i intensywnie pisała SMS-y. Przywitały się jak trzeba. Dobry wieczór Dobry wieczór, i każda zamknęła się w swoim świecie. Halina była wdzięczna za tę ciszę. No, do czasu. Teraz cyrk objazdowy.
Przepraszam powiedziała półgłosem, ale stanowczo. Można trochę ciszej?
Sąsiadka się obejrzała. Okruche, pulchne lico, krótkie siwe włosy, których choćby nie próbowała ukryć, piżama w czerwone grochy i to w szpitalu!
Oj Basia, później zadzwonię, bo tu już mnie upominają schowała telefon, odwróciła się do Haliny z uśmiechem. Wybacz, ja Bożena Zawadzka. Wyspana pani? Ja to przed operacjami nie sypiam dzwonię, gdzie się da.
Halina Nowak. Jak pani nie śpi, to nie znaczy, iż inni nie chcą odpocząć.
Ale pani też już nie śpi puściła oczko Bożena. Dobra, będę szeptać, przysięgam.
No więc nie szeptała. Do śniadania zdążyła zadzwonić jeszcze dwa razy, a głos coraz donośniejszy. Halina ostentacyjnie obróciła się do ściany i nasunęła kołdrę na głowę, bez efektu.
Dzwoniła córka wyjaśniła Bożena przy śniadaniu (jedzonym bardziej oczami niż ustami, bo operacja!), bardzo się denerwuje, biedna. Tulę ją przez telefon.
Halina zamilkła. Syn nie dzwonił. Zresztą, nie miała pretensji uprzedził, iż od rana ważne zebranie, nie może się oderwać. Sama zawsze powtarzała: praca to poważna sprawa.
Bożenę zabrano na blok pierwszą. Żegnała się dzikim machaniem ręki i czymś żartowała do pielęgniarki, która aż się śmiała. Halina miała cichą nadzieję, iż po operacji przeniosą ją do innej sali.
Po godzinie i ją wywiozły. Z narkozą nigdy nie była za pan brat. Obudziła się z nudnościami i tępym bólem z prawej strony. Pielęgniarka zapewniła, iż wszystko poszło gładko, trzeba tylko pocierpieć. Halina jakoś umiała.
Wróciła do sali już wieczorem. Bożena była na swoim miejscu, twarz szara, oczy zamknięte, kroplówka. Cicho. Po raz pierwszy cicho.
Jak się pani czuje? zapytała Halina, choć nie planowała rozmowy.
Bożena otworzyła oczy. Uśmiechnęła się słabo.
Jako tako żyję. A pani?
Też.
Zapadła cisza. Za oknem szarzały wieczorne chmury. Kroplówki cicho brzęczały.
Przepraszam za rano rzuciła nagle Bożena. Jak się stresuję, to mi się jęzor nie zamyka. Wiem, iż wnerwia, nic nie poradzę.
Halina miała ochotę odgryźć się jakąś uszczypliwością, ale zmęczenie wygrało.
Nic się nie stało wymamrotała.
W nocy nie spały obie. Bolało u obu. Bożena już nie dzwoniła, tylko się przekręcała i cicho wzdychała. Raz nawet, Halinie się zdawało, popłakała się w poduszkę.
Rankiem przyszedł lekarz. Przejrzał szwy, zmierzył temperaturę i ocenił: Panie to twarde sztuki, wszystko idzie dobrze. Bożena od razu złapała za telefon.
Basia, hej! Żyję, nie panikuj. Jak nasza trójka? Franek dalej ma katar? Co? Już przeszedł? A nie mówiłam, iż chłopaki to twardziele!
Halina nasłuchiwała z przymusu. Te nasza trójka to musiały być wnuki. Córka składa meldunek.
Jej własny telefon milczał. Zerkła dwie wiadomości od syna. Mamuś, jak tam? i Daj znać jak będziesz mogła. Obie wysłane wieczorem, gdy ona jeszcze była na haju po narkozie.
Odpisała: Wszystko gra. Dodała emotkę. Syn uwielbiał emotikony twierdził, iż bez nich wiadomości są suche.
Odpisał po trzech godzinach: Super! Buziaki.
Pani rodzina nie przyjeżdża? zapytała Bożena w południe.
Syn daleko mieszka, zapracowany. A ja już nie dziecko.
No właśnie przytaknęła Bożena. Moja Basia też: mamo, ogarniesz się sama, jesteś dorosła. I dobrze, co będę się wciskać, skoro u nich spokój.
Ale przecież w jej głosie czaiła się żałość. Halina kątem oka widziała, iż uśmiech to tylko fasada.
Ile pani ma wnuków?
Troje. Franek najstarszy, osiem lat, potem Maja i Witek małe szatanki, trzy i cztery. Bożena wygrzebała z szafki telefon. Pokażę zdjęcia, chętnie?
Pokazywała dobre dwadzieścia minut. Dzieci na działce, dzieci na Mazurach, dzieci z tortem, dzieci z nowym kotem. Na każdym zdjęciu Bożena centralnie przytula, wygłupia się, całuje. Córki brak.
Córka robi fotki wyjaśniła. Nie lubi pozować.
Wnuki są często?
U nich mieszkam praktycznie. Córka w pracy, zięć też, więc jestem od odbierania z przedszkola i szkoły, od obiadu, od odrabiania lekcji.
Halina pokiwała głową. Miała podobnie. Pierwsze lata po narodzinach wnuka była codziennie. Potem wnuk podrósł, wizyty rzadsze. Teraz raz w miesiącu, w niedzielę. Jak nie kolidowało z innymi planami.
A pani?
Jeden wnuk, dziewięć lat. Pilny, chodzi na zajęcia.
Widzicie się często?
Czasem w niedzielę. Mają dużo na głowie. Rozumiem.
No tak westchnęła Bożena, odwracając się do okna. Wiecznie zabiegani.
Milczenie. Za oknem kapiący kapuśniaczek.
Wieczorem Bożena powiedziała:
Nie chcę wracać do domu.
Halina spojrzała zaskoczona. Bożena siedziała ze ściągniętymi kolanami, patrząc w podłogę.
Naprawdę nie chcę. Myślałam i myślałam i nie chcę.
Dlaczego?
Po co? Wrócę, a tam Franek nie odrobił, Maja znowu z katarem, Witek podarł spodnie. Córka w robocie do nocy, zięć wiecznie w delegacji. Ja pralnia, kuchnia, sprzątanie, pomaganie. I choćby urwała się. choćby dziękuję nie zawsze usłyszę. Bo babcia to się należy.
Halina milczała. W gardle gula.
Przepraszam otarła łzy Bożena. Jakaś taka rozklejona jestem.
Nie przepraszaj powiedziała cicho Halina. Ja pięć lat temu na emeryturę poszłam. Myślałam: teraz będę żyć dla siebie. Teatr, filharmonia, choćby na kurs francuskiego się zapisałam. Chodziłam dwa tygodnie.
I co się stało?
Synowa na macierzyńskim, poprosiła o pomoc. Bo babcia na emeryturze nie pracuje, to przecież może. Nie umiałam odmówić.
I jak wyszło?
Trzy lata codziennie. Potem wnuk do przedszkola to co drugi dzień. Szkoła raz w tygodniu. Teraz urwała. Teraz nie jestem specjalnie potrzebna. Mają nianię. A ja siedzę, czekam, czy ktoś zadzwoni. jeżeli nie zapomną.
Bożena kiwnęła głową.
Moja Basia miała być u mnie w listopadzie. Mama, zrobię sobie wolny weekend… Cały tydzień sprzątałam, pyszności piekłam. Zadzwoniła: Mamo, Franek ma trening, nie damy rady.
I nie przyjechali?
Nie. Ciasta sąsiadce dałam.
Siedziały cicho. Za oknami szeleścił deszcz.
Wie pani, czego mi żal? zaczęła Bożena. choćby nie tego, iż nie przyjeżdżają. Tylko iż ja i tak czekam. Telefon mam w ręce, może zadzwonią, iż tęsknią. Tak bez powodu, nie po coś.
Halina poczuła szczypanie w nosie.
Ja też czekam. Każdy telefon może syn chce pogadać. Ale nie. Zawsze konkretny temat.
A my gotowe, jak trzeba roześmiała się gorzko Bożena. Bo my przecież matki.
Tak.
Następnego dnia zaczęły się zmiany opatrunków. Bolało obie. Po zabiegu leżały, aż Bożena westchnęła:
Zawsze myślałam, iż mam wzorową rodzinę. Córkę ukochaną, zięcia w porządku, wnuków cudownych. Że jestem potrzebna. Bez babci ani rusz.
I?
I dopiero tu zobaczyłam, iż sobie świetnie radzą beze mnie. Córka przez cztery dni ani razu nie jęknęła, iż ciężko. Wręcz przeciwnie, zadowolona. Czyli da się. Po prostu wygodniej, gdy jest babcia niania na etacie.
Halina przysiadła na łóżku.
I wie pani, co zrozumiałam? Że sama jestem sobie winna. Nauczyłam syna, iż mama zawsze pomoże, wszystko rzuci, nie liczy się jej czas. A jego sprawy najważniejsze.
U mnie to samo. Dzwoni córka lecę jak na komendę.
Przyzwyczaiłyśmy ich, iż nie mamy własnego życia westchnęła Halina.
Bożena kiwnęła głową. Milczenie.
I co teraz?
Nie wiem.
Piątego dnia Halina wstała już bez asysty pielęgniarki. Szóstego przeszła korytarz tam i z powrotem. Bożena dzień za nią. Chodziły razem powolutku, opierając się o ścianę.
Po śmierci męża byłam kompletnie rozbita opowiadała Bożena. Córka powiedziała: Mamo, masz wnuki, to twój nowy sens istnienia. Więc żyłam dla wnuków. Tylko to jakiś taki sens w jedną stronę. Ja dla nich, oni dla mnie tylko kiedy wygodnie.
Halina podzieliła się historią rozwodu. Trzydzieści lat temu, syn miał pięć. Sama go wychowała, wieczorami studiowała, dwa etaty.
Myślałam: będę supermatką, to będę mieć super syna. Oddam całą siebie będę doceniona.
I wyrosło swoje dorosłe życie dokończyła Bożena.
Tak. Może to normalne. Po prostu nie spodziewałam się takiej samotności.
Ja też nie.
Siódmego dnia przyszedł do Haliny syn. Bez uprzedzenia, z zaskoczenia. Stała w drzwiach, wysoki, w nowym płaszczu, z torbą owoców.
Mamo, cześć! Uśmiech, buziak w czoło. Jak się czujesz? Lepiej?
Lepiej.
Super! Lekarka mówi, iż zaraz cię wypiszą. Pomyślałem, może pojedziesz do nas? Marta mówi, gościnny pokój czeka.
Dziękuję, lepiej u siebie.
Jak wolisz. Ale jakby co dzwoń, odbierzemy cię.
Został dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, o wnuku, o nowym aucie. Zapytał, czy potrzeba gotówki. Obiecał wpaść za tydzień. Wyszedł szybko, jakby z ulgą.
Bożena udawała, iż śpi na łóżku. Gdy drzwi się zamknęły, otworzyła oczy.
Syn?
Mój.
Przystojniak.
Owszem.
I zimny jak lód.
Halina zamilkła. Gardło ścisnął ból, aż dech zaparło.
Wie pani co Bożena ściszyła głos. Może powinnyśmy przestać oczekiwać od nich miłości. Po prostu odpuścić? Oni mają swoje życie. My powinnyśmy znaleźć swoje.
Łatwo powiedzieć.
Trudno zrobić, ale jakie mamy wyjście? Siedzieć i liczyć, iż sobie przypomną?
Co powiedziałaś córce? nagle Halina przeszła na ty.
Powiedziałam, iż po wypisie dwa tygodnie odpoczywam. Lekarka ostrzegała, mam nie dźwigać, wnukami się nie zajmuję.
Obraziła się?
Oj, bardzo Bożena się uśmiechnęła. Ale wiesz co? Poczułam jakby ktoś mi zrzucił kamień z szyi.
Halina zamknęła oczy.
Boję się. Jak powiem nie, obrażą się i w ogóle przestaną dzwonić.
A dzwonią teraz często?
Cisza.
No właśnie. Gorzej już nie będzie. Może tylko lepiej.
Ósmego dnia wypisali je obie naraz. Pakowały się w ciszy, jakby żegnały się na zawsze.
Wymienimy się numerami? zaproponowała Bożena.
Halina przytaknęła. Wpisały numery. Stały chwilę, patrząc na siebie.
Dziękuję, iż byłaś tu ze mną powiedziała Halina.
I ja dziękuję. Wiesz nie rozmawiałam z nikim tak szczerze od trzydziestu lat. Po ludzku.
Ja też nie.
Uściskały się niezgrabnie, ostrożnie, żeby nie szarpnąć szwów. Pielęgniarka wręczyła wypisy, zamówiła taksówki. Halina pojechała pierwsza.
W domu cisza, pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, padła na kanapę. Sięgnęła po telefon. Trzy wiadomości od syna: Mamo, już po?, Daj znać, jak będziesz w domu, Pamiętaj o tabletkach.
Odpisała: Jestem. W porządku. Odłożyła telefon.
Wstała, podeszła do szafy, wyjęła segregator, nie otwierany pięć lat. W środku broszura z kursu francuskiego i rozkład filharmonii. Patrzyła i patrzyła.
Telefon zadzwonił. Bożena.
Cześć, mam nadzieję, iż się nie narzucam. Po prostu chciałam pogadać.
Cieszę się. Naprawdę.
Wiesz co? Spotkajmy się, jak dojdziemy do siebie. Za dwa tygodnie, w jakiejś kawiarni? A może tylko pospacerować? Jak wolisz.
Halina spojrzała na broszurę w rękach. Potem na telefon. Potem znowu na broszurę.
Chcę. Bardzo chcę. I wiesz co? Może nie za dwa tygodnie. Może już w sobotę? Mam dość leżenia w domu.
W sobotę? Mówisz poważnie? Przecież lekarz
Lekarz swoje, a ja już trzydzieści lat wszystkich oszczędzałam. Teraz chcę trochę siebie pooszczędzać.
No to umówione. W sobotę.
Pożegnały się. Halina odłożyła telefon. Wzięła do ręki broszurę. Kurs zaczyna się za miesiąc. Zapisy jeszcze trwają.
Włączyła laptopa, zaczęła wypełniać formularz. Palce drżały, ale wpisywała. Do końca.
Za oknem siąpił deszcz. Ale zza chmur przebłyskiwało już słońce. Słabe, jesienne, ale słońce.
I Halina Nowak pomyślała nagle, iż może właśnie życie się zaczyna. I wysłała zgłoszenie.











