Wygodne babcie Elżbieta obudziła się od śmiechu. Nie był to cichy chichot, ale głośny, donośny rechot, którego nie cierpiała przez całe swoje świadome życie — absolutnie nieodpowiedni dla szpitalnej sali. Śmiała się współlokatorka, trzymając przy uchu telefon i gestykulując drugą ręką, jakby rozmówca mógł ją zobaczyć. — Kaśka, ty to masz pomysły! Serio powiedział to wszystkim? Przy wszystkich? Elżbieta zerknęła na zegarek. Za piętnaście siódma rano. Do pobudki zostało jeszcze piętnaście minut — piętnaście minut, które mogła spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją. Wczoraj, gdy przywieziono ją na salę, sąsiadka już leżała z telefonem w ręku, gwałtownie wystukując coś na klawiaturze. Przywitały się krótko: „Dobry wieczór” — „Dzień dobry” i każda zajęła się sobą. Elżbieta była wdzięczna za milczenie. Teraz — cyrk. — Przepraszam — powiedziała cicho, ale stanowczo. — Można trochę ciszej? Sąsiadka odwróciła się. Okrągła twarz, krótkie siwe włosy, których choćby nie próbowała farbować, jaskrawa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu! — Oj, Kaśka, oddzwonię, bo mnie tu wychowują — schowała telefon i uśmiechnęła się do Elżbiety. — Przepraszam! Jestem Katarzyna. Wyspana pani? Ja przed operacją nigdy nie śpię, muszę wszystkim zadzwonić. — Elżbieta. jeżeli pani nie śpi, nie znaczy, iż innym sen niepotrzebny. — Ale już pani nie śpi, prawda? — Katarzyna mrugnęła. — Dobra, od dzisiaj będę szeptać. Obiecuję. Nie szeptała. Do śniadania zdążyła jeszcze dwa razy zadzwonić i za każdym razem mówiła głośniej. Elżbieta obróciła się demonstracyjnie do ściany, nakrywając głowę kołdrą, ale nie pomogło. — Dzwoniła córka — tłumaczyła Katarzyna przy śniadaniu, którego żadna nie jadła — operacja, biedna się martwi. Uspokajam ją, jak umiem. Elżbieta milczała. Syn do niej nie zadzwonił. Choć nie oczekiwała tego — uprzedzał, iż ma rano istotną naradę. Sama go tak nauczyła: praca to poważna sprawa, odpowiedzialność. Katarzynę zabrano pierwszą na salę operacyjną. Machając ręką na pożegnanie, rzucała żarty pielęgniarce, która tylko się śmiała. Elżbieta pomyślała, iż dobrze by było, gdyby po operacji przenieśli ją do innej sali. Ją samą zabrano godzinę później. Zawsze źle znosiła narkozę. Ocknęła się z nudnościami i tępym bólem w prawym boku. Pielęgniarka wyjaśniła, iż wszystko poszło dobrze, trzeba przeczekać. Elżbieta czekała — była w tym przecież mistrzynią. Wieczorem odwieziono ją z powrotem na salę. Katarzyna już leżała na łóżku, z kroplówką w ręce, twarz szara, oczy przymknięte — pierwszy raz cicha. — Jak się pani czuje? — zapytała Elżbieta mimo woli. Katarzyna otworzyła oczy, bezsilnie się uśmiechnęła. — Żyję jeszcze. A pani? — Też. Zamilkły. Za oknem zapadał zmierzch. Kroplówki miarowo stukały. — Przepraszam za rano — szepnęła nagle Katarzyna. — Jak się denerwuję, to zaczynam trajkotać bez opamiętania. Wiem, iż to drażni, ale nie potrafię się powstrzymać. Elżbieta chciała odpowiedzieć coś kąśliwego, ale nie miała już siły. Wydusiła tylko: — Nic się nie stało. Nocą żadna nie spała. Obie bolało. Katarzyna już nie dzwoniła, ale Elżbieta słyszała, jak tamta przewraca się w pościeli, wzdycha. Raz wydawało jej się, iż płacze — cicho, w poduszkę. Rano przyszedł lekarz. Obejrzał szwy, sprawdził temperaturę, pochwalił: „Dzielne panie, wszystko w porządku”. Katarzyna od razu chwyciła za telefon. — Kaśka, kochana, żyję, wszystko dobrze, możesz się już nie martwić. Co u moich? Krzyś naprawdę miał gorączkę? A Ty mu… Co? Już przeszło? No widzisz, mówiłam, iż nie ma się czym martwić! Elżbieta, choć nie chciała, niechcący słuchała. „Moi” — to wnuki. Dzwoni córka. Jej własny telefon milczał. Spojrzała — dwie wiadomości od syna: „Mamo, jak zdrowie?” i „Odezwij się, jak będziesz mogła”. Wysłane poprzedniego wieczora, jeszcze pod narkozą. Odpisała: „Jest OK”. Dodała emotkę. Syn zawsze powtarzał, iż bez emotek to sucho wygląda. Odpisał po trzech godzinach: „Super! Buziak”. — Pani rodzina nie przyjeżdża? — zapytała w południe Katarzyna. — Syn pracuje. Mieszka daleko. I po co miałby przyjeżdżać — ja nie dziecko przecież. — No jasne — zgodziła się Katarzyna. — Moja też mówi: „Mamo, Ty jesteś dorosła, sama sobie poradzisz”. Po co przyjeżdżać, skoro wszystko gra, prawda? W jej głosie zabrzmiało coś, co sprawiło, iż Elżbieta uważnie na nią spojrzała. Katarzyna się uśmiechała, ale oczy miała zupełnie niewesołe. — Ile pani ma wnuków? — Troje. Krzyś — najstarszy, osiem lat. Potem Marysia i Leon, trzy i cztery latka. — Katarzyna wyjęła telefon z szafki. — Chce pani zobaczyć zdjęcia? Pokazywała je przez dwadzieścia minut. Dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z tortem. Na każdym zdjęciu Katarzyna była obok. Przytulała, całowała, stroiła miny. Córki nie było na żadnym. — Córka nie lubi być na zdjęciach — wyjaśniła. — Ona zawsze robi zdjęcia. — Wnuki często u pani bywają? — Raczej to ja u nich. Córka pracuje, zięć też, więc… pomagam. Odbieram z przedszkola, sprawdzam lekcje, gotuję. Elżbieta kiwnęła głową. U niej było podobnie. W pierwszych latach po urodzeniu wnuka bywała codziennie. Potem rzadziej. Teraz — co miesiąc, w niedzielę. Jak pasuje. — A pani? — Jeden wnuk. Dziewięć lat. Dobrze się uczy, chodzi na zajęcia. — Często się widujecie? — Czasem w niedzielę. Mają dużo na głowie. Rozumiem to. — No tak… — Katarzyna odwróciła się do okna. — Zawsze są zajęci. Zamilkły. Za oknem padał deszcz. Wieczorem Katarzyna powiedziała: — Nie chcę wracać do domu. Elżbieta podniosła wzrok. Katarzyna siedziała na łóżku, obejmując kolana, patrząc w podłogę. — Naprawdę nie chcę. Myślałam i myślałam… i nie chcę. — Dlaczego? — Po co? Wrócę, a tam Krzyś nie zrobił lekcji, Marysia znowu zasmarkana, Leon rozerwał spodnie. Córka w pracy do nocy, zięć ciągle w delegacji. Ja: sprzątaj, gotuj, odbieraj, pomagaj, siedź z nimi. I nawet… — urwała się. — choćby dziękuję nie usłyszę. Bo przecież babcia, to tak musi. Elżbieta milczała. W gardle ściskało. — Przepraszam — Katarzyna starła łzę. — Rozkleiłam się jakoś. — Nie przepraszaj — powiedziała cicho Elżbieta. — Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam, iż wreszcie zajmę się sobą. Chodzić do teatru, na wystawy. Zapisałam się choćby na kurs francuskiego. Wytrzymałam dwa tygodnie. — I co było potem? — Synowa poszła na urlop macierzyński. Poprosiła o pomoc. Bo przecież babcia nie pracuje, jej nie szkoda czasu. Nie umiałam odmówić. — I jak było? — Przez trzy lata codziennie. Potem, jak wnuk poszedł do przedszkola — co drugi dzień. Potem — do szkoły, już raz na tydzień. Teraz… — zamilkła. — Teraz już adekwatnie mnie nie potrzebują. Mają nianię. Siedzę w domu i czekam, aż zadzwonią. jeżeli nie zapomną. Katarzyna pokiwała głową. — Moja córka miała przyjechać w listopadzie. W gości. Wyszorowałam cały dom, upiekłam ciasta. Zadzwoniła: mamusiu, przepraszam, Krzyś ma karate, nie damy rady. — I nie przyjechali? — Nie. Ciasta dałam sąsiadce. Siedziały w milczeniu. Za oknem deszcz bębnił o szybę. — Wie pani, co najbardziej boli? — zapytała Katarzyna. — Nie to, iż nie przyjeżdżają. Tylko iż ja i tak czekam. Telefon trzymam w ręku, myślę — może zadzwonią, powiedzą, iż tęsknią. Tak po prostu, nie dlatego, iż czegoś potrzebują. Elżbiecie zaszczypały oczy. — Ja też czekam. Jak dzwoni telefon, zawsze myślę — może syn po prostu chce pogadać. Ale nie. Zawsze o coś chodzi. — A my zawsze ratujemy — Katarzyna skrzywiła się. — Bo takie jesteśmy. Bo przecież mamy zawsze pomagają. — Tak. Następnego dnia zaczęły się zmiany opatrunków. Ból był nie do zniesienia. Po zabiegu leżały w milczeniu, aż Katarzyna powiedziała: — Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Córka cudowna, zięć dobry, wnuki kochane. Myślałam, iż jestem potrzebna. Że beze mnie się nie da. — I? — I dopiero tutaj zrozumiałam, iż świetnie sobie radzą beze mnie. Córka przez cztery dni ani razu nie narzekała, iż ciężko. Przeciwnie — pełna energii. Znaczy, potrafią. Po prostu wygodnie mieć babcię do pomocy. Elżbieta uniosła się na łokciu. — A ja zrozumiałam, iż sama ich tego nauczyłam. Pokazałam synowi, iż mama zawsze pomoże, zawsze czeka, jej plany nie są ważne — ważne są jego sprawy. — Ja robiłam to samo. Jak dzwoni córka, rzucam wszystko i lecę. — Nauczyłyśmy ich, iż nie jesteśmy osobnymi ludźmi — wolno powiedziała Elżbieta. — Tylko dodatkiem do ich życia. Katarzyna przytaknęła. Zamilkły. — I co teraz? — Nie wiem. Piątego dnia Elżbieta wstała bez pomocy pielęgniarki. Szóstego dnia przeszła korytarz tam i z powrotem. Katarzyna szła za nią, chociaż dzień później. Chodziły razem, powoli, podpierając się ścianą. — Po śmierci męża zupełnie się pogubiłam — wspomniała Katarzyna. — Córka powiedziała: „Mamo, teraz masz sens — wnuki. Żyj dla nich”. I żyłam. Ale to taki… jednostronny sens. Ja dla nich, oni tylko wtedy, gdy im wygodnie. Elżbieta opowiedziała o swoim rozwodzie trzydzieści lat temu, gdy syn miał pięć lat. Jak wychowywała go sama, uczyła się i pracowała na dwa etaty. — Myślałam, iż jeżeli będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Oddałam wszystko, liczyłam na wdzięczność. — A on dorósł i żyje własnym życiem — dokończyła Katarzyna. — Tak. I może to normalne. Ale nie sądziłam, iż będę się przez to czuć tak samotna. — Ja też nie. Siódmego dnia przyszedł syn. Niespodziewanie. Elżbieta siedziała na łóżku z książką, gdy wszedł — wysoki, w droższym płaszczu, z torbą owoców. — Mamo, cześć! — Uśmiechnął się, pocałował ją w czoło. — Jak się czujesz? Lepiej? — Lepiej. — Super! Lekarz mówił, iż za trzy dni wypiszą. Pomyślałem, iż może pojedziesz do nas? Gościnny pokój pusty. — Dziękuję, najlepiej mi w domu. — Jak wolisz. Ale jakbyś chciała, dzwoń, zabierzemy. Był piętnaście minut. Opowiedział o pracy, o wnuku, o nowym aucie. Zapytał, czy nie potrzeba pieniędzy. Obiecał, iż przyjedzie za tydzień. Wyszedł szybko, jakby z ulgą. Katarzyna udawała, iż śpi. Gdy drzwi się zamknęły, otworzyła oczy. — Syn? — Tak. — Przystojny. — Tak. — I chłodny jak lód. Elżbieta nie odpowiedziała. W gardle ścisnęło. — Wie pani… tak sobie pomyślałam, iż może trzeba przestać czekać na ich miłość. Po prostu… odpuścić? Zrozumieć, iż mają własne życie. A my poszukać swojego. — Łatwo powiedzieć. — Trudno zrobić. Ale chyba nie ma innej drogi, prawda? Bo co — będziemy tak czekać, aż przypomną sobie o nas? — A co powiedziałaś swojej córce? — Elżbieta nagle przeszła na „ty”. — Córce? Że po wypisie muszę odpocząć dwa tygodnie. Że lekarz zabronił dźwigać, siedzieć z wnukami nie dam rady. — Była zła? — I to jak! — Katarzyna lekko się uśmiechnęła. — Ale wiesz co? Ulżyło mi. Jakby mi ktoś coś ciężkiego zdjął z ramion. Elżbieta przymknęła oczy. — Boję się. Jak odmówię, jak powiem „nie”, mogą się obrazić. W ogóle przestać dzwonić. — A teraz dzwonią często? Cisza. — No widzisz. Gorzej już nie będzie. Może być tylko lepiej. Ósmego dnia wypisano je razem. Pakowały się w milczeniu, jakby żegnały się na zawsze. — Wymienimy się numerami? — zaproponowała Katarzyna. Elżbieta skinęła głową. Podały sobie telefony. Stały chwilę, patrząc na siebie. — Dziękuję — powiedziała Elżbieta. — Za to, iż byłaś tutaj ze mną. — Dziękuję. Wiesz… trzydzieści lat z nikim tak nie rozmawiałam. Od serca. — Ja też. Przytuliły się. Ostrożnie, by nie naruszyć szwów. Pielęgniarka przyniosła wypisy, zamówiła taksówkę. Elżbieta pojechała pierwsza. W domu było cicho i pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Wzięła telefon. Trzy wiadomości od syna: „Mamo, już się wypisałaś?”, „Zadzwoń jak dojedziesz”, „Nie zapomnij o tabletkach”. Odpisała: „Jestem w domu. Wszystko dobrze”. Odłożyła telefon. Poszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie otwierała od pięciu lat. W środku była broszura z kursu francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Przeglądała broszurę, zamyślona. Zadzwonił telefon. Katarzyna. — Cześć. Przepraszam, iż tak szybko. Po prostu… potrzebowałam zadzwonić. — Cieszę się. Naprawdę. — Słuchaj… może się spotkamy? Jak już dojdziemy do siebie. Za dwa tygodnie? W kawiarni, albo na spacerze. jeżeli będziesz miała ochotę. Elżbieta spojrzała na broszurę. Potem na telefon. I znów na broszurę. — Chcę. Bardzo chcę. I wiesz co? Nie za dwa tygodnie. Może już w sobotę? Mam dość leżenia w domu. — W sobotę? Naprawdę? Lekarze przecież kazali… — Kazali. Ale trzydzieści lat dbałam tylko o innych. Teraz czas zadbać o siebie. — To umówione. W sobotę. Pożegnały się. Elżbieta wzięła znów broszurę francuskiego. Kurs zaczynał się za miesiąc. Zapisy jeszcze trwały. Odnalazła laptop, zaczęła wypełniać formularz zgłoszeniowy. Palce jej drżały, ale wpisywała wszystko do końca. Za oknem padał deszcz. Ale zza chmur prześwitywało jesienne słońce. I Elżbieta nagle poczuła, iż życie — być może — dopiero się zaczyna. I nacisnęła „Wyślij”.

polregion.pl 1 dzień temu

Wygodne babcie

Helena Nowak obudziła się od głośnego śmiechu. Nie był to cichy chichot, nie było też powściągliwego pogGigwania, tylko gromki, wręcz nieprzyzwoity w szpitalnej sali rechot, którego nie znosiła przez całe swoje życie. Śmiała się jej współlokatorka z łóżka obok, trzymając przy uchu telefon i wymachując wolną ręką, jakby ktoś po drugiej stronie mógł ją zobaczyć.

Leniu, Ty to masz! Naprawdę tak przy wszystkich powiedział? wykrzykiwała, a śmiech niósł się po sali jak bąk na szkolnym apelu.

Helena spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma. Do obchodu jeszcze kwadrans. Kwadrans ciszy, który mogła poświęcić na zebranie myśli przed operacją.

Wczoraj, kiedy ją przywieźli, współlokatorka już leżała, śmigając palcami po telefonie. Krótkie Dzień dobry Dobry wieczór i rozeszły się każda w swój świat. Helena była wdzięczna za ciszę. A teraz kabaret za oknem.

Przepraszam, powiedziała spokojnie, ale stanowczo. Dałoby się ciszej?

Współlokatorka obejrzała się. Okrągła twarz, fryzurka na chłopczycę szpakowata, której nie chciało się już farbować, a do tego jaskrawa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu!

Ojej, Leniu, pogadamy później, bo mnie tu upominają schowała telefon i obróciła się z uśmiechem. Przepraszam! Jestem Katarzyna Wiśniewska. Pani się wyspała? Ja tam przed operacją nie śpię i dzwonię do każdego, kto mnie zna.

Helena Nowak. jeżeli pani nie sypia, to nie znaczy, iż inni nie chcą.

Ale przecież pani już nie śpi! Katarzyna puściła oczko. Dobra, będę szeptać. Obiecuję.

Nie szeptała. Przed śniadaniem zadzwoniła jeszcze dwa razy, a z każdym razem mówiła głośniej. Helena demonstracyjnie obróciła się do ściany i naciągnęła kołdrę na głowę, ale to i tak nic nie dało.

Córka dzwoniła, wyjaśniła Katarzyna przy śniadaniu, którego nie jadły operacja. Biedaczka się martwi, a ja ją pocieszam, jak umiem.

Helena nie odpowiedziała. Syn nie dzwonił. A zresztą, nie spodziewała się zapowiedział wieczorem, iż ma od rana ważne zebranie. Tak go wychowała: praca najważniejsza, obowiązek rzecz święta.

Katarzynę zabrano pierwszą. Szła korytarzem, machając na pożegnanie i coś wołając do pielęgniarki, która śmiała się pod nosem. Helena pomyślała, iż po operacji dobrze by ją przenieśli do innej sali.

Ją samą zabrano godzinę później. Zawsze źle znosiła narkozę. Obudziła się z mdłościami i tępym bólem w boku. Wszystko w porządku, proszę wytrzymać, tłumaczyła pielęgniarka. Helena wytrzymywała. W sumie całe życie potrafiła.

Wieczorem, gdy ją odwieziono do sali, Katarzyna już była. Twarz szara, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho. Po raz pierwszy cicho.

Jak się pani czuje? zapytała Helena, choć nie zamierzała zaczynać rozmowy.

Katarzyna otworzyła oczy, uśmiechnęła się słabo.

Jeszcze żyję. A pani?

Również.

Zmierzchało się, za oknem siąpił deszcz. Kroplówki po cichu dzwoniły.

Przepraszam za poranek, powiedziała nagle Katarzyna. Jak się denerwuję, to gadam bez przerwy. Wiem, iż wkurza, ale nie umiem przestać.

Helena chciała odpowiedzieć coś kąśliwego, ale nie miała siły. Była zbyt zmęczona. Wydusiła tylko:

Nic się nie stało.

W nocy nie spały obie. Ból nie dawał spokoju. Katarzyna już nie dzwoniła. Leżała cicho, ale Helena słyszała, jak ta przewraca się, wzdycha. Chyba choćby raz płakała cicho, w poduszkę.

Rano przyszła pani doktor, spojrzała na szwy, zmierzyła temperaturę i rzuciła: Brawo dziewczyny, wszystko w porządku. Katarzyna od razu sięgnęła po telefon.

Lenka, cześć! Wszystko gra, jeszcze żyję, nie martw się. Co z dzieciakami? Kubuś naprawdę miał gorączkę? A Ty mu… co? Już przeszło? No, widzisz! Mówiłam, iż panika niepotrzebna.

Helena mimowolnie słuchała. Dzieciaki znaczy wnuki, czyli córka czuwa.

Jej telefon milczał. Spojrzała dwie SMSy od syna. Mamo, jak się czujesz? i Daj znak, kiedy będziesz mogła. Wysłane wieczorem, gdy jeszcze odpływała po narkozie.

Odpisała: Wszystko ok . Dodała emotkę. Syn lubił emotki, mawiał, iż bez nich wiadomość jest sucha jak suchar.

Odpowiedź przyszła po trzech godzinach. Super! Całuję!.

Pani bliscy nie przyjadą? spróbowała pogadać Katarzyna po południu.

Syn w pracy, daleko mieszka. Poza tym nie trzeba, jestem dorosła.

No jasne, zgodziła się Katarzyna. Moja też mówi: Mamo, Ty sobie poradzisz. A po co przyjeżdżać, skoro wszystko dobrze, nie?

Coś w jej głosie sprawiło, iż Helena spojrzała na nią uważniej. Katarzyna się uśmiechała, ale oczy miała zupełnie nie wesołe.

Ile ma pani wnuków?

Troje. Kubuś najstarszy, ma osiem lat. Potem Marysia i Leon trzy i cztery lata. Katarzyna wyciągnęła telefon z szafki. Chce pani zobaczyć zdjęcia?

Pokazywała zdjęcia dobre dwadzieścia minut. Dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z tortem. Na wszystkich sama z nimi. Przytula, całuje, robi miny. Córki na żadnym.

Córka zdjęcia robi, wyjaśniła Katarzyna. Nie lubi być na zdjęciach.

A wnuki często u pani bywają?

Ja adekwatnie u nich mieszkam. Córka pracuje, zięć też, więc pomagam. Odbieram z przedszkola, odrabiam lekcje, gotuję.

Helena tylko kiwnęła głową. Miała podobnie. Przez pierwsze lata była codziennie, potem coraz rzadziej. Teraz raz w miesiącu, w niedzielę. O ile akurat nie mają innych planów.

A pani?

Jeden wnuk. Ma dziewięć lat. Dobrze się uczy, trenuje karate.

Często się widujecie?

Czasami w niedzielę. Są bardzo zajęci. Rozumiem to.

No tak, Katarzyna odwróciła się do okna. Zajęci.

Zamilkły. Za oknem padał deszcz.

Wieczorem Katarzyna oznajmiła:

Nie chcę wracać do domu.

Helena poderwała wzrok znad gazety. Katarzyna siedziała na łóżku z podkulonymi nogami i wpatrywała się w kafelki.

Naprawdę nie chcę. Myślałam długo, i nie chcę.

Dlaczego?

A po co? Wrócę, a tam: Kubuś nie zrobił lekcji, Marysia znów zasmarkana, Leon rajtuzy podarł. Córa z pracy nie wraca do nocy, zięć zawsze gdzieś wyjeżdża. Mam prać, gotować, sprzątać, pomagać. A oni choćby zawiesiła głos. choćby dziękuję nie powiedzą. Bo przecież babcia to musi.

Helena zamilkła. Coś ścisnęło ją w gardle.

Przepraszam, Katarzyna przetarła oczy. Jakoś się rozkleiłam.

Proszę nie przepraszać powiedziała cicho Helena. Ja pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam wreszcie będę mieć czas dla siebie. Chciałam chodzić do teatru, na wystawy. Zapisałam się choćby na kurs francuskiego. Byłam dwa tygodnie.

I co się stało?

Synowa poszła na macierzyński. Poprosiła: pomóż. Przecież nie pracuję, nie mam nic do roboty, trudno odmówić. No to pomogłam.

I jak?

Dwa lata dzień w dzień. Potem wnuk do przedszkola, już tylko co drugi dzień. Potem do szkoły, raz w tygodniu. Teraz zamilkła teraz nie jestem im szczególnie potrzebna. Mają nianię. Siedzę w domu i czekam, aż się przypomnę. jeżeli nie zapomną.

Katarzyna pokiwała głową.

Moja miała przyjechać w listopadzie. W odwiedziny. Umyłam cały dom, piekłam ciasta. Zadzwoniła w ostatniej chwili: mamo, sorry, Kubuś ma trening, nie damy rady.

I nie przyjechali?

Nie. Ciasto zjadła sąsiadka.

Siedziały w milczeniu. Deszcz stukał w szybę.

Wie pani, co boli najbardziej? zapytała Katarzyna. choćby nie to, iż nie przyjeżdżają. Tylko iż ja i tak czekam. Trzymam telefon w ręce, liczę: może teraz zadzwonią, z tęsknoty. Tak po prostu, a nie iż trzeba pomóc.

Helena poczuła pieczenie w nosie.

Ja też czekam. Jak dzwoni telefon, mam nadzieję: może po prostu chce pogadać. Ale nie. Zawsze coś trzeba.

A my rzucamy wszystko, zaśmiała się gorzko Katarzyna bo przecież jesteśmy matkami.

Ot, właśnie.

Następnego dnia zaczęły się zmiany opatrunków. Bolało obie. Po wszystkim leżały w ciszy, aż Katarzyna odważyła się przerwać:

Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Ukochana córka, porządny zięć, wnuki żywe srebra. Że jestem potrzebna. Że beze mnie ani rusz.

I?

I dopiero tutaj widzę, iż świetnie dają sobie radę. Córka ani razu nie narzekała, iż ciężko. Raczej odwrotnie promienieje. Czyli da się żyć. Po prostu wygodniej, jak babcia pod ręką, za darmo.

Helena podniosła się na łokciu.

Wie pani, co ja zrozumiałam? Sama sobie winna jestem. Nauczyłam syna, iż matka wszystko załatwi, zawsze wybaczy, zaczeka. Że moje plany nieważne, jego nienaruszalne.

Ja tak samo. Córka zadzwoni, biegnę, choćbym miała bieg w terenie.

Przyzwyczaiłyśmy ich, iż nie jesteśmy osobami powiedziała powoli Helena. Że nie mamy swojego życia.

Katarzyna pokiwała głową. Chwilę milczała.

I co z tym zrobić?

Nie wiem.

Piątego dnia Helena wstała samodzielnie z łóżka. Szóstego przeszła korytarzem tam i z powrotem. Katarzyna była dzień do tyłu, ale goniła uparcie. Chodziły razem, powoli, trzymając się ściany.

Po śmierci męża całkiem się rozsypałam, wspominała Katarzyna. Myślałam, iż to już koniec. Córka powiedziała: mamo, teraz masz nowy cel wnuki. No to żyłam dla nich. Tylko ten cel jakiś jednostronny. Ja dla nich, oni dla mnie gdy wygodnie.

Helena opowiedziała o rozwodzie sprzed trzydziestu lat, gdy syn miał pięć. Jak sama go wychowywała, kończyła wieczorowo studia i pracowała na dwa etaty.

Myślałam, iż gdy będę idealną matką, dostanę idealnego syna. Oddam wszystko on będzie wdzięczny.

A dorósł i żyje swoim życiem, dodała Katarzyna.

Tak. I może to normalne. Po prostu nie spodziewałam się, iż zostanę taka samotna.

Ja też nie.

Siódmego dnia przyjechał syn. Bez zapowiedzi, znienacka. Helena siedziała, czytając książkę, gdy stanął w drzwiach wysoki, w kosztownym płaszczu, z siatką owoców.

Mamo, cześć! uśmiechnął się, pocałował w czoło. Jak się czujesz? Już lepiej?

Lepiej.

Super! Lekarz mówi, iż za trzy dni wypis. Może przyjedziesz do nas? Marta mówi, iż pokój gościnny się kurzy.

Dziękuję, wolę u siebie.

Twoja wola. Jakby co, dzwoń, przyjedziemy.

Posiedział dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, wnuku, nowym aucie. Zapytał, czy potrzeba pieniędzy. Obiecał odwiedzić za tydzień. I wyszedł szybko, z ulgą.

Katarzyna leżała na łóżku i udawała, iż śpi. Gdy drzwi się zamknęły, uniosła powieki.

To pani syn?

Tak.

Przystojny nawet.

Tak.

Ale zimny jak lód.

Helena nie odpowiedziała. Ścisnęło ją w gardle.

Wie pani, powiedziała Katarzyna cicho, pomyślałam, iż trzeba przestać oczekiwać od nich miłości. Może odpuścić? Oni mają swoje życie, my musimy znaleźć własne.

Łatwo powiedzieć.

Trudno zrobić. Ale co mamy do stracenia? Siedzimy i tak i czekamy.

Co im pani powiedziała? nagle przeszła na ty, sama nie zauważyła kiedy.

Córce? Że po wypisie muszę dwa tygodnie odpoczywać. Lekarz zakazał dźwigać. Pomóc z wnukami na razie nie dam rady.

I?

Obraziła się. Katarzyna wzruszyła ramionami. Ale wiesz co? Ulżyło mi. Jakby mi kamień spadł z serca.

Helena przymknęła oczy.

Boję się. jeżeli odmówię, przestaną się odzywać całkiem.

A teraz dzwonią często?

Cisza.

No właśnie. Gorzej już nie będzie. Może być tylko lepiej.

Ósmego dnia wypisali je razem. Pakowały manatki jakby żegnały się na zawsze.

Wymienimy się numerami? zaproponowała Katarzyna.

Helena kiwnęła głową. Wpisały sobie numery. Stały potem chwilę, patrząc bez słowa.

Dziękuję, powiedziała Helena. Za to, iż byłaś.

I ja dziękuję. Dawno z nikim tak nie pogadałam od serca. Chyba ze trzydzieści lat.

Ja też nie.

Uściskały się niezgrabnie, ostrożnie, żeby nie naciągnąć szwów. Pielęgniarka przyniosła wypisy, zamówiła taksówkę. Helena pojechała pierwsza.

W domu było cicho i pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Sięgnęła po telefon. Trzy wiadomości od syna: Mamo, już wypisali?, Daj znać, jak będziesz w domu, Nie zapomnij o tabletkach.

Odpisała: Jestem. Wszystko dobrze. Odłożyła telefon.

Wstała, podeszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie otwierała pięć lat. Tam broszura kursu francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Patrzyła w ciszy.

Telefon zadzwonił. Katarzyna.

Cześć. Wybacz, iż tak szybko, ale musiałam zadzwonić.

Bardzo się cieszę. Naprawdę.

Wiesz co, może się spotkamy? Jak będziemy miały trochę sił. Za dwa tygodnie. Może do kawiarni? Albo na spacer. jeżeli chcesz.

Helena spojrzała na broszurę. Na telefon. I znowu na broszurę.

Chcę. Bardzo. I wiesz co? Nie czekajmy dwóch tygodni. Może w sobotę? Mam już dość siedzenia w domu.

W sobotę? Tak odważnie?

Lekarze swoje mówią. Ale trzydzieści lat dbałam o wszystkich. Może czas na siebie.

No to umawiamy się. W sobotę.

Pożegnały się. Helena odłożyła telefon i jeszcze raz wzięła do ręki broszurę. Kurs francuskiego rusza za miesiąc. Rekrutacja wciąż otwarta.

Wyjęła laptopa i zaczęła wypełniać zgłoszenie. Palce trochę drżały, ale wpisywała uważnie do końca.

Za oknem dalej padał deszcz. Ale przez chmury zaczęło przebijać słońce. Blade, jesienne, ale było i to się liczy.

I Helena pomyślała niespodziewanie, iż może właśnie teraz życie się zaczyna. I nacisnęła Wyślij.

Idź do oryginalnego materiału