Wygodne babcie
Helena Nowak obudziła się od głośnego śmiechu. Nie był to cichy chichot, nie było też powściągliwego pogGigwania, tylko gromki, wręcz nieprzyzwoity w szpitalnej sali rechot, którego nie znosiła przez całe swoje życie. Śmiała się jej współlokatorka z łóżka obok, trzymając przy uchu telefon i wymachując wolną ręką, jakby ktoś po drugiej stronie mógł ją zobaczyć.
Leniu, Ty to masz! Naprawdę tak przy wszystkich powiedział? wykrzykiwała, a śmiech niósł się po sali jak bąk na szkolnym apelu.
Helena spojrzała na zegarek. Za piętnaście siódma. Do obchodu jeszcze kwadrans. Kwadrans ciszy, który mogła poświęcić na zebranie myśli przed operacją.
Wczoraj, kiedy ją przywieźli, współlokatorka już leżała, śmigając palcami po telefonie. Krótkie Dzień dobry Dobry wieczór i rozeszły się każda w swój świat. Helena była wdzięczna za ciszę. A teraz kabaret za oknem.
Przepraszam, powiedziała spokojnie, ale stanowczo. Dałoby się ciszej?
Współlokatorka obejrzała się. Okrągła twarz, fryzurka na chłopczycę szpakowata, której nie chciało się już farbować, a do tego jaskrawa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu!
Ojej, Leniu, pogadamy później, bo mnie tu upominają schowała telefon i obróciła się z uśmiechem. Przepraszam! Jestem Katarzyna Wiśniewska. Pani się wyspała? Ja tam przed operacją nie śpię i dzwonię do każdego, kto mnie zna.
Helena Nowak. jeżeli pani nie sypia, to nie znaczy, iż inni nie chcą.
Ale przecież pani już nie śpi! Katarzyna puściła oczko. Dobra, będę szeptać. Obiecuję.
Nie szeptała. Przed śniadaniem zadzwoniła jeszcze dwa razy, a z każdym razem mówiła głośniej. Helena demonstracyjnie obróciła się do ściany i naciągnęła kołdrę na głowę, ale to i tak nic nie dało.
Córka dzwoniła, wyjaśniła Katarzyna przy śniadaniu, którego nie jadły operacja. Biedaczka się martwi, a ja ją pocieszam, jak umiem.
Helena nie odpowiedziała. Syn nie dzwonił. A zresztą, nie spodziewała się zapowiedział wieczorem, iż ma od rana ważne zebranie. Tak go wychowała: praca najważniejsza, obowiązek rzecz święta.
Katarzynę zabrano pierwszą. Szła korytarzem, machając na pożegnanie i coś wołając do pielęgniarki, która śmiała się pod nosem. Helena pomyślała, iż po operacji dobrze by ją przenieśli do innej sali.
Ją samą zabrano godzinę później. Zawsze źle znosiła narkozę. Obudziła się z mdłościami i tępym bólem w boku. Wszystko w porządku, proszę wytrzymać, tłumaczyła pielęgniarka. Helena wytrzymywała. W sumie całe życie potrafiła.
Wieczorem, gdy ją odwieziono do sali, Katarzyna już była. Twarz szara, oczy zamknięte, kroplówka w ręce. Cicho. Po raz pierwszy cicho.
Jak się pani czuje? zapytała Helena, choć nie zamierzała zaczynać rozmowy.
Katarzyna otworzyła oczy, uśmiechnęła się słabo.
Jeszcze żyję. A pani?
Również.
Zmierzchało się, za oknem siąpił deszcz. Kroplówki po cichu dzwoniły.
Przepraszam za poranek, powiedziała nagle Katarzyna. Jak się denerwuję, to gadam bez przerwy. Wiem, iż wkurza, ale nie umiem przestać.
Helena chciała odpowiedzieć coś kąśliwego, ale nie miała siły. Była zbyt zmęczona. Wydusiła tylko:
Nic się nie stało.
W nocy nie spały obie. Ból nie dawał spokoju. Katarzyna już nie dzwoniła. Leżała cicho, ale Helena słyszała, jak ta przewraca się, wzdycha. Chyba choćby raz płakała cicho, w poduszkę.
Rano przyszła pani doktor, spojrzała na szwy, zmierzyła temperaturę i rzuciła: Brawo dziewczyny, wszystko w porządku. Katarzyna od razu sięgnęła po telefon.
Lenka, cześć! Wszystko gra, jeszcze żyję, nie martw się. Co z dzieciakami? Kubuś naprawdę miał gorączkę? A Ty mu… co? Już przeszło? No, widzisz! Mówiłam, iż panika niepotrzebna.
Helena mimowolnie słuchała. Dzieciaki znaczy wnuki, czyli córka czuwa.
Jej telefon milczał. Spojrzała dwie SMSy od syna. Mamo, jak się czujesz? i Daj znak, kiedy będziesz mogła. Wysłane wieczorem, gdy jeszcze odpływała po narkozie.
Odpisała: Wszystko ok . Dodała emotkę. Syn lubił emotki, mawiał, iż bez nich wiadomość jest sucha jak suchar.
Odpowiedź przyszła po trzech godzinach. Super! Całuję!.
Pani bliscy nie przyjadą? spróbowała pogadać Katarzyna po południu.
Syn w pracy, daleko mieszka. Poza tym nie trzeba, jestem dorosła.
No jasne, zgodziła się Katarzyna. Moja też mówi: Mamo, Ty sobie poradzisz. A po co przyjeżdżać, skoro wszystko dobrze, nie?
Coś w jej głosie sprawiło, iż Helena spojrzała na nią uważniej. Katarzyna się uśmiechała, ale oczy miała zupełnie nie wesołe.
Ile ma pani wnuków?
Troje. Kubuś najstarszy, ma osiem lat. Potem Marysia i Leon trzy i cztery lata. Katarzyna wyciągnęła telefon z szafki. Chce pani zobaczyć zdjęcia?
Pokazywała zdjęcia dobre dwadzieścia minut. Dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z tortem. Na wszystkich sama z nimi. Przytula, całuje, robi miny. Córki na żadnym.
Córka zdjęcia robi, wyjaśniła Katarzyna. Nie lubi być na zdjęciach.
A wnuki często u pani bywają?
Ja adekwatnie u nich mieszkam. Córka pracuje, zięć też, więc pomagam. Odbieram z przedszkola, odrabiam lekcje, gotuję.
Helena tylko kiwnęła głową. Miała podobnie. Przez pierwsze lata była codziennie, potem coraz rzadziej. Teraz raz w miesiącu, w niedzielę. O ile akurat nie mają innych planów.
A pani?
Jeden wnuk. Ma dziewięć lat. Dobrze się uczy, trenuje karate.
Często się widujecie?
Czasami w niedzielę. Są bardzo zajęci. Rozumiem to.
No tak, Katarzyna odwróciła się do okna. Zajęci.
Zamilkły. Za oknem padał deszcz.
Wieczorem Katarzyna oznajmiła:
Nie chcę wracać do domu.
Helena poderwała wzrok znad gazety. Katarzyna siedziała na łóżku z podkulonymi nogami i wpatrywała się w kafelki.
Naprawdę nie chcę. Myślałam długo, i nie chcę.
Dlaczego?
A po co? Wrócę, a tam: Kubuś nie zrobił lekcji, Marysia znów zasmarkana, Leon rajtuzy podarł. Córa z pracy nie wraca do nocy, zięć zawsze gdzieś wyjeżdża. Mam prać, gotować, sprzątać, pomagać. A oni choćby zawiesiła głos. choćby dziękuję nie powiedzą. Bo przecież babcia to musi.
Helena zamilkła. Coś ścisnęło ją w gardle.
Przepraszam, Katarzyna przetarła oczy. Jakoś się rozkleiłam.
Proszę nie przepraszać powiedziała cicho Helena. Ja pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam wreszcie będę mieć czas dla siebie. Chciałam chodzić do teatru, na wystawy. Zapisałam się choćby na kurs francuskiego. Byłam dwa tygodnie.
I co się stało?
Synowa poszła na macierzyński. Poprosiła: pomóż. Przecież nie pracuję, nie mam nic do roboty, trudno odmówić. No to pomogłam.
I jak?
Dwa lata dzień w dzień. Potem wnuk do przedszkola, już tylko co drugi dzień. Potem do szkoły, raz w tygodniu. Teraz zamilkła teraz nie jestem im szczególnie potrzebna. Mają nianię. Siedzę w domu i czekam, aż się przypomnę. jeżeli nie zapomną.
Katarzyna pokiwała głową.
Moja miała przyjechać w listopadzie. W odwiedziny. Umyłam cały dom, piekłam ciasta. Zadzwoniła w ostatniej chwili: mamo, sorry, Kubuś ma trening, nie damy rady.
I nie przyjechali?
Nie. Ciasto zjadła sąsiadka.
Siedziały w milczeniu. Deszcz stukał w szybę.
Wie pani, co boli najbardziej? zapytała Katarzyna. choćby nie to, iż nie przyjeżdżają. Tylko iż ja i tak czekam. Trzymam telefon w ręce, liczę: może teraz zadzwonią, z tęsknoty. Tak po prostu, a nie iż trzeba pomóc.
Helena poczuła pieczenie w nosie.
Ja też czekam. Jak dzwoni telefon, mam nadzieję: może po prostu chce pogadać. Ale nie. Zawsze coś trzeba.
A my rzucamy wszystko, zaśmiała się gorzko Katarzyna bo przecież jesteśmy matkami.
Ot, właśnie.
Następnego dnia zaczęły się zmiany opatrunków. Bolało obie. Po wszystkim leżały w ciszy, aż Katarzyna odważyła się przerwać:
Zawsze myślałam, iż mam szczęśliwą rodzinę. Ukochana córka, porządny zięć, wnuki żywe srebra. Że jestem potrzebna. Że beze mnie ani rusz.
I?
I dopiero tutaj widzę, iż świetnie dają sobie radę. Córka ani razu nie narzekała, iż ciężko. Raczej odwrotnie promienieje. Czyli da się żyć. Po prostu wygodniej, jak babcia pod ręką, za darmo.
Helena podniosła się na łokciu.
Wie pani, co ja zrozumiałam? Sama sobie winna jestem. Nauczyłam syna, iż matka wszystko załatwi, zawsze wybaczy, zaczeka. Że moje plany nieważne, jego nienaruszalne.
Ja tak samo. Córka zadzwoni, biegnę, choćbym miała bieg w terenie.
Przyzwyczaiłyśmy ich, iż nie jesteśmy osobami powiedziała powoli Helena. Że nie mamy swojego życia.
Katarzyna pokiwała głową. Chwilę milczała.
I co z tym zrobić?
Nie wiem.
Piątego dnia Helena wstała samodzielnie z łóżka. Szóstego przeszła korytarzem tam i z powrotem. Katarzyna była dzień do tyłu, ale goniła uparcie. Chodziły razem, powoli, trzymając się ściany.
Po śmierci męża całkiem się rozsypałam, wspominała Katarzyna. Myślałam, iż to już koniec. Córka powiedziała: mamo, teraz masz nowy cel wnuki. No to żyłam dla nich. Tylko ten cel jakiś jednostronny. Ja dla nich, oni dla mnie gdy wygodnie.
Helena opowiedziała o rozwodzie sprzed trzydziestu lat, gdy syn miał pięć. Jak sama go wychowywała, kończyła wieczorowo studia i pracowała na dwa etaty.
Myślałam, iż gdy będę idealną matką, dostanę idealnego syna. Oddam wszystko on będzie wdzięczny.
A dorósł i żyje swoim życiem, dodała Katarzyna.
Tak. I może to normalne. Po prostu nie spodziewałam się, iż zostanę taka samotna.
Ja też nie.
Siódmego dnia przyjechał syn. Bez zapowiedzi, znienacka. Helena siedziała, czytając książkę, gdy stanął w drzwiach wysoki, w kosztownym płaszczu, z siatką owoców.
Mamo, cześć! uśmiechnął się, pocałował w czoło. Jak się czujesz? Już lepiej?
Lepiej.
Super! Lekarz mówi, iż za trzy dni wypis. Może przyjedziesz do nas? Marta mówi, iż pokój gościnny się kurzy.
Dziękuję, wolę u siebie.
Twoja wola. Jakby co, dzwoń, przyjedziemy.
Posiedział dwadzieścia minut. Opowiadał o pracy, wnuku, nowym aucie. Zapytał, czy potrzeba pieniędzy. Obiecał odwiedzić za tydzień. I wyszedł szybko, z ulgą.
Katarzyna leżała na łóżku i udawała, iż śpi. Gdy drzwi się zamknęły, uniosła powieki.
To pani syn?
Tak.
Przystojny nawet.
Tak.
Ale zimny jak lód.
Helena nie odpowiedziała. Ścisnęło ją w gardle.
Wie pani, powiedziała Katarzyna cicho, pomyślałam, iż trzeba przestać oczekiwać od nich miłości. Może odpuścić? Oni mają swoje życie, my musimy znaleźć własne.
Łatwo powiedzieć.
Trudno zrobić. Ale co mamy do stracenia? Siedzimy i tak i czekamy.
Co im pani powiedziała? nagle przeszła na ty, sama nie zauważyła kiedy.
Córce? Że po wypisie muszę dwa tygodnie odpoczywać. Lekarz zakazał dźwigać. Pomóc z wnukami na razie nie dam rady.
I?
Obraziła się. Katarzyna wzruszyła ramionami. Ale wiesz co? Ulżyło mi. Jakby mi kamień spadł z serca.
Helena przymknęła oczy.
Boję się. jeżeli odmówię, przestaną się odzywać całkiem.
A teraz dzwonią często?
Cisza.
No właśnie. Gorzej już nie będzie. Może być tylko lepiej.
Ósmego dnia wypisali je razem. Pakowały manatki jakby żegnały się na zawsze.
Wymienimy się numerami? zaproponowała Katarzyna.
Helena kiwnęła głową. Wpisały sobie numery. Stały potem chwilę, patrząc bez słowa.
Dziękuję, powiedziała Helena. Za to, iż byłaś.
I ja dziękuję. Dawno z nikim tak nie pogadałam od serca. Chyba ze trzydzieści lat.
Ja też nie.
Uściskały się niezgrabnie, ostrożnie, żeby nie naciągnąć szwów. Pielęgniarka przyniosła wypisy, zamówiła taksówkę. Helena pojechała pierwsza.
W domu było cicho i pusto. Rozpakowała torbę, wzięła prysznic, położyła się na kanapie. Sięgnęła po telefon. Trzy wiadomości od syna: Mamo, już wypisali?, Daj znać, jak będziesz w domu, Nie zapomnij o tabletkach.
Odpisała: Jestem. Wszystko dobrze. Odłożyła telefon.
Wstała, podeszła do szafy. Wyjęła teczkę, której nie otwierała pięć lat. Tam broszura kursu francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Patrzyła w ciszy.
Telefon zadzwonił. Katarzyna.
Cześć. Wybacz, iż tak szybko, ale musiałam zadzwonić.
Bardzo się cieszę. Naprawdę.
Wiesz co, może się spotkamy? Jak będziemy miały trochę sił. Za dwa tygodnie. Może do kawiarni? Albo na spacer. jeżeli chcesz.
Helena spojrzała na broszurę. Na telefon. I znowu na broszurę.
Chcę. Bardzo. I wiesz co? Nie czekajmy dwóch tygodni. Może w sobotę? Mam już dość siedzenia w domu.
W sobotę? Tak odważnie?
Lekarze swoje mówią. Ale trzydzieści lat dbałam o wszystkich. Może czas na siebie.
No to umawiamy się. W sobotę.
Pożegnały się. Helena odłożyła telefon i jeszcze raz wzięła do ręki broszurę. Kurs francuskiego rusza za miesiąc. Rekrutacja wciąż otwarta.
Wyjęła laptopa i zaczęła wypełniać zgłoszenie. Palce trochę drżały, ale wpisywała uważnie do końca.
Za oknem dalej padał deszcz. Ale przez chmury zaczęło przebijać słońce. Blade, jesienne, ale było i to się liczy.
I Helena pomyślała niespodziewanie, iż może właśnie teraz życie się zaczyna. I nacisnęła Wyślij.














