Nazywam się Elżbieta. Mam 67 lat. Tamtego ranka stałam na peronie dworca autobusowego w Radomiu, o wpół do szóstej, licząc drobne na bilet. Sześćdziesiąt pięć złotych. Podałam kasjerce pogniecione banknoty: jeden pięćdziesiątkę, jeden dziesiątkę i pięć złotówek w monetach. Dała mi bilet i resztę. Schowałam ją do wewnętrznej kieszeni kurtki, tuż przy dowodzie. Czuć było olej silnikowy i kawę z automatu. Musiałam dojechać do Warszawy, potem pociągiem na Lotnisko Chopina, a stamtąd samolotem na Kretę. Nikt nie wiedział. Ani Marek, ani Kasia.
Wieczorem wcześniej spakowałam im walizki. To znaczy nie im — dzieciom. Torbę z pieluchami dla trzyletniej Zosi i plecak z samochodzikami dla pięcioletniego Antka. Postawiłam je przy drzwiach, obok karteczki, na której napisałam: „W środę macie wizytę u pediatry na dziesiątą. Nie zapomnijcie o legitymacji zdrowotnej Antka.” I tyle. Bez żadnych wyrzutów. Pomachałam im, kiedy wsiadali do samochodu tamten piątek. Marek krzyknął przez okno: „Mamo, jesteś najlepsza! Wracamy w niedzielę wieczorem!” Nie odpowiedziałam uśmiechem. Zamknęłam drzwi i wyjęłam z szafy swoją walizkę, tę na kółkach, która zawsze piszczy.
Zaczęło się jedenaście lat temu. Od razu po tym, jak przeszłam na emeryturę. Byłam nauczycielką w szkole podstawowej, wypuściłam cztery roczniki pierwszoklasistów. Myślałam, iż emerytura to spokój, gorąca kawa pita bez pośpiechu, może ogródek na balkonie. Ale już w pierwszym tygodniu zjawił się Marek z Antkiem, wtedy czteromiesięcznym niemowlakiem. „Mamo, tylko na parę godzin, póki nie znajdziemy niani.” Kasia przyszła dwa dni później z nowo narodzoną Zosią. „Ty i tak siedzisz w domu.” To było ich ulubione zdanie. Ty i tak siedzisz w domu. Jakby mój dom był przystankiem autobusowym.
Na początku mi się to podobało. Naprawdę. Trzymać Antka i Zosię na rękach, śpiewać im piosenki z własnego dzieciństwa, karmić łyżeczką. Ale potem przestali pytać. Po prostu przychodzili. Przywozili dzieci o siódmej rano bez uprzedzenia. Zostawiali mi instrukcje na żółtych karteczkach przylepionych do lodówki: „Antek nie może jeść cukru. Zosia śpi punktualnie o dwunastej. Jak się rozpłacze, daj jej herbatnika bezglutenowego.” Zebrało się tego całe pudełko. Policzyłam raz: czterdzieści siedem karteczek. Czterdzieści siedem razy, kiedy zostawiali mi dzieci bez pytania „możesz?”.
Zdrowie zaczęło mi odmawiać. Bolały mnie plecy od noszenia dzieci. Wieczorami skakało ciśnienie. Odwołałam wizytę u kardiologa, bo Marek zjawił się z Antkiem akurat tego ranka. „Mam ważne spotkanie, mamo. Tylko godzinkę.” Postawił dziecko mi na rękach i zniknął. Godzinka zmieniła się w cztery. Siedziałam z Antkiem na poczekalni przychodni, między kaszlącymi ludźmi, i uświadomiłam sobie, iż lekarz już dawno wyszedł. Popłakałam się w łazience, trzymając rękę na kurku, żeby nikt nie usłyszał.
Jednego piątku obiecali, iż odbiorą dzieci o szóstej wieczorem. O wpół do siódmej nie odbierali telefonu. O ósmej Antek płakał, iż chce do mamy. O dziesiątej Zosia zasnęła na kanapie, z smoczkiem w ustach, bo wypłakała się do zdartego głosu. Zjawili się o drugiej w nocy. Śmiali się, czuć było od nich wino i dym. Kasia wzięła śpiącą córkę na ręce i powiedziała: „Mamo, nie przesadzaj, dobrze jej było z tobą.” Nie podziękowała. Nikt mi nigdy nie podziękował.
Nie minął dzień, a Kasia robiła mi wyrzuty, iż dałam Zosi chleb z dżemem śliwkowym. „Wiesz, iż ma nietolerancję cukru! Psujesz jej dietę! Jak się za nią bierzesz, to rób to porządnie!” Ten chleb kupiłam sama. Płaciłam za wszystko: jedzenie, pieluchy, soki, zabawki. Raz znalazłam paragon z Biedronki: 112 złotych za jeden dzień, same rzeczy dla dzieci. Nikt nie oddał mi ani złotówki. Marek narzekał, iż w moim mieszkaniu zbyt mocno pachnie środkiem do dezynfekcji. „Może to drażni im płuca, mamo. Kup jakiś odświeżacz.” Wylałam ten płyn i otworzyłam okno. Na dole żona sąsiada z drugiego piętra krzyczała na swojego syna, żeby nie kopał piłką w szyby. Posłuchałam przez chwilę, potem zamknęłam okno.
Zegar w kuchni zatrzymał się na 12:07. Zauważyłam to we wtorek. Nie miałam czasu zmienić baterii. Kot sąsiadki z naprzeciwka, biały perski, przychodził na mój balkon i sypiał w starym fotelu. Odkąd pojawiły się tam krzesełka dla dzieci, nie było już miejsca. Przestał przychodzić. Tak jak ja, zresztą.
Moment, w którym zrozumiałam, iż muszę wyjechać, nadszedł w sobotę, kiedy usłyszałam Marka rozmawiającego przez telefon. Stał w salonie, tyłem do mnie, i mówił do kolegi. „Nie martw się o weekend, dogadam się z mamą. Ona i tak siedzi w domu, nie ma co robić. Zajmie się dzieciakami.” Zaśmiał się. Nie wejrzałam do pokoju. Zostałam w przedpokoju, z butami w ręku, i słuchałam. Nie zapytał mnie. Zdecydował za mnie. Jak zawsze.
W piątek, kiedy przywieźli dzieci na weekend, pomogłam im znieść bagaże. Dwie walizki podróżne, jedna czerwona, jedna czarna. Wstawiłam je do bagażnika. Życzyłam im „Szerokiej drogi!” głosem, którego sama nie rozpoznałam. Marek pomachał mi ręką. Kasia rzuciła przez ramię „Dzięki, mamo, zadzwonimy”. choćby na mnie nie spojrzeli.
W sobotę rano zadzwoniłam do pani Wójcik, sąsiadki z parteru. Powiedziałam, iż wyjeżdżam, i prosiłam, żeby podlewała kwiatki. Dała mi swój zapasowy klucz od skrzynki pocztowej. Nie zapytała, dokąd jedę. Powiedziała tylko: „I dobrze, tobie potrzeba odpoczynku.” Wypiłyśmy u niej kawę po turecku, czarną, z fusami. Na stole stał talerz z domowymi obwarzankami. Zjadłam dwa.
W niedzielę rano pakowałam się. Nie wzięłam pieluch, nie wzięłam zabawek. Wzięłam letnie sukienki, sandały, krem do plażowania z filtrem 50, książkę, którą kupiłam siedem lat temu i wciąż nie zdążyłam otworzyć. „Przeminęło z wiatrem.” Schowałam ją na dnie walizki, pod szalem. Sprzątnęłam mieszkanie. Zebrałam wszystkie zabawki po dzieciach, wsadziłam do lnianej torby i postawiłam przy drzwiach, z karteczką: „Proszę przekazać do przedszkola na rogu.” Wyłączyłam gaz, wyciągnęłam żelazko z gniazdka, zmieniłam baterię w zegarze kuchennym. Zaczął chodzić.
W poniedziałek, dziesięć minut przed piątą rano, stałam już na chodniku przed blokiem. Taksówka zawiozła mnie na dworzec. Zapłaciłam piętnaście złotych. Kierowca zapytał: „Daleko się pani wybiera?” „Tak, daleko.” Nie powiedziałam dokąd.
Na dworcu kupiłam bilet za 65 złotych. Kiedy autobus wyjeżdżał z Radomia, za oknem mijały szare blokowiska i bezdomny kundel z czarną plamą na oku, gonił za jakimś samochodem. Zamknęłam oczy i zasnęłam od razu.
Obudziłam się na wjeździe do Warszawy. Przesiadłam się na pociąg z Warszawy Centralnej na lotnisko. Bilet kosztował 5 złotych 20 groszy. Jechałam z młodą kobietą, która trzymała kota w plastikowej transporterce. Powiedziała, iż leci do Paryża, do narzeczonego. Uśmiechnęłam się. Ja leciałam na Kretę, sama, jak nie leciałam nigdzie od śmierci męża. Poczułam, iż serce bije mi spokojnie, równo, nie jak w domu.
Trzy tygodnie później wylądowałam na Lotnisku Chopina. Nie uprzedziłam ich, kiedy wracam. Ale dowiedzieli się od pani Wójcik, która nie umiała utrzymać tajemnicy. Byli tam: Marek i Kasia, z bukietami kwiatów i pobladłymi twarzami. Antek i Zosia stali przy nich, w rękach trzymali jakieś rysunki. Kiedy mnie zobaczyli, zaczęli płakać. Dzieci podbiegły do mnie. Przykucnęłam i przytuliłam je. Wyjęłam z torby dwa cukierki z duty-free. Nie oddałam im.
Marek podszedł bliżej. „Mamo, przepraszam. Zapomniałem, jak to jest ciężko.” Kasia dodała: „Jesteśmy bezczelni. Wykorzystywaliśmy cię.” Wtedy wyciągnęłam z wewnętrznej kieszeni torby kartkę papieru złożoną na czworo. Podałam im. Napisałam na niej niebieskim długopisem, jeszcze pierwszego dnia urlopu: „Zostawiali mi dzieci 47 razy bez pytania. Dziś ja wyjeżdżam bez pytania.” Pod tym kolejne zdanie: „Nie potrzebuję kwiatów. Potrzebuję, żebyście nie przychodzili do mnie z kluczami.”
Marek przeczytał. Podniósł na mnie oczy. „Słucham?” — powiedziałam. „Klucze.” Wyciągnęłam rękę. Wyjął z kieszeni klucz od moich drzwi, ten z żółtą plastikową zawieszką, który dałam mu osiem lat temu. Kasia zrobiła to samo. Dwa klucze. Zacisnęłam je w lewej dłoni, potem wsunęłam Markowi do kieszeni na piersi. Na stole postawiłam inny przedmiot: nowy brelok z kluczem zakończonym czerwoną plastikową gałką. „Zmieniłam zamek” — powiedziałam. „Od teraz przychodzicie tylko po telefonie. I przynosicie chleb i ser. Nie gotuję już dla was. W ostatnim miesiącu wydałam 412 złotych na jedzenie dla waszych dzieci. Teraz wasza kolej.”
Nic nie powiedzieli. Stali z kwiatami w ramionach i dziecięcymi rysunkami w rękach. Wzięłam taksówkę do domu. Przed blokiem zapłaciłam 40 złotych. Pojechałam windą. Otworzyłam drzwi czerwonym kluczem. Rzuciłam torbę w przedpokoju. Zegar w kuchni wskazywał 15:23. Chodził. Na stole stał słoik z dżemem śliwkowym, który zostawiłam otwarty. Zakręciłam go i schowałam do lodówki. Znalazłam też kawałek zaschniętego sera żółtego. Wyrzuciłam go.
Na dworze ten kundel z czarną plamą szczekał na bramę. Zaśmiałam się.









