W moim śnie wszystko toczyło się jak na zawrotnie wirującym karuzelu pod niebem Warszawy, gdzie ulice tańczyły w rytmie Cha-Cha, a trawniki były pokryte pierzyną z różowych piór. Mój synek Staś, lat cztery, biegał przez zielone alejki Pałacu Kultury, śmiejąc się tak głośno, iż choćby gołębie przestawały gruchać. Wiedziałam, iż dla mnie jest doskonały, choć czasem przypominał małego diabła. Żadne dziecko nie jest przecież aniołem. Noszę pod sercem drugie choć nie wiem: dziecko czy może tęczę?
To był dzień jak z rozbitego termometru nie wiadomo, ciepło czy zimno, bo sny nie mają pogody. Wchodząc do gabinetu lekarskiego, nagle znalazłam się w szpitalu, trzymając w ręku skierowanie, które szeleściło jak suchy liść. Powiedziano mi, iż muszę zostać, natychmiast, bez ale. Przed oczami zaczęły tańczyć pytania: kto zajmie się Stasiem?
Mój mąż, Łukasz, właśnie siedział w Pendolino gnającym gdzieś pod Wrocławiem, sprawy służbowe, miał wrócić za dziesięć snów. Rodzice Kazimierz i Ewa uwięzieni w biurze, po obu stronach al. Jerozolimskich, wśród stosów papierów i kawy pachnącej czekoladą. Nie było nikogo innego. Wtedy zjawiła się babcia Jadzia: niosła na ramieniu torbę z haftem, a w oczach miała tę samą łobuzerską iskierkę co Staś. Ja się nim zajmę, aż wrócisz do domu! obiecała, głaszcząc głowę wnuka, który od razu przykleił się do niej jak plasterek miodu.
Czułam niepokój. Lata babci Jadzi już minęły siedemdziesiątkę, a Staś, to przecież tornado w krótkich spodenkach! Kto wie, czy ona nadąży?
Zdecydowaliśmy babcia w dzień, rodzice po pracy. Tak upłynął tydzień, przesypany zupą pomidorową, bajkami i zapachem pierniczków. Dzwoniłam do babci, niemal co godzinę: Jak sobie radzicie?, pytałam, a dźwięk mojego głosu podskakiwał z niepokoju. Okazało się, iż mówią w swoich językach, ale świetnie się rozumieją. Tydzień minął jakby go nie było. Łukasz wrócił z delegacji, przejął ster.
Ledwo zebrałam wszystkie myśli, gdy połączenie telefoniczne przecięło ciszę. Moja siostra, Wioletta, mówiła głosem z ognia: była oburzona. Jej córeczka, piękna malutka Bronka, skończyła dwa lata. Wioletta próbowała przekonać babcię, by została z Bronką na noc, choćby w weekend zawsze słyszała nie. Babcia mówiła, iż dziecko za małe. Siostra prosiła, niemal na kolanach, galopowała przez Sadybę z paczkami pampersów, a babcia stanowczo odmawiała.
Wykorzystałaś babcię! syknęła Wioletta przez telefon, jakby wiatr od Bałtyku przecinał słuchawkę.
Odpowiedziałam, jak w tym dziwnym śnie można: Byłam uwięziona w szpitalu, nie miałam wyboru. Chciałam pomocy, poprosiłam również ciebie odmówiłaś. Teraz ty pragniesz wysłać Bronkę do babci, by odpocząć, pobawić się, jakbyś wrzucała wróbla do stawu pełnego ryb. Czy widzisz różnicę? Oddać takie maleństwo starszej osobie? Zanieś ją do naszych rodziców.
Rodzice? Oni nie chcą się zająć. A siostra narzeka, iż ciągle musi być przy niej.
Myślę, iż Wioletta się myli. Różnica między dzieckiem mającym dwa a cztery lata jest jak różnica między mżawką a burzą. Gdybym mogła, nie oddałabym Stasia w cudze ręce. Ale ona sądzi, iż oszukałam babcię.
A całe to miasto Wisła ociekająca dżemem, trasy tramwajów zapętlone w uśmiech, a babcia Jadzia i Staś tańczą razem Mazurka w fartuszkach coraz bardziej przypominało mi senny, choć piękny absurd.







