Idź stąd!!! Mówię ci wynocha! Co się tu pałętasz?! Krystyna Matwiejewna z hukiem postawiła na stole pod rozłożystą jabłonią wielki talerz gorących pierogów i popchnęła sąsiadującego chłopaka. No, idź sobie! Kiedy twoja matka wreszcie się tobą zajmie?! Leniuch!
Szczupły jak tyka Piotruś, którego nikt nie wołał po imieniu, bo wszyscy już dawno przywykli do jego przezwiska, rzucił smutne spojrzenie na surową sąsiadkę i powlókł się na swój ganek.
Ogromna kamienica, podzielona na kilka mieszkań, była zamieszkana tylko częściowo. Mieszkały tam raptem dwie i pół rodziny: Pokotylowie, Szymanowie i Karpenkowie Zosia z Piotrusiem.
Ci ostatni stanowili właśnie tę połówkę, do której nikt się szczególnie nie odzywał i woleli ignorować, chyba iż zaszła naprawdę nagła potrzeba. Zofii nie uważano za istotną osobę i nie było sensu na nią tracić czasu.
Zosia nie miała nikogo oprócz syna bez męża, ani rodziców. Radziła sobie, jak mogła. Patrzono na nią podejrzliwie, chociaż rzadko kto ją zaczepiał, co najwyżej ganiano Piotrusia znanego pod pseudonimem Konik, przez jego chude, długie nogi i ręce oraz dużą głowę, co wyglądała, jakby się zaraz miała złamać na cienkiej szyjce.
Konik był straszliwie niepozorny, lękliwy, ale dobry do szpiku kości. Nie potrafił przejść obojętnie obok płaczącego dziecka od razu je pocieszał, przez co często obrywał od zirytowanych matek, które nie chciały, by taki Strach kręcił się przy ich dzieciach.
Kim jest Strach, Piotruś przez jakiś czas nie wiedział, dopóki matka nie podarowała mu książki o Dorotce z Krainy Oz wtedy zrozumiał, dlaczego go tak nazywają.
Ale nie obrażał się. Piotruś założył, iż skoro tak mówią, to znaczy, iż czytali książkę, więc wiedzą, iż Strach był mądry, dobry i wszystkim pomagał, a potem został choćby władcą pięknego miasta.
Zosia nie wyprowadzała syna z błędu, myśląc, iż lepiej, by dziecko myślało o ludziach lepiej, niż są naprawdę. Świat jest wystarczająco zły, jej syn jeszcze się tego wszystkiego nasmakuje. Niech choć dzieciństwo będzie szczęśliwe
Swojego syna Zosia kochała ponad wszystko. Wybaczyła Piotrusiowi ojcu jego niedojrzałość i zdradę, przyjęła swój los już w szpitalu i ucięła położną, która coś przebąkiwała, iż chłopak urodził się inny.
Co za bzdury! Mój syn jest najpiękniejszy na świecie!
No, cóż Ale mądry to z niego nie wyrośnie…
Jeszcze zobaczymy! głaskała twarz synka i zalewała się łzami.
Przez pierwsze dwa lata nieustannie ciągała Piotrusia po lekarzach i w końcu dopięła swego, by się nim zajęli na poważnie. Jeździła do miasta, trzęsąc się w starym autobusie i mocno trzymając dziecko zawinięte po same brwi.
Na współczujące spojrzenia nie reagowała, a gdy ktoś próbował ją uspokoić lub dawać rady, zamieniała się w wilczycę:
Swoje oddaj do domu dziecka! Nie? To twoje rady mnie nie obchodzą! Wiem, co robić!
Do dwóch lat Piotruś wyrównał, przybrał na wadze i niemal nie różnił się od rówieśników pod względem rozwoju. Ale piękniusi nie był duża, nieco płaska głowa, chude rączki i nóżki i niemal niekończąca się walka z wychudzeniem, z którym Zosia zmagała się na wszystkie możliwe sposoby.
Odbierając sobie, synowi dawała to, co najlepsze i to odbiło się na jego zdrowiu. Choć wyglądał nietypowo, lekarze już raczej nie interesowali się Piotrusiem, jedynie kręcili głowami, patrząc jak szczupła niczym leśny elf Zosia obejmuje swojego Konika.
Takich matek ze świecą szukać! Patrzcie tylko! Dziecko miało mieć niepełnosprawność, a teraz? Spójrzcie na niego! Bohater! Inteligent! zachwycali się.
Tak, mój chłopiec właśnie taki jest!
My to o tobie, Zosiu! Jesteś niesamowita!
Zosia wzruszała ramionami, nie pojmując za co ją chwalą. Przecież matka powinna kochać i troszczyć się o syna. Gdzie tu zasługa? Po prostu robię swoje.
Gdy Piotruś miał iść do pierwszej klasy, umiał już dobrze czytać, pisać i liczyć, ale trochę się jąkał, co niekiedy przekreślało wszystkie jego talenty.
Piotrek, już starczy! Dziękuję! przerywała nauczycielka, przekazując głos innemu uczniowi.
A później żaliła się w pokoju nauczycielskim, iż chłopak mądry, ale słuchać go przy czytaniu czy odpowiedzi przy tablicy to wielka męczarnia. Na szczęście po dwóch latach wyszła za mąż i poszła na urlop macierzyński, a klasę przejęła inna pani.
Maria Ilianowa była już w wieku, ale nie straciła zapału i dzieci kochała tak samo jak na początku kariery. Zrozumiała, kim jest Konik, rozmawiała z Zosią i skierowała ją do dobrego logopedy, a Piotrusia prosiła, by przekazywał prace pisemnie.
Pięknie piszesz, czytać to sama przyjemność!
Piotruś rozkwitał przy takich pochwałach, a Maria Ilianowa głośno czytała jego odpowiedzi, podkreślając, jaki ma utalentowanego ucznia.
Zosia płakała podziękowana i była gotowa całować te ręce, które tak niepozornie darzyły troską jej syna. Maria Ilianowa jednak ostro ucinała wszystkie próby podziękowań.
Czyście całkiem oszaleli? To moja praca! Chłopak wspaniały! Wszystko będzie dobrze! Zobaczycie!
Piotruś biegł do szkoły podskakując, co niezmiernie bawiło sąsiadów.
O! Nasz Konik gna! Znaczy, i nam czas ruszać! Boże, natura tak pokrzywdziła dziecko po co go tylko zostawiła?
O tym, co sądziły sąsiadki o niej i synu, Zosia wiedziała doskonale. Ale nie była kłótliwa i uważała, iż jeżeli człowiekowi Bóg nie dał serca i duszy, to człowieczeństwa się nie nauczy. Szkoda na to czasu. Lepiej zrobić coś pożytecznego choćby zadbać o dom lub posadzić kolejną różę przy ganku.
Podwórko z klombami pod każdym oknem i malutkim sadem nikt nie ogradzał, wystarczyło niepisane prawo piąteczek przy ganku to teren danej rodziny.
Zosiów kawałek był najpiękniejszy. Kwitły tam róże i rósł wielki krzak bzu, a schodki wyłożyła resztkami płytek, które wybłagała u dyrektora miejscowego domu kultury. Tam był remont, sterta potłuczonej glazury błyszczała na słoneczku niczym skarby dalekiej krainy.
Oddajcie mi to! wpadła do gabinetu.
Co takiego? zdziwił się dyrektor. Chcesz tego gruzu?
Płytki! Dajcie mi, proszę!
Dyrektor tylko się zaśmiał, ale pozwolił zabrać glazurę. Zosia pożyczyła od sąsiadów taczkę i do późnego wieczora przebierała kawałki pod swój pomysł.
Potem przemaszerowała przez wieś, pchając przed sobą taczkę, na której z dumą siedział Piotruś.
Po co jej ten złom? dziwiły się sąsiadki.
Już po kilku tygodniach jęknęły z zachwytu, widząc, co Zosia zrobiła z niepotrzebnych odpadków
Nigdy nie bywała w muzeach ani za granicą. Nie widziała greckich fresków ani bizantyjskich świątyń.
Ale gust podpowiedział jej idealnie ganek z płytek stał się dziełem sztuki, podziwianym przez całą wieś.
Ty tylko patrz! Arcydzieło!
Zosia nie reagowała na zdziwienie sąsiadów. Nie obchodziło ją, kto co mówi.
Najważniejszy był dla niej komplement syna:
Mamo, jak tu pięknie
Piotruś siadał na schodku, głaskał palcem mozaikę i rozpływał się ze szczęścia, a Zosia znowu płakała. Bo jej synek był szczęśliwy.
A okazji do euforii nie miał wiele. W szkole pochwała lub pyszności od mamy, która głaskała go i szeptała, iż jest mądry i dobry to całe szczęście.
Konik prawie nie miał kolegów, bo nie nadążał za chłopakami, a wolał czytać niż grać w piłkę. Dziewczynki trzymały się od niego z daleka, szczególnie przez sąsiadkę Krystynę, która miała trzy wnuczki pięć, siedem i dwanaście lat.
choćby się do nich nie zbliżaj! groziła pięścią. To nie twoje poziomki!
Co siedziało w jej napuszonej trwałą głowie, nikt nie rozumiał, ale Zosia nakazała Piotrusiowi nie kręcić się przy Krystynie i wnuczkach.
Po co ją denerwować? Jeszcze zachoruje
Konik z matką się zgodził i na kilometr omijał sąsiadkę.
Nawet tego dnia, gdy Krystyna przygotowywała się do święta, chłopak tylko przechodził obok, nie zamierzając się przyłączać do zabawy.
O grzechy moje ciężkie! wzdychała Krystyna, przykrywając pierogi haftowanym ręcznikiem. I jeszcze powiedzą, iż jestem zachłanna Poczekaj!
Wybrała dwa pierogi i dogoniła chłopca.
Masz! I żeby mi cię na podwórku nie było! U nas impreza! Siedź cicho, czekaj na matkę z pracy! Zrozumiałeś?
Piotruś kiwnął głową, dziękując za pierogi, ale Krystyna już miała inne sprawy. Zaraz zjeżdżać mieli się goście, rodzina, dzieciaki i wnuczki czas było siadać do stołu, wszystko jeszcze niegotowe. Imieniny najmłodszej i ulubionej wnuczki, Małgosi, Krystyna chciała świętować z rozmachem. Syn sąsiadki cherlawy, wielkogłowy Piotruś-konik był jej tu całkiem niepotrzebny!
Po co straszyć dzieci takim wytrzeszczonym? Spać potem nie będą!
Krystyna westchnęła, przypominając sobie, jak doradzała sąsiadce, żeby zostawiła dziecko.
Po co to tobie, Zoska?! Nie dasz mu przyszłości spije się i zmarznie pod płotem!
Widziałaś mnie choć raz z kieliszkiem? Zosia nie przebierała w słowach.
To nic nie znaczy! W takim pustostanie jak twój los jeden bieda. Co rodzice ci nie dali, to i dziecku nie przekażesz. Nie wiesz, co to być matką. Pozbądź się go, póki czas!
Jeszcze czego?! A wstyd ci nie jest?! Sama jesteś matką!
Mnie nie żałuj! Sama swoje dzieci wychowałam. A ty co dasz? Nic! Więc pomyśl!
Zosia z Krystyną przestała się potem witać, dumnie nosiła swój ciężki, nieporadny, dziwaczny brzuch i choćby nie patrzyła w stronę sąsiadki.
Co się na mnie boczysz, głupia? Dobrze ci radzę! kiwała głową Krystyna.
Twoje dobro cuchnie! Mam mdłości! burknęła Zosia, głaszcząc brzuch. Nie bój się, maluszku! Nikt cię nie skrzywdzi!
Co i kto ośmielił się przez niespełna osiem lat życia Konika, Piotruś mamie nie zdradzał. Żal mu jej było Kiedy go mocno skrzywdzono płakał gdzieś w kącie, ale milczał. Wiedział, iż mama by się bardziej przejęła niż on. Żal spływał po nim jak po kaczce, nie zostawiał goryczy. Dziecięce łzy spłukiwały urazę z duszy Piotrusia i po pół godziny już nie pamiętał, kto i co mu powiedział, a żałował jedynie dorosłych, którzy nie rozumieli prostego Bez urazów i złości żyje się lżej.
Piotruś już się Krystyny nie bał, ale jej specjalnie nie lubił. Gdy groziła palcem albo rzucała złośliwością, uciekał gdzie pieprz rośnie, by nie słyszeć ostrych jak brzytwa słów. Gdyby Krystyna zapytała go, co sądzi o tym wszystkim, bardzo by się zdziwiła.
Konik jej współczuł. Z całego serca, jak tylko potrafił. Żałował, iż ta kobieta traci swoje minutki na złość.
Minutki dla Piotrusia były najcenniejsze na świecie. Już dawno zrozumiał, iż nic nie jest cenniejsze od czasu wszystko można naprawić lub odzyskać, ale nie czas.
Tik-tak! mówi zegar.
I koniec
Minutki nie ma! Łap, nie złapiesz! Zniknęła I już jej nie odzyskasz, nie kupisz za żadne pieniądze i nie wymienisz choćby za najpiękniejszy papierek po cukierku.
Ale dorośli tego nie rozumieli…
Wskoczywszy na parapet swojego pokoju, Piotruś zajadał pieroga i patrzył, jak na polance za domem ganiają wnuczki Krystyny i dzieciaki, które przyjechały świętować urodziny Małgosi. Jubilatka wirowała jak motylek w różowej sukience, a Piotruś z zachwytem przyglądał się jej, wyobrażając sobie, iż jest księżniczką z bajki.
Dorośli świętowali przy dużym stole przy ganku Krystyny, dzieci po krótkiej zabawie wybiegły pokopać piłkę na większą polanę przy starym studni.
Piotruś, domyśliwszy się, gdzie pobiegły, pobiegł do mamy do sypialni. Z okna był idealny widok na całą polanę i długo przyglądał się grze, klaszcząc w dłonie i ciesząc się, dopóki nie zaczęło się ściemniać.
Niektórzy wracali do rodziców, inni zaczynali nową zabawę. Tylko dziewczynka w różowej sukience pląsała przy studni i wtedy Konik zwrócił na nią uwagę.
Wiedział, iż przy studni niebezpiecznie. Mama nie raz ostrzegała:
Studnia jest w opłakanym stanie, zardzewiała. Nie korzystają z niej, ale woda jest jak wpadniesz, nikt nie usłyszy. Nie podchodź tam, synku!
Nie będę!
Moment, gdy Małgosia poślizgnęła się przy krawędzi i zniknęła z pola widzenia, Piotruś przegapił. Zapatrzył się, jak chłopaki zbierają się wokół i coś omawiają. Rozejrzawszy się za różową plamką, zamarł z przerażenia.
Małgosi nie było
Piotruś wybiegł na ganek, jednym rzutem oka zorientował się, iż Małgosi nie ma i przy stole.
Dlaczego nie zawołał pomocy, nie potrafił później odpowiedzieć. Kurzowo zleciał po schodach i pobiegł na tyły domu, choćby nie słysząc oburzonego Krzyku Krystyny:
Kogo prosiłam siedzieć w domu?!
Bawiące się dzieciaki nie przejęły się nieobecnością Małgosi. Jeszcze nie zauważyły też, jak Piotruś dopadł krawędzi studni i zobaczył gdzieś daleko na dnie coś jasnego. Zawołał:
Przytul się do ścianki!
Bał się, by nie zadrasnąć dziewczynki, więc położył się na krawędzi, opuścił nogi i ślizgając się po zgniłych deskach, zanurzył się w ciemność.
Do studni Piotruś wskoczył, wiedząc, iż liczy się każda minuta. Wiedział, iż Małgosia nie umie pływać Nie raz tłukła się z babcią na płytkiej wodzie na lokalnej plaży, a Piotruś, choć nie lubiany przez Krystynę, umiał pływać lepiej.
Małgosia nie nauczyła się pływać, a Piotrka się bała tak chciała babcia. Mimo to, gdy nachapała się cuchnącej, stęchłej wody, uczepiła się zimnych ramion Konika.
Już dobrze! Nie bój się! Jestem z tobą! objął Małgosię za szyję, jak uczyła mama. Trzymaj się! A ja będę krzyczał!
Dłonie ślizgały mu się po śliskich balach starego zrębu, Małgosię ciągnęło na dno, ale zdołał nabrać więcej powietrza i wrzasnął najgłośniej, jak potrafił:
Pomocy!
Nie wiedział, czy go ktoś usłyszy, czy starczy mu sił, by utrzymać się, dopóki przyjdzie pomoc. Wiedział tylko jedno śmieszna Małgosia w różowej sukience musi żyć! Przecież piękna, jak i chwil w życiu, nie ma za wiele.
Usłyszano go nie od razu.
Krystyna, wynosząc gęś z pieca, rozglądała się za wnuczką i nagle sparaliżowało ją to pytanie:
Gdzie jest Małgosia?!
Goście, już po kieliszku, nie od razu zrozumieli, o co chodzi gospodyni. Dopiero gdy huknęła, postawiła talerz na stół i ryknęła tak, aż wszyscy na ulicy to usłyszeli.
A Konik jeszcze kilka razy zdołał zawołać, coraz słabiej, ale to jedno:
Mamo
I Zosia, wracając z pracy, przyspieszyła kroku, zapomniała choćby o chlebie. Przemknęła obok sklepu, nie witając się z plotkującymi sąsiadkami, i pobiegła do domu, czując, iż coś się dzieje
Wpadła na podwórko właśnie wtedy, gdy Krystyna osunęła się na schodach ganku Zosi. Nie wiedząc jeszcze, co się stało, Zosia natychmiast rzuciła się na tył domu, gdzie zwykle bawił się Konik, i usłyszała jego głos wołający ją.
Jestem tu, synku!
Nie miała wątpliwości, skąd głos dochodzi stara studnia od zawsze ją przerażała i nie raz chodziła do urzędu prosić, by ją zasypać, a choćby lepiej zabezpieczyć niż spróchniałe deski. Nie słuchali. Zrobiony przez nią płotek nie mógł uchronić dzieci przed nieszczęściem, ale nikogo oprócz Zosi to nie obchodziło.
Nie było czasu w rozmyślania! Zosia popędziła do domu, złapała grubą linkę od prania i wybiegając na ganek, krzyknęła:
Trzymajcie! Pomóżcie!
Na szczęście jeden z zięciów Krystyny był na tyle trzeźwy, by zrozumieć, o co chodzi. W dwie sekundy zawiązał mocny węzeł, owinął drobną Zosię:
Dajesz! Trzymam cię!
Małgosię wyciągnęła od razu. Dziewczynka objęła ją za szyję i osłabła, tuląc się do Zosi, która aż zaczęła się trząść z przerażenia.
Piotrusia jednak nie miała jak znaleźć w tej ciemności
Wtedy zaczęła się modlić, jak wtedy w szpitalu, kiedy rodząc krzyczała ze strachu:
Boże, nie zabieraj go!
Zanosząc się, szukała ręką w wodzie. Wydawało jej się, iż sekundy biją ją z całej siły, zalewając strachem, ale nie mogła przestać.
Proszę
Coś chłodnego, cienkiego dotknęło jej dłoni. Zosia pociągnęła, wyciągając z wody syna, bojąc się choćby sprawdzić, czy żyje Krzyknęła na cały głos:
Ciągnijcie!
Wydobywając się na powierzchnię, usłyszała ciche, zachrypłe:
Mamo
Do wioski Piotruś wrócił po dwóch tygodniach w miejskim szpitalu jako bohater. Małgosię wypisali wcześniej. Przestraszyła się, nałykała wody, ale oprócz sporych zadrapań i rozerwanej sukienki nic strasznego nie wyszło.
Piotruś miał gorzej. Złamany nadgarstek bolał, przez jakiś czas miał trudności z oddychaniem. Ale mama była przy nim, strach o Małgosię znikł i chłopak cieszył się już tylko, iż wraca do swoich książek i ukochanego kota.
Przystojniaku mój! Boże! Gdyby nie ty płakała Krystyna, obejmując opalonego Piotrusia. Oddam ci wszystko!
Po co? wzruszył ramionami Piotruś. Po prostu zrobiłem, co trzeba. Czy nie jestem mężczyzną?
Krystyna, nie znajdując odpowiedzi, tylko mocniej objęła chłopaka, nie wiedząc jeszcze, iż ten chudy, niezgrabny Konik, który zachowa dziecięce przezwisko, za kilka lat odwiezie opancerzonym wozem pełnym rannych ludzi spod ostrzału. I potem, nieważne kto, uratuje każdemu, komu będzie dane, tak jak jemu kiedyś, wołać mamę
A na pytanie, po co to wszystko, skoro go traktowano tak różnie, Konik odpowie krótko:
Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze!
***
Drodzy Czytelnicy!
Miłość matki naprawdę nie zna granic.
Zosia, mimo wszystkich problemów i uprzedzeń otoczenia, kochała syna bezgranicznie. Jej oddanie i wiara pozwoliły mu wyrosnąć na prawdziwie dobrego człowieka. To przypomina o sile rodzicielskiej miłości.
Prawdziwy bohater rodzi się w sercu: Piotruś, pozornie „nieatrakcyjny”, okazał się prawdziwym herosem, rzucając się by ratować Małgosię ze studni. Jego czyn, nie wygląd, określił jego wartość. To pokazuje, iż dobroć, odwaga i współczucie są prawdziwymi wyznacznikami wielkości.
Sąsiedzi, którzy pogardzali Zosią i jej synem, musieli uznać ich wartość po bohaterskim czynie Piotrusia. Ta historia dowodzi, iż uprzedzenia upadają wobec prawdziwej cnoty, a najwyższą lekcją jest umiejętność przebaczania, niepielęgnowania uraz oraz czynienia dobra bez względu na to, jak nas traktują. Jak powiedział Piotruś: Jestem lekarzem. Tak trzeba. Trzeba żyć. Tak jest dobrze!
Ta opowieść inspiruje, by pamiętać, iż człowieczeństwo i uczucie zawsze zwyciężają nad złością, a prawdziwe piękno świeci od środka.
A czy wy wierzycie w to, iż dobroć, mimo trudności, zawsze znajdzie swoją ścieżkę i potrafi zmienić świat na lepsze? Jakie wydarzenia z waszego życia potwierdzają, iż pozory mylą, a prawdziwe bogactwo jest w duszy człowieka?













